Psia choinka

pon., 24 grudnia 2012, 00:31

Ci, którzy zdążyli prawie wszystko przygotować, są zadowoleni. Ci, którzy zdążyć nawet nie mieli zamiaru, też mają przyjemność, bo się nie napracowali. Święta są zatem tak czy owak czasem ogólnej przyjemności i zadowolenia, a przynajmniej być powinny.
I ja chciałbym zmieścić się w tym taku i owaku, więc z przyjemnością, w imieniu całego blogowiska, dziękuję za wszystkie świąteczne życzenia i wzajemnie życzę najlepszego, najzdrowszego, najsmaczniejszego, a przede wszystkim najweselszego. A teraz już możemy z zadowoleniem przejść do najprzyjemniejszej części wigilijnego dnia, czyli do prezentów.
Pierwszy prezent to wigilijna opowieść Katarzyny Weintraub o karpiu pożydowskim, która trafiła do nas, za zgodą Autorki, poprzez berlińskiego Rysia. Tę paczkę można rozpakować tutaj.
A drugi prezent… Chyba rozumiecie, że pod psią choinką nie mogło zabraknąć pasztetówki dla Wszystkich. Toteż drugie opowiadanko, a właściwie humoreska Wladimira Kaminera, którą przetłumaczyłem z niemieckiego, jest cała o pasztetówce i leży w tym miejscu.
No to rozplątujemy wstążki, przecinamy sznurki, rozrywamy papier. Wesołych Świąt! 🙂

Postęp

śr., 19 grudnia 2012, 11:32

– Życie mi się ostatnio jakieś takie monotonne zrobiło – stwierdził Bobik z niesmakiem, złażąc z solidnie wysiedzianego fotela. – Potrzeba mi zmiany, fantazji, powiewu przygody. Może bym rozbójnikiem został? Łupić, rabować, wymykać się z zasadzek, robić w konia przedstawicieli prawa… Nie da się ukryć, że to brzmi bardzo emocjonująco.
– Rozbójnictwo chyba wcale nie jest takim łatwym kawałkiem chleba – zauważyła sceptycznie Labradorka. – Nie wiem, czy podobałoby ci się na przykład ukrywanie się w jaskini albo w ziemiance. Zimno, wilgotno, twardo i robactwo łazi. Co to za warunki dla psa? Nie słyszałam jeszcze o żadnej jaskini z kanapą i dobrze zaopatrzoną lodówką. Albo to całe strzelanie. Ty przecież nie lubisz huku. No i uciekanie po lasach przed szeryfem i spółką to też nie takie znowu mecyje. Na początku może zabawne, ale szybko może wyleźć bokiem i zadyszką.
– Masz bardzo przestarzałe pojęcie o rozbójnictwie – warknął z przekąsem Bobik. – Współczesny rozbójnik nie pelęta się po żadnych lasach i nie śpi w jaskini. On siedzi w skórzanym chesterfieldzie, na najwyższym piętrze, krawat poprawia, pyłki z garnituru strząsa, sekretarki po szynkę parmeńską posyła, a od czasu do czasu stuknie w klawiaturę i łupi przy tym na całego. Uciekać przed stróżami prawa też nie musi osobiście. Od tego ma adwokatów. Ogólnie żyje mu się wygodnie i bez skrupułów, ale nie nudno, bo kombinowanie, jak by tu zrabować jeszcze więcej, dostarcza mnóstwo adrenaliny. Mówię ci, to jest świetna fucha.
– Ale co ty byś właściwie z tego miał? – zgłosiła kolejną wątpliwość Labradorka. – Prawdziwy rozbójnik, taki jak Robin Hood czy Janosik, to, co odebrał bogatym i tak musiał oddać biednym. Trudno w ten sposób zapewnić sobie dostatnią emeryturę.
– A nie mówiłem, że nie nadążasz za światem? – zirytował się Bobik. – Współczesny rozbójnik łupi wszystkich, jak leci, choć biednych najchętniej, bo nie podskoczą. I nikomu niczego nie oddaje. Jego doradcy podatkowi zawsze jakoś tak wykręcą, żeby nie musiał. Uświadom sobie wreszcie, że rozbójnictwo w jego obecnym kształcie jest zawodem z teraźniejszością i przyszłością.
– A co z legendą? – jęknęła przygnębiona Labradorka. – Co z rozbójniczym etosem?
– Postępu nie powstrzymasz! – pouczył ją z wyższością w głosie szczeniak. – Jak się chcesz upierać przy legendzie i etosie, to sama sobie zostań smokiem wawelskim i żyj o siarce i wodzie. A rozbójnicy będą na to patrzeć i pękać ze śmiechu.

Jakieś wyjście

pon., 10 grudnia 2012, 08:32

Spotkaliśmy się z kumplami jeszcze przed południem, ale zanim ustaliliśmy, co mamy ochotę dziś przedsięwziąć, zeszły nam dobre dwie godziny. Maltańczyk był za pogonieniem królików, ale Wyżeł sprzeciwiał się temu, twierdząc, że może się zgrzać i dostać zapalenia płuc. Jamnik zaproponował, że można by się chować do nor, najlepiej borsuczych, na co Labrador popatrzył na niego jak na palanta, a Dog wymownie popukał się w czoło. Pomysł Foksteriera, żeby rozszarpać na strzępy jakąś ścierkę, upadł z braku ścierki. I tak każda kolejna propozycja miała jakiś tam mankament, aż wreszcie zgodziliśmy się, że zbiorowe wykopanie dużej dziury pod laskiem będzie najodpowiedniejszym zajęciem na słoneczne popołudnie.
Zaczęliśmy kopać z dużym entuzjazmem, nawet zbytnio się przy tym nie przepychając, kiedy nagle jeden z kumpli warknął ostrzegawczo i wskazał nosem rządek ludzi, przesuwających się powoli po niedalekiej, piaszczystej drodze.
– Idą w naszą stronę – stwierdził Foksterier.
– Całą zabawę zepsują! – jęknął Wyżeł.
– Ale czemu tak gęsiego idą? – zastanowił się zawsze skory do filozofowania Labrador.
– Ja wiem – zaczął się wymądrzać Jamnik. – To się nazywa karawana. Karawany mają to do siebie, że tak dziwnie chodzą. Widziałem to na Animal Planet. I jeszcze coś mówili… a, właśnie, że taka karawana coś do psów ma. Chyba ich nie lubi, albo jakoś tak.
– Trzeba działać! – podniecił się zawsze skory do czynu Foksterier. – Nie możemy tak po prostu biernie przyjąć nielubienia nas. Może ich obszczekamy?
– E, tam – sceptycznie zaoponował Maltańczyk. – Gorąco jest. Komu by się chciało obszczekiwać?
Znowu zaczęły się dyskusje, ale w końcu większość wzięła stronę Maltańczyka. Rzeczywiście, przy tym upale nikt się nie palił do obszczekiwania.
Ludzie doszli już prawie do naszej dziury, zatrzymali się, usiedli, rozpakowali swoje tobołki i zaczęli jeść. Spozieraliśmy na nich spode łbów, ale nie wydawali się tym szczególnie przejmować. Żuli, przełykali i nie sprawiali wrażenia, że już wkrótce ich tu nie będzie.
– Wyżeł miał rację – rzucił posępnie Dog. – Zepsuli zabawę. Przeszła mi cała chęć na kopanie.
Reszta potwierdziła markotnym kiwaniem łbów. Kopanie przy tych tam nikomu nie sprawiałoby szpasu.
– A mówiłem, żeby tę całą ka… karawanę obszczekać? – mruknął z wyrzutem Foksterier. – Poszłaby dalej i nie mielibyśmy problemu.
– My możemy pójść dalej – zauważył filozoficznie Labrador. – To też jest jakieś wyjście.
Nie mieliśmy ochoty już nawet na dyskusje. Podnieśliśmy się i poszliśmy dalej.

Pojednanie

sob., 1 grudnia 2012, 14:28

Drapiąc w drzwi Bernardyna Bobik nie czuł się całkiem pewnie. Jasne, przemawiały do niego hasła o konieczności dogadywania się skłóconych ras Psów, ale był też dosyć przywiązany do życia doczesnego i nie marzył o zbyt szybkim rozstaniu się z nim. A Bernardyn głosił wprawdzie ogólną świętość życia, ale niekoniecznie dotyczyło to konkretnego życia bobiczego.
Na szczęście tego dnia również Bernardyn był w pojednawczym nastroju. Wpuścił gościa z szerokim machnięciem ogona, które wydawało się zmiatać wszelkie dotychczasowe urazy i zawołał wesoło:
– Siemasz bydlaku! Przyszedłeś mi zamordować brata? Czy może nienarodzonego szczeniaczka? W porządku, nie mam pretensji, nawet ci zaraz naleję jakąś banię dla kurażu. Wypijemy na zgodę, wtedy i mordować będzie ci przyjemniej.
– Ależ… ja nie mam żadnych krwiożerczych zamiarów – wystraszył się Bobik. – Chciałem tylko uzdrowić atmosferę, siadając z tobą przy jednej misce.
– No, nie udawaj, nie udawaj – roześmiał się Bernardyn. – Znam waszą lewacką, pedalsko-żydowską paczkę i wiem, jakie stosujecie metody. Możemy o tym mówić otwarcie, bo przecież obydwaj wiemy, że tylko prawda nas wyzwoli. Ja tam na przykład nie ukrywam, że trenuję na strzelnicy, żeby razie czego móc sprawnie rozstrzelać twoich co bardziej wyszczekanych kumpli. Wnuczka też już nauczyłem, jak trzeba trakować czerwoną hołotę. I tak mnie to wyzwoliło, że gotów jestem nawet poczęstować cię kością. Masz, udław się na zdrowie.
– O, dziękuję – rozpromienił się Bobik. – Doceniam twój wspaniałomyślny gest. A jak już sobie tak miło i zgodnie rozmawiamy… Czy sprawiłoby ci to dużą trudność, gdybyś przestał nazywać mnie sługusem Rottweilera?
– Ale to też prawda! Najprawdziwsza! – warknął ostro Bernardyn, z wyrazem pyska zmienionym o 180 stopni.
– Kiedy ja tego Rottweilera nawet nie znam osobiście – zaczął się usprawiedliwiać Bobik, ale już było za późno. Bernardyn wszedł na wysokie obroty.
– Chcesz powiedzieć, że jestem kłamcą? – zawył z oburzeniem. – Ty, postkomunalne ścierwo, do mnie z takimi zarzutami? Przyszedłeś mnie obrażać w moim własnym domu? Won, pókim dobry i po gwintówkę nie sięgnąłem!
A kiedy przerażony Bobik wyskoczył przez najbliższe otwarte okno, Bernardyn wychylił się jeszcze za nim i szczeknął dobitnie:
– Na przyszły raz, jak przyjdziesz się ze mną jednać, oducz się tego swojego języka nienawiści!