archiwum » czerwiec, 2010 «

sobota, czerwiec 26, 10 | Autor: Bobik

Druga godzina lustracji dobiegała końca, a Bobik dalej nie wiedział, co sądzić.
- Cóż się tak wpatrujesz w siebie jak w obraz? - zapytała z niedwuznaczną kpiną Labradorka.
Szczeniak jak zwykle nie zrozumiał ukrytej intencji i z pełną naiwnością odszczeknął:
- No właśnie, chodzi mi o mój obraz. Czy jestem bardzo krzywy?
Tym razem nie zrozumiała Labradorka.
- Krzywy? To znaczy skręcony w lewo lub w prawo? - spytała, wietrząc aluzję polityczną.
- Nie, nie w tym sensie - zaprzeczył Bobik. - Ale w jakim, to sam do końca nie wiem. A chcę wiedzieć, bo od tego zależy, z którymi chłopakami mam trzymać.
- Chyba musisz wejść w szczegóły - westchnęła z cierpiętniczą miną Labradorka, na wszelki wypadek zajmując strategiczne miejsce na kanapie.
- W szczegółach to było tak: dzisiaj w psiej szkole część psów ustaliła, że w najbliższym tygodniu alfą będzie Dog Angielski. A wtedy pozostali zaczęli okropnie szczekać, że Angielski nigdy w życiu, bo on jest za bardzo salonowy i prostych psów nie rozumie. I że oni wolą Pitbulla, a w ogóle pasztetówka jest najważniejsza. Na to ci pierwsi oświadczyli, że na pasztetówkę zgoda, ale Pitbull za żadną cenę, bo jemu się zdarza złapać Człowieka za łydkę i nie puszczać, a to ciężki wstyd przed innymi gatunkami. To ci drudzy warknęli, że ci pierwsi się wywyższają i kombinują, a prostemu psu od tego kiełbasy nie przybędzie. Tamci wtenczas rozwinęli transparent “Jeden tylko, jeden cud, u nas jest kiełbasy w bród”, ale to nic nie pomogło, bo ci prości się na nich rzucili i zrobiła się ogólna kotłowanina połączona z gryzieniem. A ja stałem z boku i nie wiedziałem, do których się przyłączyć, bo zawsze mi się wydawało, że też jestem prosty pies, ale jakoś wolałbym, żeby alfą był Angielski. Z czego wynika, że chyba jednak jestem krzywy, tylko jeszcze dokładnie nie wiem, co to w praktyce oznacza i właśnie po to się lustruję, żeby to sprawdzić.
- I doszedłeś już do jakichś wniosków? - zaciekawiła się Labradorka.
- No, właśnie myślałem, że ty mi pomożesz - szczeknął przymilnie Bobik. - Bo ja, prawdę mówiąc, im bardziej patrzę na swoją gębę, tym bardziej nie wiem, jak to jest z tą moją krzywizną.
- To przecież proste… - zaczęła Labradorka i nagle urwała. Zerknęła w lustro, w którym przeglądał się Bobik i z dezaprobatą potrząsnęła łbem.
- To jest jednak bardziej skomplikowane, niż myślałam - sapnęła niechętnie. - Wszystko przez tę gębę. Od niej sprawy się robią takie pogmatwane, że nawet ja nie umiem powiedzieć, co jest proste, a co krzywe.

sobota, czerwiec 19, 10 | Autor: Bobik

Z psiego przedszkola pamiętam ten koszmar - ciszę poobiednią. Dziwnym zrządzeniem losu wypadała ona zawsze wtedy, kiedy najbardziej chciało się poszaleć, pobiegać, porozrabiać, poszczekać i w ogóle robić wszystko poza cichym leżeniem. Oczywiście wszyscy bardzo się starali, żeby się nie narazić pani wychowawczyni, ale cóż, nie ukrywajmy - czasem natura brała górę…

Pani zarządziła ciszę poobiednią.
Zaraz pies Azorek podniósł łapę przednią
i pytanie zadał szarpiąc się na smyczy -
czy naprawdę cisza ta wszystkich dotyczy?
Nie! Tylko myśliwskich! - wrzasnął na to Burek.
Tylko one wezmą za szczekanie w skórę.
Jak to? A pasterskie? - inne warknie zwierzę,
starczy wszak, że hałas robią ich pasterze.
Niechaj milczą kundle - buldog zabulgotał -
i tak nic do rzeczy nie powie hołota.
Kundle na to dictum zaczęły ujadać:
niech ten medalista lepiej nic nie gada,
chyba stracił rozum lub upadł na głowę,
jak nie wie, że milczeć powinny rasowe!
Tutaj zamieszanie się zrobiło dzikie,
pies się policyjny pogryzł z przewodnikiem,
wyżeł z pekińczykiem, sznaucer z bernardynem,
tylko jeden jamnik miał spokojną minę,
bowiem obojętny na te rozhowory,
bez wytchnienia kopał pod wszystkimi nory.
Wtem krzyknęła pani ze wściekłym obliczem:
kto da głos, ja temu zaraz go policzę!
A kto u mnie straci w liczenia wyniku,
tego przez godzinę nie puszczę na siku!
Tu jak łapą odjął się skończyła wrzawa,
bo pojęła szybko wiara, w czym jest sprawa:
lepiej przed liczeniem warować bez szczeku,
nie gryźć, nie zaczepiać, nie robić na przekór,
udać, że nieważne, czyje jest na wierzchu,
by potem olewać już wszystko bez przeszkód.

czwartek, czerwiec 10, 10 | Autor: Bobik

Bobik się nudził. Wszystkie domowe kąty obwąchał już tyle razy, że kolejna runda obwąchiwawcza nie wydawała mu się atrakcyjna. Łapanie własnego ogona mogło być ciekawym zajęciem najwyżej przez kwadrans, a na daleki spacer w najbliższym czasie raczej się nie zanosiło. Pozostawało tylko smętne przełażenie z kanapy na fotel i z powrotem, połączone ze znaczącym wzdychaniem.
- Poszedłbyś się pobawić z chłopakami - zaproponowała Labradorka.
- Nie mogę - ponuro odparł Bobik. - Przeczytałem w “Naszym Bzdenniku”, że od zabaw z chłopakami może się ze mnie zrobić homoszeptualista.
- Homoszeptualista? A co to takiego? - podejrzliwie spytała Labradorka.
- No, taki, o którym wszyscy za plecami szepczą, że jest homo. A od takiego szeptania swędzą uszy i wyrasta pypeć na języku, nie mówiąc już o tym, że normalne to to nie jest. Poza tym naturalny nieporządek się robi i wszyscy naturalnie porządni mają okropnie dużo roboty ze sprzątaniem i protestowaniem przeciwko nieporządkowi. I z orientacją coś dziwnego się dzieje. Idziesz sobie, idziesz, prosto do miski, a tu nagle, nie wiedzieć kiedy, okazuje się, że zboczyłeś i nie dla psa kiełbasa. Więc widzisz, że homoszeptualizm strasznie komplikuje życie i lepiej będzie, jeśli od chłopaków będę się trzymał z daleka
- A nie można by po prostu zrezygnować z szeptania? - zastanowiła się Labradorka - Z tego, co mówisz, ono chyba komplikuje wiele bardziej niż samo homo.
- No wiesz? - oburzył się Bobik. - Gdyby wszyscy przestali szeptać, skąd by było wiadomo, że homoszeptualizm jest zły? I czym by się wtedy zajmował “Nasz Bzdennik”?
- No, fakt, trzeba by wtedy znaleźć jakieś inne zło - przyznała Labradorka. - Ale “Nasz Bzdennik” na pewno szybko by sobie z tym poradził. A ty mógłbyś przynajmniej iść się pobawić z chłopakami.

czwartek, czerwiec 3, 10 | Autor: Bobik

Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego tak jest, ale kiedy pies leniwie wygrzewa się w południowym, a i popołudniowym słońcu, nie zwracając uwagi nawet na hiperaktywne muchy, do głowy przychodzą mu głównie wierszyki, nie proza. Toteż dziś prozą nie będzie prawie nic, bo warunki klimatyczne okazały się dla niej niesprzyjające. Za to dla wierszyka, owszem.

Gdy leżę sobie w piękną pogodę
na brzuchu, jak psu przystało,
dość dobrze widzę to, co pod spodem,
ale niestety - nie całość.

Gdy zaś na plecach bym się położył,
rankiem, czy może o zmierzchu,
znów bym nie cały widział świat boży,
a tylko to, co na wierzchu.

I gdybym nawet, losu zrządzeniem,
dokoła głowy miał ślepia,
jeszcze nie wszystkie światła i cienie
ich by musiały się czepiać.

Więc często ślepcem zdaję się sobie,
co definiować chce słonia,
niepewnym krokiem po Ziemi drobię,
bez przekonania, żem poniał.

Ale się przyznać wcale nie wstydzę:
na pieńku mam z kompleksami
i wcale nie chcę być wszystkowidzem,
który je rozum łyżkami.

Bo wtedy myśleć by wypadało
mi, zamiast leżeć w naturze,
a ja tak lubię, gdy myśli mało,
leżenie zaś bardzo duże.