Ślady

niedz., 24 lipca 2011, 00:50

Chodziłem po śladach. A jeszcze więcej siedziałem. W różnych miejscach, które były – powinny być – śladami.
Tu i ówdzie meble trzymały się całkiem dzielnie. Podsuwały pod łokcie, stopy i pośladki skądś znajome proporcje, namawiały do bezwstydnego rozbebeszenia się, do zaczekania, do pomyślenia, że ktoś przecież przyjdzie. Musi przyjść.
Gdzie indziej uległy nawet meble. I ściany. I szyldy. Nie mówiąc już o szatniarzach.
Siedziałem w tych miejscach, gdzie wypadało zamówić mojito albo caipirinhę, nie umiejąc w nich wypić niczego poza ciepłą czystą i nie mogąc już w żaden sposób przełknąć ciepłej czystej.
Nikt nie przyszedł. Dlaczego miałby przyjść? Tam przecież już od dawna nikogo nie było. Nawet mnie. Zwłaszcza mnie.
Poszedłem krótką ulicą w stronę placu z taksówkami. Znad drzew domykających plac wyleciały ptaki, dużo ptaków. Leciały jak jakieś cholerne, niewydarzone symbole i przez chwilę irytowało mnie, że to taki tani obraz. A potem wzruszyłem ramionami. Ptaki jak ptaki.
Ciepły wieczór był. I jeszcze nie tak późno. Zrezygnowałem z taksówki. Poszedłem przez miasto, które bezwładnie przeciekało mi pomiędzy palcami. Cofało się. Blakło. Coraz mniej bolało.
To już tak będzie, pomyślałem. To już tak będzie.

Ballada o narodowym jadłospisie

śr., 6 lipca 2011, 00:30

Pewien rymopis uparcie tuszył,
że narodowej smaki zna duszy,
założył knajpę więc „U Martyra”,
w której od rana do nocy tyrał.

Na śniadaniowym stole obfitym
były z granitu i spiżu płyty,
jaja wiedeńskie od króla Jana
i z Warszawskiego Powstania granat.

Obiad zaczynał się ciężko trochę:
bitki smoleńskie w kapuście z grochem,
lecz potem lżejsze szły już potrawy –
placek z Ordonem i śmierć dla sprawy,

bigos (na winie sąsiadów podłych),
w mesjanistycznym sosiku modły,
zaś do kotleta żałobne pieśni
śpiewał z przejęciem chór dzieci z Wrześni.

A gdy kolacji czas już się zbliżał,
wjeżdżał specjałów zestaw z Paryża:
tułacza dola, wygnania dramat,
oraz mielone z wieszcza Adama.

Gospodarz z całej siły się starał,
żeby krew zawsze była w pucharach,
a w pogotowiu inne napoje,
likwory, spory i ćmoje-boje.

Jadła to dusza dzień w dzień bez przerwy,
pełna zapału była i werwy,
bo nic tak nie jest dobre na bebech,
jak cierpiętniczym wypchanie chlebem.

Aż dnia pewnego – załkaj, człowiecze! –
cosik zakradło się na zaplecze
i zanim trębacz zagrał pobudkę,
do wszystkich potraw wsypało trutkę.

Przychodzi dusza smacznie pośniadać,
a tu od bitek mdli ją – ach, biada!
Od mesjanizmu cała się słania,
blednie na samą myśl o powstaniach,

z jaj bohaterskich dostaje zgagi,
za Chiny nie chce tknąć dętej blagi,
słowem – odrzuca wszystko, czym żyła,
jak jakiś Judasz czy inny Piłat.

Patrzy rymopis z niedowierzaniem
na podejrzane to odrzucanie
i w oczach mu się zapala świczka:
kolaborancka to jest duszyczka!

Taki stołownik gorszy Teutona,
niźli go żywić już lepiej skonać.
Wynoś się, duszo, gdzieś w obce strony,
bo do „Martyra” wstęp masz wzbroniony!

Cóż było robić na dictum takie?
Dusza się jakoś obeszła smakiem,
w świat wyruszyła z wielkim impetem
i ponoć całkiem zmieniła dietę.

Rymopis zasię na nią nie czekał,
bo drugą duszę miał w słoju Wecka,
więc z niej szybciutko zrobił użytek,
by nie zmarnować zapasu bitek.

Do dziś serwuje w swoim lokalu
menu z rozpaczy, smętku i żalu,
szat rozrywania, zarzutów zdrady…

Kto tam, u licha, chce jeść obiady?