Dawno, dawno temu… no, może nie AŻ tak dawno, ale jednak w czasach dość odległych, w szczenięctwie moim sielskim, anielskim (w odróżnieniu od szczenięctwa obecnego, które skłania się raczej w stronę diabelską, albo przynajmniej chochlikowatą), próbowałem wszystkiego, co mi tylko w zęby wpadło. Raz okazywało się to pasztetówką, a raz musztardą (brrr!!!), ale mój niepowstrzymany pęd do wiedzy pozwalał mi przechodzić na tą ambiwalencją doświadczeń do porządku i nieustannie próbować dalej.
Pewnego razu, podczas obrabiania regału z książkami, już po skonsumowaniu większości okładek, natknąłem się wśród fruwających luzem kartek na coś, co zapachniało mi niezwykle smakowicie, choć niekoniecznie jadalnie. Nie mogąc należycie ocenić i zinterpretować tego znaleziska, porwałem je w zęby i zaniosłem do Starszego Kumpla. Kumpel włożył okulary (choć był Starszy, a nie stary, ale w psiej szkole mówiono o nim “urodzony krótkowidz”) i pracowicie zapoznał się z cechami organoleptycznymi oraz intelektualną zawartością przyniesionego przeze mnie strzępka papieru. Następnie zrobił głupią minę, wzruszył niejednoznacznie ogonem i usiłował zmienić temat. Ale nie ze mną te numery! Przycisnąłem go do podłogi i zażądałem wyjaśnień. Kumpel kręcił, wyrywał się i i drapał w drzwi, ale wreszcie przyznał:
- Wiesz, prawdę mówiąc, ja ni cholery nie wiem, o co chodzi. To, co znalazłeś, to jest cytat i ludzie używają tego do pomyślenia tego, co być może pomyśleliby sami, gdyby już kto inny wcześniej tego nie pomyślał. Taki cytat składa się ze słów i z tego, co one znaczą. Ale do jedzenia ani jedno, ani drugie się nie nadaje.
Nie zmartwiłem się szczególnie, bo już wcześniej przypuszczałem, że kulinarnego pożytku z tego papierka nie będzie. Żądza wiedzy kazała mi jednak zadać Starszemu (choć, jak się okazało, nie wszystko wiedzącemu) Kumplowi kolejne pytanie:
- No dobrze, zrozumiałem, pożywić się tym nie pożywimy. Trudno, podobno nie samym żarciem pies żyje. Ale skoro ludzie tych cytatów używają, stawiają na półkach i oprawiają je w całkiem smaczną skórę, to musi coś ważnego w nich być. Wiesz co to takiego?
- Bobik, nie męcz! - jęknął Kumpel. - Ja ci mogę tylko powiedzieć, co tu jest napisane, ale nie wymagaj ode mnie, żebym wiedział, co to oznacza.
- No, dobra - zgodziłem się łaskawie. - Powiedz mi na razie, co jest napisane, a potem zobaczymy.
Starszy Kumpel wziął przywleczony przeze mnie skrawek kartki i przeczytał:
Niezmarnowane będzie życie moje, bom tworzył pieśni i miałem przyjaciół.
Rzeczywiście, ciężko było coś z tym począć dwójce szczeniaków (bo Kumpel, chociaż Starszy, też poza szczenięctwo jednak nie wyszedł). Zaczęliśmy kombinować na wszystkie strony, ale bez wyraźnego wizualnego, bądź zapachowego efektu.
- Gdyby to było “bom kochał suczki” - powiedział gdzieś po godzinie zgnębiony Kumpel - to bym jeszcze skapował. Chyba że po staropiesku suczki nazywały się pieśni?
Polecieliśmy spytać sierżanta Gugla, ale zaprzeczył. Powiedział, że po staropiesku na suczki mówiło się piesiulki, pieścice, psiężniczki, spsiałogłowy, psiewiasty, psurtyzany, psujki, psotki i piesczotki, ale o pieśniach żaden słownik nie wspomina. No i w ten sposób znowu byliśmy w punkcie wyjścia.
- Nie ma rady - powiedział Kumpel. - Chyba musisz zapytać twoich Starych. Oni już z niejednej miski chappi jedli, to może i tę zagadkę potrafią rozgryźć.
Pytanie Starych wprawdzie nie bardzo mi się uśmiechało, bo właśnie od pewnego czasu usiłowałem im udowodnić, że wszystko wiem lepiej od nich, ale rozsądek mówił mi, że Kumpel może mieć rację. Zakopałem tajemniczą kartkę pod bzem, obok innych psich skarbów, żeby ktoś mi jej nie porwał i postanowiłem wieczorem pogadać ze Starymi.
Zajęliśmy się z Kumplem bieganiem po ogrodzie, przeciąganiem szmaty, wzajemnym podgryzaniem uszu i innymi szczeniackimi przyjemnościami. Wieczorem byłem tak zmęczony, że natychmiast po wylizaniu miski padłem na posłanie i spałem twardo aż do rana. Następnego dnia przypomniałem sobie o kartce akurat wtedy, kiedy Starych nie było w domu i solennie obiecałem sobie, że tym razem na pewno zapytam ich wieczorem. Ale zająłem się obgryzaniem kości, straszeniem wróbli i szczekaniem na kota sąsiadów, a kiedy przyszedł wieczór…
Co będę ukrywał - płynęły kolejne dni i miesiące mojego szczenięctwa, a ja nie tylko co wieczór zapominałem o kartce, ale w pewnym momencie już na dobre zapomniałem. Skończyłem psią szkołę, zacząłem stróżować i bronić domu przed złodziejami, wiosną buzowały we mnie hormony. Radziłem sobie z nieuchronnymi w psim życiu rozczarowaniami i gromadziłem niebiańsko pachnące polędwicą chwile radości. Byłem ciągle zajęty, chociaż nieraz trudno byłoby mi powiedzieć czym. A już odkąd założyłem blog, na takie rzeczy, jak niezrozumiałe cytaty, w ogóle nie miałem głowy i czasu. Aż do dziś.
Bo dziś, kiedy zacząłem się zastanawiać nad kolejnym wpisem, przypomniało mi się, że on będzie setny, czyli - było nie było - jubileuszowy i wypadałoby na taką okazję przygotować jakieś specjalne danie. Pobiegłem do mojego skarbczyka pod bzem, żeby zobaczyć, czy nie zakopałem tam przypadkiem jakiejś wyjątkowo dużej kości i podczas poszukiwań natknąłem się na dawno już zapomnianą kartkę. To może być to! - pomyślałem w nagłym przebłysku psiej intuicji. Moi Goście to głównie ludzie, a ludzie są tak dziwni, że często nawet wolą cytaty od kości.
Zaraz miałem lecieć do Starych, żeby nareszcie wytłumaczyli mi, co oznacza to napisane, kiedy znienacka, bez żadnego szczególnego powodu, uświadomiłem sobie, że już nie muszę ich pytać. Tajemniczy cytat zrozumiał mi się jakby sam z siebie, bez mojego czynnego udziału. Wystarczyło trochę pożyć.
Teraz już wiedziałem, że nie bez powodów zakopałem to zdanie wśród moich skarbów. Ono było doprawdy jak ogromna, tłusta, jeszcze ociekająca rosołem, szpikowa kość. Z drobną, psią poprawką: niezmarnowane było życie moje, bom kochał pieśni i miałem przyjaciół.
piątek, 26 luty 10 | Autor: Bobik
Możesz śledzić komentarze do tego wpisu, korzystając z RSS 2.0
Możesz dodać komentarz, albo dać trackback z twojej strony.
Możesz dodać komentarz, albo dać trackback z twojej strony.
Jeśli chcesz dodać odnośnik do komentarza, wykopiuj jego link, klikając (prawym przyciskiem myszy)
na datę komentarza.
na datę komentarza.
526 komentarzy
526
dodaj komentarz
do Bobika
Ze skarbczyka skurczybyka
Lecz choćby klęska skończyła me boje,
Choćby najsrożej los się na mnie zaciął,
I tak niczego, psia krew, się nie boję
Bo wszystko wisi mi pietruszki nacią…
_____________________________________
Lecz choćby klęska skończyła me boje,
Choćby najsrożej los się na mnie zaciął,
Ja wiem, kto winien temu: zawsze goje!
Lecę poskarżyć się na wszystko braciom…
______________________________________________
Lecz choćby klęska skończyła me boje,
Choćby najsrożej los się na mnie zaciął,
To w tobie flaszko zawsze mam ostoję
I odpowiedzieć mogę tak: cios za cios…
Zeenowy kuplet nadaje sie dzisiaj dla amerykanskich hokeistek. Choc nie ogladam zimowej olimpiady to musze wyznac, ze jestem klozetowym kibicem olimpijskiego hokeja. Kto nie ogladal wczoraj jak Kanadyjczycy (mezczyzni) rozgromili Rosjan… Kanada sie trzesla kibicujac… ziemia drzala od Bonavista do Vancouver Island. Serio. Hokej w Kanadzie i Stanach to jest gra milionerow, ktorym albo sie chce grac albo nie. Ale wczoraj, jak to powiedzial trener Rosjan, wypadli na nich jak stado wilkow. Artykul byl w Polskich gazetach ze Kanada to kraj bez osobowosci. Well… trzeba bylo to zobaczyc wczoraj. I dzisiaj. Gdy jest o co walczyc…
Dzisiaj Kanadyjki wytlukly Amerykanki. Co to za gra. Trzeba pamietac, ze czolowe kanadyjki graja w zawodowych meskich klubach w Szwecji i Finlandii. Sa swietne i mniej sie tluka kijami po glowach niz mezczyzni. Wole hokej od baletu na lyzwach.
Dobrej nocy wszystkim. Am at peace. Quebec sie nie odseparuje. Zostaniemy razem. Krolowa nie ma prawa wjechac do Quebecu, reszta Kanady ja po cichu kocha, ale po jej odejsciu zostaniemy republika.
Nie wyobrazam sobie zeby Krolowa Elzbieta i nasz Prime Minister byli dla siebie grubianscy. Kiedys jednak odprowadziwszy krolowa na lotnisko po wizycie, Prime Minister Trudeau (wygral wybory 4 razy !!!) zakrecil na lotnisku pirueta. Good riddance!
Troche klepie, ale to hokej robi mi karuzel w glowie. Dobranoc.
rzekłbym, że “psia poprawka” trochę pesymistyczna
Nooo, Bobby, congratulation, setny wpis

Wiele tych setek jeszcze życzę z całego serca
Przyznam, że wzruszyłam się łzawo i na miękko
Poprawka niepotrzebna i myląca 
On chyba terminował u Glempa http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,7604589,Malysz_na_sniadaniu_u_prezydenta.html
Dzień dobry.
Ja też od rana wzruszony i wdzięczny, bo oczywiście przy setnym wpisie jakoś mi tak refleksyjnie i różne rzeczy sobie uświadamiam. Ten blog naprawdę zmienił mi życie na różne sposoby i to wiele bardziej, niż się spodziewałem. A najważniesze z tego na pewno jest to, co usiłowałem zawrzeć we wpisie - pieśni i przyjaciele. Świadomość, że gdzieś tam, czasem na drugim końcu świata jest ktoś, kto chce mnie wysłuchać, rękę podać, albo mi zaufać i powiedzieć, co jego boli. I twórcza energia, która się indukuje poczas blogowych spotkań, radość uczestniczenia w tym procesie, bez względu na to, czy się jest sustancją reagującą, czy katalizatorem.
Stąd psia poprawka, jak uważam, potrzebna - wystarczy kochać pieśni, żeby w jakiś sposób być ich współtwórcą. No i dzięki tej poprawce przesłanie staje się bardziej uniwersalne. 

Ani przez moment, nawet w chwilach bardzo trudnych i szarpiących nerwy, nie żałowałem założenia blogu. Bo dostaję tu zawsze więcej, niż jestem w stanie dać.
Dziękuję.
Wzruszenie, Bobik, nie pozwala mi Ciebie ścisnąć za gardło
ale się przemogę… 
aaahhhkkhrrgghrrrx/+!%!!!….. zeen, puszczaj, bo nie będzie kto Ci miał nalać setki!

Dobra, popuściłem
Co za subtelność
ścisnął, ale się nie wgryzł 
Dobrze, że gardło me puścili,
ach, jaka to przyjemność jest,
bo nie ma drugiej takiej chwili,
gdy tak swobodno dyszit pies!
Przepis prosty niczym cep:
zanim pisze, pierwej czyta
no i ma otwarty łeb -
pinkwolony erudyta
Wątpliwości zawsze ma
kiedy nie wie, to zapyta
i w inteligencję gra
pinkwolony erudyta
Słyszy coś i zaraz mu
skojarzeniem we łbie świta
ma drań spory zasób słów
pinkwolony erudyta
Warto i o to się bić
chłopom na równi z kobitom
by świat też pozwolił żyć
pinkwolonym erudytom…
Milego dnia Bobiku,
sciskanka dla ciebie i koszyczka.
gratuluję i zmykam pod kordłę
Dopiero zeen przekonal mnie, ze faktycznie mozna mnie uznac za wspoltworce piesni, bo swoim zwyczajem skromnie i pokornie mialem watpliwosci.
Tak, nasze zycie sie zmienilo, moje i Starej, odkad Bobik zaprosil nas na Swoje i zapowiedzial, ze bedzie oswieconym dyktatorem. Nie wyobrazam sobie miejsca bardziej oswieconego, bardziej rozspiewanego, bardziej naslonecznionego niz w gronie Bobika i jego Przyjaciol.
Czysta magia, Bobiku!
Dziękuję, dziękuję Wszystkim i sam ściskam kciuki, żeby fomi organizm wirusy szybko wytłukł. Chyba że się fomie wcale nie chce tak szybko spod tej kordły wychodzić.
A propos wątpliwości, to ja przyjąłem za swoją tzw. zasadę Grydzewskiego. Tenże, znany zarówno z roztargnienia, jak i z pedantyczności, powiedział kiedyś w jakimś wywiadzie: nawet kiedy widzę “Litwo, ojczyzno moja”, na wszelki wypadek sprawdzam, kto to napisał, chociaż dobrze wiem, że Słowacki.
No właśnie. Pies alkoholik. Ledwie oczko otworzy na Boży świat, a już setka.
Niektóre elementy psich wyznań pachniały mi znajomo, jakby kości zagrzebane pod innym drzewem, ale w końcu co tu dziwnego, ten sam smak, ta sama psikologia.
Jak mówił słynny J.D. Bullterrier: Raise High the Roast Bone, Carniv’rous.
Foma, czyś Ty aby nie zanadto złagodniał? Nie dość, że przygarnąłeś wirusy, to jeszcze je tulisz pod kordłą
Mordko, ja też podejrzewam, że to sprawka magii - Królik sam się wyciąga z kapelusza i pisze posty.
To i ja milczał nie będę Bobiku, w końcu to nie twoja wina, że nie urodziłeś sie kotem, jak na psa wydajesz się być całkiem do rzeczy, oby tak dalej, gratulacje i życzenia wszelkiej pomyslności
z uszanowaniem
Kot Sokrates
sorry, “Twoja”
andsolu, poprzestawaj trochę z zeenem, to zobaczymy, czy potrafisz każdy dzień zaczynać od herbatki…



Na temat znajomego smaku kości akurat wczoraj sobie myślałem, obwąchując niektóre z Twoich drzewek. Musi naprawdę jakaś psikologia.
A to o Roast Bone to naprawdę J.D. Bullterrier powiedział? Bo ja myślałem, że to “The Carpenters” śpiewali.
Lepiej sprawdzę.
Sokratesie, jeżeli tylko nie masz pretensji o moje niesłuszne pochodzenie, to na każdy inny temat się dogadamy.


Dziękuję za życzenia i podsuwam miseczkę z pasztetówką. Wszystkie sąsiedzkie Koty ją uwielbiają, więc może i Tobie podejdzie.
W sekrecie dodam, że Myszy też w okolicach mojej miski często są widywane.
Nie tylko można, trzeba uznać Mordechaja za współautora pieśni!
Sam bym takiego gniota nie wypuścił…
Skoro mozna mnie uznac za wspoltworce piesni, zamowilem troche pamiatkowych gadzetow aby uczcic Setny Wpis:
http://www.cafepress.co.uk/traffordphotos.265574611
Gadżety to ja też przygotowałem, ale ktoś mi je zdematerializował.

http://ihasahotdog.files.wordpress.com/2009/01/funny-dog-pictures-this-dog-has-two-bones.jpg
Za to dekoracja została. Może dlatego, że była wysoko.
http://www.funnyphotos.net.au/userimages/user756_1151972136.jpg
Dekoracyjne, owszem, ale mało pożywne. Bardziej podchodzący byłby befsztyczek, zwłaszcza pod setkę
Chyba jasne, że propozycji befsztyczka nie mam zamiaru lekkomyślnie odrzucić.
Z setką czy bez!
No żesz, a ja się wpisałam pod poprzednim wpisem i zastanawiam, co to tak pusto. Gdyby była kufa z palcem pukającym się z czoło, to bym musiała sobie ją zamieścić. Za wcześnie wstałam najwidoczniej i niezbyt dobrze kojarzę
Policzyłem: 16 miesięcy, 100 wpisów, wychodzi 6,25 wpisu na m-c.
16 m-cy średnio po 30 dni to 480 dni, na 100 wpisów, wychodzi 0,208333333333 wpisu dziennie. Dobra, inaczej: miesiąc ma 30 dni, 6,25 wpisu na m-c daje wpis co 4,8 dnia.
Tydzień ma dni 7, wpis jest co 4,8 dnia co stanowi 1,4583333333 wpisu tygodniowo.
Miesiąc czy tydzień dadzą się podzielić na dni, godziny czy minuty, natomiast wpisy się nie dzielą, wychodzą w całości, albo wpis jest, albo go nie ma, zatem:
Tygodniowo jest jeden wpis, ułamki we wpisach nie istnieją, co już udowodniliśmy.
Rok ma 52 tygodnie, blog działa 68 tygodni – to tu powinno być tylko 68 pinkwolonych wpisów!
Superata!
Policzmy:
Od jednego wpisu podatek wynosi 100 EUR. Bobik zapłacił 100 x 100 = 10 000 EUR, a powinien 6800, czyli wpłacił do budżetu 3200 EUR za dużo. Zważywszy, że wydanie 1 EUR przez państwo kosztuje 2,3 EUR, Bobik naraził państwo na bezzasadne koszty w wysokości 7360 EUR.
Widzicie teraz ile nas kosztują pinkwoleni erudyci?!
Rany boskie! To do tych dwóch lat odsiadki za obrazę dojdzie mi jeszcze kilka roczków za machlojki finansowe?

Nie wiem, czy nie pójść na ugodę z prokuratorem i nie zostać świadkiem poronnym.
Vesper, kufa pukająca palcem w czoło przydałaby się tak ogólnie, niekoniecznie z Twojego powodu.
Ale być może Łotr takiej nie chciał, bo obawiał się nadużyć. 
Nie ma sprawy Bobiku, pełna akceptacja

Jakbyś potrzebował parę ptaszków na jubileuszowe przyjątko, to wystarczy jedno słowo i się robi, czytaj łowi
A pasztetówka i owszem, jak najbardziej
Gratulacje jubileuszowe, Bobiku. Zostawiam szampana i na razie znikam. Otwórzcie wieczorem
Dzisiaj mnie już nie będzie, ale wzniosę toast za pinkwolonych erudytów

Bawcie się dobrze
A, Bobiku - stokrotne usciski dla Psa, i podziekowania za tak piekne nazwanie wszystkich tu sie pojawiajacych.
Zreszta ja zawsze, co Bobik wie skadinad, akurat to slowo mialam i tak w domysle, gdy myslalam o tym miejscu.
Oprocz dzisiejszego wpisu, bardzo mnie rano ucieszylo, ze w ogole moge go dzisiaj przeczytac, bo wczoraj mielismy burze, ktorej nie powstydzilaby sie ani Emily Bronte, ani Szekspir, i dzisiaj 90 tysiecy mieszkancow naszego stanu jest zupelnie bez pradu. A w ramach innych zbiegow okolicznosci z setnym wpisem, rozmawialam wczesniej przez telefon z mezem, ktory wlasnie byl przez chwile juz bardzo w Twoich, Bobiku, okolicach (zdaje sie, ze o kilka lub kilkanascie kilometrow)… Do tego Twoja setka prawie sie zbiegla ze swietem Holi, wiec jeszcze dodatkowo czeka Cie oblewanie nie tylko szampanem, ale najweselszymi kolorami (to za dwa dni, ale mozna zaczac wczesniej).
A teraz chyba pojde pozbierac pare konarow drzewa, ktore leza na trawie w ogrodzie, cieszac sie, ze gdy spadaly, nikt pod tym drzewem nie stal.
Wymyśliłem. Gdyby Bobik pod komentarzem nr 530 czy coś podobnego dorzucał też swój: “drogi zwierzyńcu, jest nowa kość”, to nikt ze starych bywalców by już starej nie obgryzał.
Wszystkie gratulacje i prezenty przyjmuję z wdzięcznością, szampana wstawiam do lodówki, bo ciepłego przecież pić nie będziemy, a Sokratesa proszę o kilka szpaków, bo chcę być szpakami karmiony.
O święcie Holi wprawdzie nie pamiętałem, ale podświadomość najwyraźniej zadziałała, bo już wczoraj zacząłem o tych mandalach Ndebele.

Moje okolice to wprawdzie Kraków Centralny, ale w promieniu jakichś 80 km od niego zawsze znajdzie się coś, do czego będę się mógł przyznać.
Czasem o nowej kości wspominam, ale przyznaję, że zdarza mi się cierpieć na szczenięcą sklerozę.
Teren Twoich obecnych psich przebiezek, to nie tylko Krakow, Bobiku - choc nie wiem jak dalece do tych miejsc sie tez przyznajesz…
To wlasnie przez ten teren, jedzie teraz do mnie roza cukrowa pochodzaca rzeczywiscie z Krakowa. 
Aa, moje obecne… Owszem, do nich też się przyznaję, choć w znacznie mniejszym promieniu.

Gdybym wiedział, że Ganesh jest gdzieś kilka kilometrów ode mnie, to bym sobie pobiegł w tamtą stronę na spacer.
Chyba że to było kilka kilometrów w górę. Z tym mógłbym mieć niejakie trudności, bo jestem Bobikiem Czarnym, a nie Orłem Białym.
Bobiku, te zamówione szpaki jeszcze tu nie doleciały, gdzieś się włóczą w cieplejszych rejonach, jakby nie wiedziały, że są tu potrzebne
Czy mogą być inne :spoko:
Poprosiłbym o kwiczoły, ale one są w czasie przeszłym i może się okazać, że już ich nie ma. Ślepowrony mają niewłaściwe konotacje polityczne, cietrzewie są za konfliktowe, gołąbki za pokojowe, kanarki niezbyt lubiane w społeczeństwie… Kurczę, wcale nie tak łatwo złapać odpowiedniego ptaka!
Jaszczomb?
Kura?
Kura to podobno najczesciej podawane mieso na bankietach ONZ, bo niekonfliktowe, i wiekszosc religii swiatowych (choc nie wszystkie) na nie pozwala. Nawet religia Zosi kurze sprzyja.
Bobiku, tym razem to byl szybki przejazd, ale w Twoich okolicach bedzie staly przedstawiciel firmy, ktorego przeciez od czasu do czasu nalezy odwiedzac, nieprawdaz? Wiec nic straconego i zapowiedz na przyszlosc.
Od czego jest Ganesh, jak nie od usuwania trudnosci w spotkaniach pokrewnych sobie duchowo osob… 
Jeszcze moga byc spiewajace kosy zapiekane w angielskim pie z wierszyka dla dzieci:
Sing a song of sixpence,
A pocket full of rye.
Four and twenty blackbirds,
Baked in a pie.
When the pie was opened,
The birds began to sing;
Wasn’t that a dainty dish,
To set before the king?
The king was in his counting house,
Counting out his money;
The queen was in the parlour,
Eating bread and honey.
The maid was in the garden,
Hanging out the clothes;
When down came a blackbird
And pecked off her nose.
http://www.youtube.com/watch?v=XNVitnZCZ7s
To był jeden z pierwszych angielskich wierszyków, którego się nauczyłem.
Bardzo dziś byłem kreatywny kulinarnie. Spojrzałem na leżące przede mną surowe strzępy gulaszu wieprzowego i stwierdziłem, że właściwie to wcale nie mam ochoty na gulasz, tylko na ossobuco. W związku z czym wziąłem i przyrządziłem te strzępy dokładnie tak, jak ossobuco.

Było przepyszne, chociaż bez dziury.
Cóż to za kreatywność skoro prostej dziury w kości nie potrafi… Co to, ząbki już nie te
zeen, to była odwrotność tej sytuacji z wroną, “wprawdzie ser zużyłam cały, ale dziury pozostały”. U mnie było wszystko, co dookoła dziury, tylko samej dziury nie było.
Nie w ząbkach rzecz, tylko w zagadce bytu lub niebytu dziury.
Trudno. Nikt dziś nie docenia
Prawdziwego poświęcenia!
Po czym Bobik kroczki drobił
uprawiając areobik
Przy czym drobił bez kolacji,
oraz bez klimatyzacji,
choć bobiczy aerobik
się odbywał w Nairobi.
Bobik bez kolacji? To okrucienstwo, ktore trzeba zglosic odpowiednim organom…
A podczas, gdy gotowales swoje ossobuco Bobiku, u mnie bardzo ladnie padal grad, co interpretuje jednak jako nowoangielska zapowiedz wiosny. Gdybys potrzebowal lodu do wiaderka z szampanem, to chetnie sluze.
A, to znaczy, że szampana mam wyciągać? Proszę bardzo, już się robi!
No widzisz, Bobiku, ani gradu, ani szampana absolutnie nie mozna zmarnowac. Mamy przeciez kryzys.
Szampan się mrozi w wiaderku z gradem,
w misce spoczywa zakąska -
życie nie zawsze wypina zadek,
czasem się wdzięczy i kląska.
Gdy chwila taka cudna się zdarzy,
łap ją za diem jak karpia,
choć wiesz, że jutro pewnie się sparzysz,
lub wredna dorwie cię harpia.
przekąś szampana plastrem “żywieckiej”,
dołóż solony orzeszek
i powiedz życiu: ze mną jak z dzieckiem,
ja to się byle czym cieszę.
O, bardzo ladne motto w ogole, choc w szczegole to jednak taka setka to nie byle co.
No i trudno zyc suchym szampanem, wiec zywiecka nieodzowna, choc tu akurat o nia trudno, bo jeszcze mniej sie nadaje do przewozenia samolotem niz kontrabanda rozano-krakowska…
Moze dorzuce jeszcze troche migdalow od Debry, i swieczke Radiance, juz zapalona (zapach cytrusa z ylang-ylang i odrobina patchouli. 
Poczuli paczuli i zaczęli się czulić…
Wiadomo - migdaly… (Z tym, ze jak od Debry, to jest sie zawsze pewnym, ze zaden migdal w zaden sposob nie ucierpial podczas luskania.)
Moje dzieci zawsze sie pytaja, czy te ylangi to blizniaki, ale zawsze stanowczo odpowiadam, ze tylko rodzenstwo… 
…w misce spoczywa zakąska… Bobiku, błagam, wypuść tę mysz z życiem! Te dwa czy trzy kęsy będą Cię kosztowały roczne wyrzuty sumienia. I smak wcale nie jest ten co myślisz. Poznaj uroki dobroci, zyskaj dożywotnią przyjaciółkę!
Nawet gdybym chciał mieć dylemat moralny, to nie mogę. Uciekła.
Po dlugich debatach co z wakacjami postanowilismy w tym roku poswiecic je calkowicie Rodzicom. I ja i maz mamy nieprawdopodobne szczescie, ze oboje nasi rodzice zyja i jakos sobie tam dzielnie ciagna. Najstarszy jest moj Ojciec- 86 lat, najmlodsza jest Mama Meza ma 79 i, o ironio, bardzo kiepsko u niej z pamiecia.
A wiec w czerwcu ruszamy do Warszawy na dwa tygodnie. Planujemy wycieczke po grobach rodzinnych z Rodzicami oraz wycieczke z Mlodsza Siostra trasa Kazimierz Dolny- Sandomierz-Lancut-Przemysl-Zamosc-Kozlowka. Jezeli macie jakies sugestie w tych regionach to b. prosze dajcie znac.
Kazimierz Dolny to jedno z moich ulubionych miejsc: zolte piaszczyste plaze nad Wisla, a 10 lat temu to jeszcze kury chodzily po kazimierzowskim rynku… tez lubie patrzec sie z samochodu na wierzby i laki nad Wieprzem…
Bilety lotnicze juz mamy.
Te groby to jest skarbnica rodzinnych historii. Np. moja prababka lezy pochowana w Warszawie, bo tam zmarla na raka mozgu i pradziadek konno na oklep pojechal z Rakowa do Warszawy, zeby ja pochowac w 1900 roku. Rakow nalezal do zaboru rosyjskiego wtedy, stad ta Warszawa. Bylo znacznie blizej do Krakowa, ale to juz w innym zaborze. Jak chocholy Wyspianskiego, niemoc. Zabor Austriacki byl wtedy najweselszym barakiem w calym obozie… Moi Rodzice wspominaja (z opwiesci swoich rodzicow), ze Austriacy w czsie pierwszej wojny swiatowej zbudowali kolej waskotorowa, ktora bardzo gospodarczo ozywila caly region (Jedrzejow -Pinczow). Rosyjski zabor, jak niemiecki, byl ciezki i posepny. W rosyjskim chlopi czasami probowali zwichnac biodra swoim synom, zeby ich ich uchronic od wojska carskiego: 25 lat, po jednym chlopcu z kazdej rodziny… Moj pradziadek wlasnie dlatego byl kulawy i mial przydomek ” Panie Ha”.
Mamy jeszcze w albumach posepne zdjecia naszych przodkow z roznych niewoli. Np. moj dziadek byl w niewoli w Finlandii i na Wegrzech. Ale to juz zupelnie inna historia…
Na szczescie mamy week end.
Posępne zdjęcia przodków… Króliku, różne mogły być ku posępności powody. Na przykład takie, że ostentacyjny uśmiech był nieprzystojny. “Śmieje się jak głupi do sera..” itp. I pójście do fotografa było takim wielkim halo, że należało zachować powagę.
A przecież ci wszyscy ludzie, wtedy, na pewno też mieli różne dni. Raz im było ciężko na duszy, a raz -mimo wszystko - radośnie bez powodu. Na zdjęciach tego nie widać, wszyscy są sieriozni do spodu. Ale ja myślę, że raczej z powodu ówczesnej konwencji, niż przez to, że życie takie ciężkie było. Bo życie i teraz potrafi dać w de, a na zdjęciach wszyscy konwencjonalnie - cheese.
To prawda, ze do zdjec przybieralo sie powazna mine…, ale zycie bylo ciezkie wtedy. Jak w Chlopach Reymonta. Smierc, kalectwo, choroba, przemoc… brr. Takie zycie tez moze byc pelne, ale ja chwala bogu, uchowalam sie do nastepnych pokolen.
Chciałbym wierzyć w to, że mamy zdolności przystosowawcze. To znaczy, że ciężkości życia nie oceniamy tak w ogóle, tylko w porównaniu.
I że dzięki temu znajdujemy wciąż od nowa powody do optymizmu.
No bo jeśli nie dzięki temu, to może się okazać, że w ogóle nie ma żadnych powodów.
Brrrrr!!!!
Za powody do optymizmu, nawet jesli z perspektywy czasu te powody nie sa tak uniwersalne!
Dzień dobry.
Wychylam do dna filiżankę herbaty za powody, czymkolwiek i kimkolwiek by one nie były, i lecę na targ, zanim stoisko z rostbefem się zwinie i Grek zwany Turkiem odjedzie w siną dal.
Sobota na ogół jest bardzo przyjemna pod względem kulinarnym. Mam nadzieję, że i tym razem mnie nie zawiedzie.
samotny sobotny(?) Bobik
do setki mozna bylo brykac,a co teraz
czy wypada?
po buszowaniu przez ksiegarnie(?),antykwariaty i EMPIKi
male fikanko pomiedzy drzewami terenow zielonych w
poszukiwaniu pozostalosci zimy
fiku,fiku
andsol,przeczytales cale 40 000 od poczatkow pisaniny?
Podziw
vesper,pani z ksiegarni moze i wiedziala (moze),ale ja znam OSOBISCIE jednego pana ktory czesto wie o czym ksiazka rozprawia

tez chce byc 40 000-nieodparta chec sukcesu
Rysiu, chyba nie zrobisz nam takiego świństwa, jak zaprzestanie brykania?

Natychmiast wydaję ustawę, że brykanie rysiów, jako ich znak markowy jest legalne na całym obszarze wpisowo-komentarzowym. Teraz masz to amtlich.
amtlich to amtlich
brykam,brykam,brykam,brykam
Przyznam, ze niespecjalnie ogladalam olimpiade, a nawet - mowiac szczerze - wcale jej nie ogladalam, nie wiedzac, ile trace…
http://www.huffingtonpost.com/2010/02/26/the-most-insanely-ridicul_n_478399.html
Pyta rysberlin: przeczytales cale 40 000 od poczatkow pisaniny? Sprytnie, sprytnie. Polityka faktów dokonanych. Że niby nie ma już co ubiegać się o numer 40 tys. Ale nie martw się, ja Wam tego nie zrobię. Tak jak łatwo zostałem powitany, tak zostałbym pożegnany. I znienawidzony na zawsze za uwiedzenie liczby, której nawet nie położy się w misce.
Wasze rozmowy? Fascynujące, ale to cały kurs magisterski. Daj mi ze dwa lata na douczenie się. Już sporo się dowiedziałem, ale popatrz sam ilu Was tu. Samych poetów chyba z setka.
Przy okazji. Opera świetna, ale podejrzewam, że wiele żartów muzycznych przelatuje mi koło ucha. (Życie uczy, że jak coś wydaje się proste to może kłamać). Cieszę się, że i tak w kilku z nich się połapałem.
Moniko :smile - jazda figurowa to jedyne co z tej olimpiady ogladam, niestety po nocach, i ich stroje sa nieodlacznym atrybutem atrakcji. Belg Kevin van der Perren w szkielecie oraz ten Japonczyk w fatalaszkach sa w gronie moich tegorocznych faworytow, bo nie tylko sa swietnymi lyzwiarzami i wygladaja zabawnie, ale sa po prostu nowatorscy w tej dyscyplinie, ktora moim zdaniem za duza wage przyklada do skomplikowanych i niebezpiecznych figur w powietrzu, a za malo do poszukiwnia nowych form ekspresji ruchu.
Kevin van der Perren jest swietny. i ogladam go zawsze z przyjemnoscia, choc zdarza mu sie wyladpowac na lodzie na pupie.
Curling- za zero agresji, stalowe nerwy i nieprawdopodobną precyzję

Za figurowym nie przepadam. Szczególnie tańce doprowadzają mnie, od dłuższego czasu, do ujemnej pasji
Toz jazda figurowa ma jeszcze mniej agresji niz curling. Testosteron tam w ogole nie wchodzi w gre, wrecz przeciwnie, ociupina dziewczecej finezji i artystycznego wyrafinowania sa wysoce pozadane

Ktory tancerz, Haneczko, podlozyl Ci sie, za przeproszeniem?
My z Churchillem już od dziesięcioleci propagujemy zasadę - no sports!

Chociaż przyznaję, że dawniej zdarzało mi się oglądać np. skoki narciarskie. Ale odkąd stały się one przedmiotem narodowego kultu, obiektem adoracji i źródłem kompensacji, doznałem pewnego zbrzydzenia i oglądać przestałem. Jakoś mnie nie ciągnie do grona tych, którzy długo jęczeli pod carskim knutem, zęby za wolność dawali sobie wybijać i w kazamatach komuny spędzili dzieciństwo, ale za to teraz Adam wszystkim pokaże.
Heleno, ja tez, jak bym mogla, to bym pewnie jednak jazde figurowa ogladala, choc ogolnie jestem raczej jak Bobik pod wzgledem ogladania sportow (i jak Ty, podobnie wolalabym widziec rozlozenie akcentow, tylko wydaje mi sie, ze te niebezpieczne figury latwiej pewnie oceniac obiektywnie niz walory estetyczne). A kostiumy mnie rozbawily.
A tu Jamie Oliver w West Virginia - ma nowa inicjatywe, zdrowego odzywiania najmlodszych w szkolach - ale poczatki moga byc troche deprymujace, bo dzieci nie potrafia zidentyfikowac pomidorow i innych warzyw (za to wiedza, co to jest keczup - jak tego zreszta chcial Ronald Reagan, ktory obcial pieniadze na lunche szkolne, i kazal wlasnie klasyfikowac keczup jako warzywo, bo keczup byl tanszy).
http://www.huffingtonpost.com/2010/02/26/jamie-olivers-food-revolu_n_478824.html
andsolu, ale byś wyciął fomie numer, gdybyś go czterdziestaka pozbawił! Bo przecież oznaczałoby to równocześnie pozbawienie go zaszczytnych tytułów Jedynego Słusznego Zwycięzcy Rywalizacji o Dziesięciotysięczniki, Jedynego Wielokrotnie Zwodowanego, a może nawet Jedynego Startującego w Zawodach.
Muzyczne żarty w tekście rzeczywiście mogą zostać niedostrzeżone, jeżeli się ich jasno nie zaznaczy. I nawet nie dlatego, że ktoś mało kształcony czy osłuchany jest, tylko dlatego, że tekst, choćby i przez autora pomyślany pod jakąś określoną melodię, wcale w odbiorze nie narzuca tej melodii z pełną oczywistością. Co miałem niejednokrotnie okazję sprawdzić na jednym takim z bardzo dobrym słuchem i muzyczną pamięcią, który mimo to dopiero po głośnym powiedzeniu, o jaką melodię chodziło, pukał się w czoło i wołał: no jasne!
Zagonek keczupu im. R. Reagana.
, a döner kebab, czyli buła nadziana nie tylko mięsem, ale i warzywami. I klient musi obsługantowi sam opowiedzieć, co ma do tej buły być napakowane - z pomidorami proszę, z cebulą, z peperoni, ale bez kapuchy.
Swoją drogą, ja sobie w Niemczech nie wyobrażam dzieciaka, który nie zna ogórka lub pomidora. Ale może to dlatego, że tutaj narodową potrawą nie jest gorący pies
Potrzeba matką znajomości nazw warzyw. Może by tak w Stanach, zamiast męczyć się z akcjami edukacyjnymi, po prostu sprowadzić tureckich gastarbeiterów?
Jamie robil to samo w Wlk. Brytanii i wymusil na rzadzie Tony’ego Blaira przyznanie o miliard funtow rocznie wiecej na szkolne stolowki. Ale zaczal od szkolenia kucharek szkolnych, przyzwyczajacych jedynie do wsadzania fabrycznego jedzenia do mikrofalowki. Jedna z tych kobiet zaprowadzona przez Jamiego sila do dzialu jarzyn i owocow w supermarkecie, strasznie sie dziwila, jak jej pokazywal peczek bazylii, ze jest to jadalne.

Wiec Jamie poszedl do jej wlasnego domu i pokazal w jaki sposob mozna bazylii uzywac w kuchni.
A dzieci z jednej szkoly zaprowadzil na farme. Okazalo sie, ze wiekszosc klasy nigdy w zyciu nie sprobowala truskawki czy surowej marchewki (”czy to nie jest trujace?”) .
Zaprowadzil tez do fabryki, produkujacej glownie z tluszczy i odpadow miesnych sczegolny przysmak dzieci brytykjskich pod nazwa “indycze loczki”. POkazal jak sie to robi. Niektore dzieci sie porzygaly.
Kiesdys jednak chyba zmusze sie do tego aby napisac list do rzadu i JKM w sprawie szlachectwa dla Jamiego Olivera. POwinien dostac co najmniej OBE (Order of British Empire) albo tytul lorda. Nalezy mu sie za wszystkie dobre obywatelskie kampanie, ktore w ciagu ostatnich 15 lat przeprowadzul ratujac zdrowie i zycie swych wspolobywateli, a takze szkolac bezrobotnych i dajac im fach do reki. Moze dzis taki list napisze do Browna i Krolowej? Ale najpierw musze swoja wlasna kuchnie oporzadzic, bo niedlugo zalegna sie w niej jakies indycze loczki albo inna zaraza.
Tak, Bobiku, zagonek keczupu im. Reagana to dobry pomysl.
Nie wszedzie i nie wszystkie dzieci i tu nie wiedza. West Virginia jest wyjatkowo niezamoznym zakatkiem Stanow. W niektorych stanach jest lepiej, zwlaszcza, gdy tradycja i status materialny rodzicow temu sprzyja, a sa i ogrodki szkolne, gdzie dzieci, ktore nie maja mozliwosci w domu moga uprawiac warzywa (Alice Waters, slynna restauratorka, od lat to propaguje w Kaliforni). W koncu i w klasycznym hamburgerze sa pomidory, cebula, kiszony ogorek, a i w pizzy tez mozna wybierac skladniki oprocz sera. Ale sama kiedys kupowalam w supermarkecie z dala od domu pory, ktore musialam identyfikowac kasjerce, bo nie wiedziala co to za dziwne warzywo (i nie wiedziala, ile za nie naliczyc w rachunku)…
O, tak, Heleno, Jamie Oliver zasluguje jak najbardziej, podobnie jak u nas Alice Waters, a juz zupelnie po sasiedzku - Ming Tsai, ktory dodatkowo jeszcze prowadzi kampanie uswiadamiania restauracjom niebezpieczenstw uczulen na pare podstawowych produktow (jeden z jego synow na to cierpi), i potrzebe wiekszej uwagi w tej dziedzinie (np. nieuzywanie tych samych desek do krojenia).
No bo pory powinny być w dziale odzieżowym, a nie warzywnym.
W jednej ze szkol, ktora sie znalazla pod ostrzalem Jamiego, byl specjalnie przeszkolony nauczyciel, ktory opiekowl sie dziecmi z cukrzyca, interweniujac kilka razy dziennie. Otoz po tym jak szkola kompletnie zmienila sposob karmienia dzieci, okazalo sie nagle, ze… w ciagu szesciu miesiecy ten nauczyciel nie byl wzywany ani do jednego diabetyka! To byl zupelnie nieoczekiwany efekt kampnii.
A ta kucharka, ktora Jamie zapoznal z bazylia, jest obecnie dyrektorem programowym sieci osrodkow szkolenia szkolnych kucharek! Bardzo prosta. niewyksztalcona kobieta, rozumna i oddana swej misji.
Bobiku, po angielsku “leeks” pewnie by sie kwalifikowaly do paru roznych dzialow…
Tak, cukrzyca coraz wczesniej wystepujaca u dzieci, i to nie tylko typu 2, ale typu 1, to cos, co na pewno sie z tym laczy. Wczoraj w naszym bostonskim radiu byl ciekawy wywiad z naukowcami na ten temat. Nie tylko odpowiednia dieta, ale tez obciazenie chemiczne (pestycydy, srodki czystosci), a nawet przesadna higiena, oraz niedobor witaminy D (najwiecej dzieci zapada w regionach o malym naslonecznieniu przez okolo pol roku), i brak ruchu - to glowni podejrzani. A Matylda tymczasem czyta teraz sliczna ksiazeczke Michaela Pollana (jego artykul kiedys Ci sie spodobal, Heleno) pt. “The Rules” - bardzo skrotowo i dowcipnie napisana, tak zeby latwo wszystko zapamietac: np: “The whiter the bread, the sooner you’ll be dead”, albo “If it came from a plant, eat it, if it was made in a plant, don’t”.
Bobiku, no właśnie, pory. Nieraz wyjaśniałem paniom kasjerkom, że to naprawdę jest do jedzenia. Z identyfikacją bywają kłopoty, bo czasami to się tu nazywa alho-porró a czasami “cebulisko” (cebolão). Ach, tu, na południu Brazylii, jest wszystko, tak z Europy jak i z tropików, ale właśnie te “normalne” rzeczy kłopoczą, często ludzi zdumiewa rzodkiewka czy kalarepa. A w ogóle, o tych zielonkach to tygodniami by opowiadać.
Moja mama sobie przypomniała, jak kiedyś, w Krakowie omal nie została wyrzucona z taksówki z powodów żywieniowych. Jechała gdzieś z moim ludzkim bratem, natenczas w wieku niemowlęcym, a ponieważ taksówkarz okazał się być ojcem dziecka niemal w tym samym wieku, to szybko rozmowa zeszła na odżywianie. Mój jada to, mój jada tamto, tyle a tyle… i w pewnym momencie mama nieopatrznie sypnęła, że w ogóle nie daje dziecku cukru (białego, bo to, co samo z siebie jest np. w owocach, to inna sprawa). Taksówkarz zawył, oświadczył, że dziecko bez cukru żyć nie może, po czym wypuścił z siebie perorę na temat wyrodnych matek. I widać było, że gdyby nie nieszczęsne, niedożywione niemowlę na ręku, zaraz by tę zołzę wysadził, posyłając za nią wiąchę.
Dentystę zna tylko jako kogoś, kto patrzy w zęby i mówi “wszystko w porządku, do zobaczenia za rok”.
Mój ludzki brat wprawdzie przeżył, ale niedocukrzenie srodze się na nim odbiło, bo choć już duży jest, to jeszcze do dziś nie wie, co to interwencja stomatologiczna.
Moniko, kiedyś jeden z najsłynniejszych tutejszych fizyków i poza fizyką też bardzo mądry człowiek, Rogério Cezar de Cerqueira Leite, napisał świetny felieton (niestety nie zachował mi się) o owocach, pisany w imieniu robaczka z guavy (”bicho de goiaba”). Zasadnicze przesłanie robaczka brzmiało: jeśli owoc jest podziurawiony, to jedz i ty, bo mi nie zaszkodził. A jak jest gładki, lśniący i ani śladu mego zgryzu to wiedziałem czemu tego unikać, więc bój się tego i ty.
Muszę przyznać Niemcom, że w ostatnich latach zrobili olbrzymie postępy w dziedzinie zaopatrzenia w świeżyznę. Pory były tu wprawdzie znane od dawna, ale już cudactwa w rodzaju rukoli, grzybków shiitake, czy rzeczonej bazylii, to już niekoniecznie. A teraz to już jest absolutny standard zaopatrzeniowy, praktycznie w każdym sklepie i na każdym targu. I z każdym rokiem oferta się rozszerza, pojawiają się nawet tak dziwne jarzyny, a zwłaszcza owoce, że muszę się szybko dokształcać, żeby wiedzieć, co kupuję.
Nie uwierzycie, ale gdzieś od trzech lat udaje mi się czasem zdobyć nawet tak niebywałe, wcześniej tu niespotykane egzoty, jak korzeń pietruszki i żółtą fasolkę szparagową.
Swietne dzis sa te metody uswiadamiania.
Zastanawiam sie jak to bylo, ze w pokoleniu mojej matki, to wiadomo bylo jak dziecko karmic. Moze i popelnialy jakies beldy zywieniowe, ale nic to w porownaniu z pokoleniem obecnych matek i w Ameryce i -zwlaszcza! tutaj!
Docenilam poswiecenie mojej matki, kiedy probowalam sobie kiedys recznie utrzec na tarce marchew na sok. Wiecej eksperymentu nie powtorzylam, choc moja tarka microplane jest duzo lepsza niz ta jaka byla w naszym gospodarstwie na Syberii. A jednak ja codziennie dostawalam w zimie szklanke soku z marchwi - bo nie bylo zbyt wiele innych swiezych jarzyn czy owocow w zimie. I tran dostawalam przebrzydly i smierdzacy! I szpinak! I maliny hodowane byly przy domu - “dla dziecka”. I orzechy, jesli tylko byly w sklepie.
To kiedy ta podstawowa, intuicyjna wrecz wiedza zanikla? Bo jestem przekonana ze podobnie lub nawet lepiej bylo takze w Wlk. Brytanii.
W Germanii robaczki mogłyby się stać znakiem firmowym sklepów ze zdrową żywnością. Wręcz wypada w nich mieć robaczywe owoce.
Ale pionierem na tym polu, prawdopodobnie w skali światowej, był Jan Brzechwa. Któż nie pamięta: “w koszyczku jabłuszko, w jabłuszku robaczek, a na tym robaczku czerwony kubraczek…”
Nawet w mojej psiej szkole obowiązkową lekturą był fragment tego wiersza - “…a ja już nie mogę, już dosyć, już basta, mam chęć na befsztyczek! I poszedł do miasta.”
andsol - to musial byc ciekawy felieton, a fizycy znani sa z tego, ze interesuje ich WSZYSTKO, wiec nie dziwie sie, ze Rogério Cezar de Cerqueira Leite zapuszcza sie i na niefizyczne tereny.
Zreszta Pollan tez o tej regule takze wspomina. Na koncu zreszta dodaje, realistyczne, ze mozna od czasu do czasu lamac reguly, ale rzadko.
Bobiku, moglabym z Twoja Mama razem isc na odsiadke za brak bialego cukru w diecie dzieci (tez na nich dentysta nie zarobi).
Mnie dodatkowo cieszy dostepnosc wlasnie roznych skladnikow “diet etnicznych” - wszystko jedno, czy to kiszona kapusta i ogorki, czy indyjskie lub japonskie odmany baklazana, albo gorzkie ogorki. Tylko chcialabym, zeby tradycyjne dla danego obszaru warzywa zupelnie nie znikly z polek i pamieci (na przyklad, wiele odmian jablek i pomidorow).
Heleno, Twoja matka nie jest, o ile się nie mylę, ani niewykształconą osobą z londyńskich slumsów, ani prostą syberyjską chłopką?
lat temu dość jeszcze wtedy zacofana wieś galicyjska i zaręczam, że ze zdrową żywnością we współczesnym rozumieniu tego słowa mało to miało wspólnego, a jeśli już miało, to raczej z biedy i z konieczności. Jadano czarny, własnoręcznie pieczony chleb, ale tylko w te dni, kiedy do GS-u nie było dostaw białego. Jarzyn w zimie, poza kiszoną kapustą i ziemniakami, nie jadło się w ogóle, a w lecie głównie w rosole. Sałatki? Jakie sałatki, to dobre dla krowy. Itp, itd. A jak się tylko dało, zamiast chleba jedzono ciastka.
Nie wydaje mi się, żeby wiedza na temat zdrowego odżywiania była rzeczywiście “tradycyjna”. Pamiętam, jak się odżywiała ładnych parę
Statystyki twierdzą dość niedwuznacznie: zdrowiej odżywiają się ludzie wykształceni, bez względu na dochody. Może dlatego Twoja Mama katowała się robieniem soku z marchewki?
Narobiliście mi takiego apetytu tą rozmową, że musiałem pojść do lodówki, wyciągnąć etniczne tureckie pasty serowe (z bakłażanem, z papryką i z suszonymi pomidorami), etniczne polskie marynowane grzybki i kiszone ogóry, etniczną włoską gorgonzolę, nieetniczny rostbef, dołożyłem do tego miejscową, szklarniową rukolę i całkowicie niewiadomego pochodzenia gruszki, a teraz zamierzam to wszystko unicestwić.
Ja tez znikam unicestwiac (a niektore czesci zestawu nam sie pokrywaja).
Co do wsi galicyjskiej, to sie zastanawiam, czy jak tam juz docieral chleb z GS-u i zaopatrywali sie w ciastka, to czy my jeszcze mowimy o tradycyjnej diecie. To juz mieszanka tradycji z dieta biednych, niewyksztalconych ludzi w okresie industrializacji. Tak sie zywia tez biedacy w Stanach (warzywa drogie, a gotowa zywnosc bardzo tania, choc ze smieci, ale kalorycznie zaspokajajaca az nadto), zwlaszcza, ze w bardzo zaniedbanych dzielnicach nie ma prawdziwych sklepow ze swiezymi produktami.
A przestawke od tradycyjnej diety do niezdrowej tez dobrze obrazuje kto obecnie karmi piersia niemowleta (oczywiscie, o ile nie stoja na przeszkodzie wzgledy zdrowotne). Kampania reklamowa na rzecz “naukowej”, “zdrowej”, “higienicznej” (a przy tym, w kraju o tradycjach purytanskich - “skromnej”) mieszanki w butelce zrobila swoje, przynajmniej w Stanach. Wlasciwie tradycja w pewnym momencie tak zanikla, ze babki i mlode matki walczyly ze soba o to, co lepsze (babki byly przeciwne odchodzeniu od “naturalnej i naukowej” metody karmienia butelka). Dopiero teraz sie to powoli odkreca - i rzeczywiscie, teraz im wyzszy stopien wyksztalcenia matki, tym wieksze prawdopodobienstwo, ze przez pierwsze pare miesiecy dziecko nie jest karmione przez firme Nestle, lub inna, podobna. Wczoraj naukowcy wlasnie winili takze brak karmienia naturalnego w ciagu pierwszych miesiecy zycia za skok w zapadalnosci na cukrzyce u dzieci. Tymczasem jeszcze do niedawna w wielu stanach mozna bylo zostac aresztowana za karmienie niemowlecia w miejscu publicznym (odsylano matki do toalet publicznych, na co oczywiscie zadawaly pytanie, czy zainteresowani tez chcieliby jadac posilki w toalecie).
Moi drodzy, jestem czytam i powoli wracam do starych zwyczajów, chociaż daleko mi jeszcze do normalnego mojego rytmu i dużo czasu przecieka mi przez palce.
Teraz wtrące się w Waszą rozmowę bo królik wywołał wspomnienia z naszej bardzo uroczej wyprawy na Roztocze będzie już lat temu pięć, aż się wierzyć nie chce. I tu specjalnie dla królika krótkie sprawozdanie zdjęciowe. W tym o jedzeniu jedno
http://picasaweb.google.com/WandaTX/2005_07Zamojskie2005?authkey=Gv1sRgCIzE1LmU0PzmlwE#slideshow/5442972821173919730
a teraz znów muszę sobie iść
tran-najwieksza tragedia mojego zycia,a byli tacy co i lyzke

oblizac lubili
o tym programie zdrowego jedzenia w szkolach brytyjskich juz
byla mowa u Bobika,sam widzialem dokument BBC,pamietam
jak dzieci z niekrywanym niesmakiem ogladaly “zdrowe jedzenie”
do czasu jak widac
medal dla Olivera
Tak! W “moich czasach” matka karmiaca w pociagu czy poczekalmi bez chwili namyslu wyciagala piers i karmila. Byl to normalny widok w latach mojego dziecinstwa. Czytalam niedawno, ze w tutejszym Parlamencie po dwoch czy trzech latach lobbying przeznaczonoi specjalna sale do karmienia niemowlat dla poslanek i personelu.
, w tym zone Szero Rroma (cyganskiego krola - sam pan Szero Rrom byl w rozjezdzie). Przyszla tam m.in. mloda matka z miesiecznym niemowleciem. Kiedy wyciagnela butelke z formula dla dziecka, szok i zgorszenie wsrod zebranych byly nie do opisania. Zazadano aby wytlumaczyla dlaczego karmi dziecko w tak niecywilizowany sposob. Kiedy sploszona odpowiedziala, ze tak jest “wygodniej” (zamiast cos naklamac) nie bylo osoby w izbie, ktora by sie na tem temat nie wypowiedziala, potepiajac biedna dziewczyne w czambul i wzywajac do rozumu. Padaly takze i takie argumenty, ze dziecko bedzie malo odporne na chorobska, jesli nie bedzie dostawalo mleka matki.
A kilka lat temu bylam w romskim domu w Modlinie pod Warszawa. Z okazji mojej rzadkiej wizyty, sproszono pol miasta
Bylam bardzo rozdarta, bo popieram kazdy przejaw samodzielnosci kobiet w romskiej spolpecznosci i nie podobao mi sie “ganging up” calego tlumu na nia, ale potem na boku rozmawialam z nia i ona mnie starannie wypytywala czy to jest prawda z ta slaba odpornoscia.
Och, Wanda sie pojawila! Jak dobrze


Zdjecia sa sliczne. Niezwykle jest to z pawiem. Zatrzymalam sie na pizzy talibanskiej -Osama bin Laden. Tunczyk, boczek i salami?!!!
Rysiu, poki jestes, zanim uciekles - dzieki za mile slowa na innym blogu.
Wando, b. dzieki za piekne zdjecia. Widze, ze wybralismy dobra trase. Te mlode dziewczatka i mlodzieniec… Dziewczatka to pewnie twoje dorosle juz cory: Mloda Mama i panna studentka. Juz jestes w Texasie?
Jak Helena, zwrocilam uwage na restauracyjny marketing: pizza talibanska (ostra)!
Przygotowywanie posilkow ze swiezych produktow w krajach zamozniejszych zostalo outsourced. Moje mlodsze kolezanki i koledzy z pracy z malymi dziecmi w ciagu tygodnia nie gotuja. Po pracy rozwoza dzieci na rozne zajecia. Je sie w locie i “siadanych” posilkow jest coraz mniej, bo starsze dzieci jedza w swoich pokojach. Mozna kupic zupelnie niezle gotowe posilki w roznych fajnych malych sklepach, nie tylko fast food. Ale to w week-end, albo do restauracji.
Pollan ma racje, to co pisze ma sens. Ale obawiam sie, ze ten trend bedzie nielatwy do odwrocenia…
Sliczne zdjecia, Wando. To z pawiem mi sie tez szczegolnie spodobalo, ale wszystkie przepiekne. Az chcialoby sie w nie wejsc.
Heleno, ta opowiesc o mlodej romskiej matce wlasnie jest bardzo typowa dla scierania sie starego z nowym i jeszcze nowszym. A najnowsze badania mowia, ze karmienie naturalne nie tylko jest zdrowsze dla dzieci, ale i dla matek (zmniejsza ryzyko zapdaniecia na raka piersi, a w tradycyjnych kulturach bylo dobrym wytlumaczeniem, dlaczego zapracowana matka musi miec chwile odpoczynku, gdy siadala razem z dzieckiem, zeby je karmic, no i jej samej sie wiecej lepszego jedzenia nalezalo, bo karmila). To troche jak ta ulubiona przez nas obie historia z jajkami, i zwiazanymi z nimi niebezpieczenstwami…
Kroliku - moze jednak trend sie z czasem zmieni. Sklep Debry z roku na rok kwitnie, nawet podczas kryzysu. Sama mam mnostwo znajomych, ktorzy z przyjemnoscia gotuja, czesto uczac sie tego juz w wieku srednim. No i kryzys tez jednak pozwala obliczyc, ze taniej samemu ugotowac w domu, niz placic za to wiecej w restauracji… Podobno wiele katalogow z nasionami ma juz wykupione nasiona najpopularniejszych warzyw…
A teraz znow znikam na czas jakis, bo wlasnie dostalam wiadomosc, ze roza cukrowa juz jedzie do mnie z bostonskiego lotniska.
Heleno, w mężczyznach zatrzymałam się na Jagudinie. Czekam, aż ktoś mu dorówna. Tańce coraz bardziej udziwnione, spod stroja prawie nie widać ludzia.
Bobiku, w diecie galicyjskiej pominąłeś podgniłe ziemniaki na przednówku, które znam z opowieści Babci.
Padam na gardło, bo pchałam Kowalczyk na finiszu
U Moniki rodzinka w komplecie, z roza.
Ja kontempluje artykul o Kazimierzu Mijalu w Polityce, fascynujacy. Zawsze mnie ten Mijal interesowal. Odpornosc betonu na informacje niezgodna z tym co lacza w glowie pozwalaja przepuszczac, jednoczesnie mozg filtruje sygnaly z otoczenia w najdziwniejszy sposob. Gdyby Mijal mial prawdziwa wladze to dopiero by swoim obywatelom pokazal. Ale jakos szczesliwie zostal zepchniety na margines. Czego sie nie udalo zrobic z tym jegomosciem:
http://english.aljazeera.net/video/
Musze przyznac, ze angielsko jezyczna Aj Jazeera robi swietne programy, kiedys tylko BBC robilo takie. W US i Canadzie doglebna analiza i przekroj zagadnienia nie moze byc dluzszy niz 10 minut. Ugh…
Haneczko, moja Babcia mowila, ze na kielecczyznie w czasie pierwszej wojny swiatowej byl tyfus i taki glod, ze ludzie jedli wrony.
Lyzwiarstwo figurowe stalo sie bardziej tancem i baletem na lodzie niz sportem moim zdaniem. Nawet stroje w zawodowych tancach (bez lyzew) sa podobne.
Haneczko, v. good job z ta Kowalczyk, odpoczywaj…
Tak, Króliku
Poszedłem popilnować trochę rodziny, bo oni w weekend strasznie się rozbestwiają, jak ktoś nad nimi nie stoi i widzę, że od razu mi się zaległości zrobiły.
Bardzo się cieszę, że Wanda się odezwała i że już wraca do normalności.
Pochwalę się, że widziałem zdjęcia Wandowego wnuczka i jeżeli byłbym sędzią w konkursie Baby of The Year nie miałbym wątpliwości, komu przyznać pierwszą nagrodę. A zdjęcia też piękne. 
Tradycyjne podgniłe ziemniaki i pieczeń z wrony?
To ja może jednak będę się odżywiał niezdrowo. 
Kazimierz Mijal? Niewiele mi mówi, chociaż sądząc z krótkiej charakterystyki Królika mógłby zadomowić się w gronie naszych ulubionych bohaterów politycznych.
Al Jazeera też mi nie działa. Chyba będę musiał wkrótce łagodnie zacząć nastawać na zainstalowanie tego tam, co to ponoć jest niezbędne, żeby znowu wszystko działało.
Al Jazeera jest b. dobra - ilekroc na no natrafiam, widze swych dawnych kolegow z korporacji.

Noa Wandowy jest olsniewajaco pieknym maluchem, oczy ma ogromne i juz takie… rozumne.
Im wiecej w sporcie baletu, tym lepiej - w moich ksiazkach!
Mijal byl bardzo zabawnym czlowiekiem. Kiedys slyszalam go w radiu - po polsku! Krecilam pokretlem w moim staroswieckim Grundigu a dzialo sie to w Nowym Jorku i wlasnie Solidarnosc wybuchla, strajki jeszcze trwaly , az nagle slysze jakis polski, kobiecym glosem, ale jakis dziwny akcent i polszczyzna raczej taka srednia. Wiec slucham. Az tu nagle zapowiadaja Mijala! Okazuje sie, ze natrafilam na Radio Tirana - po polsku! Mijal wygloisil referat o… Soliradnosci. Mozna bylo boki zrywac, bo w jego wersji robotnicy strajkuja na Wybrzezu, bo sie zbuntowali, ze w Polsce nie ma prawdziwego socjalizmu, takiego jak w Albanii czy w Chinach. Dowiedzialam sie tez, ku swemu zaskoczeniu, ze w Stoczni wywieszono ogromny portret Envera Hodzy, zas mniejsze portrety Slonca Albanii wisza niemal w kazdym polskim domu!
Wiec tak sobie pieprzyl i pieprzyl, a ja zwijalam sie w drgawkach na podlodze.
POtem wiele razy probowalam zlapac Radio Tirana, ale oni nadawali w jakichs szczegolnych godzinach i drugi raz juz mi sie nie udalo. Ale godzinna audycja byla pamietna. Niezly tez byl dziennik - z czestym powolywniem sie na Morning Star, organ brytyjskich komunistow - na lewo od Pol Pota.
Czyta sobie człowiek p. Mijala (a szczęśliwie już zapomniał wszystko o Radio Tirana) i zaczyna rozumieć tego brytyjskiego podróżnika, który patrząc w Australii na dziobaka rzekł: “nie, ten zwierz nie istnieje”.
male niedzielne brykanko dla wczesno (?) wstajacych
Wando,bylem w tamtych okolicach 35 lat temu!,na Twoich zdjeciach podobne “klimaty” jakie zapamietalem
a “radio tirana” szkoda

brykam dalejjjjjjjjjjjjjjjjjjjjj
Heleno
zmilachecia 
Dzień dobry.
Na razie na jedno oko, bo do otwarcia drugiego potrzebuję jakiegoś materiału wybuchowego w rodzaju kawy.
Przy radiu Tirana musiałem się puknąć w głowę.
Wiem, co to za postać ten Mijal, tylko kompletnie zapomniałem, że tak się nazywał.
A radio Tirana samo w sobie było rzeczywiście kabaretem nie z tej ziemi. W Krakowie udawało się je czasem łapać i należało wtedy zwołać całą rodzinę, żeby wszyscy mogli się nacieszyć. 
Ja ten cytowany przez andsola znam w wersji okrzyku przed klatką z żyrafą: ni ma takiego źwirza!
Nawiasem mówiąc, regionalne różnice są nawet w dowcipach.
Jeżeli już więcej się na blogu nie pojawię, to znaczy, że zostałem porwany albo zdmuchnięty przez wiatr.

Dujawica taka, że na spacerze trzeba się było chwilami drzew trzymać. Wszystko, co nie jest przywiązane, przybite, albo nie jest bardzo duże, lata sobie po ogrodzie jak chce, a chwilami nawet sąsiadów odwiedza. Ale ponieważ ich graty też odwiedzają nas, to bilans wychodzi na zero.
W koncu lat siedemdziesiatych, a moze byl to juz rok osiemdziesiaty, moja przyjaciolka Irenka postanowila odwiedzic Albanie.
Irenka (ta od makowca Tereski i licznych innych anegdot tu spisywanych) byla osoba wybitnie wielopaszportowa - niektore z nich byly amerykanskie, inne francuskie (bo sie we Francji urodzila), zs polskiego nie miala w swej kolekcji tylko dlatego, ze byl jej odebrany jeszcze w 1969 albo 1970-tym roku, kiedy opusczala wiezienie.
Te paszporty amerykanskie i francuskie byly na rozne nazwiska i kombinacje nazwisk - na nazwisko panienskie lub po pierwszym mezu, na panienskie nazwisko ojca polaczone z nazwiskiem meza, na nazwisko ojca zaproponowane w swoim czasie przez Gomulke i nazwisko to, ktore sma nosila itd. itd..
Obfitosc tych paszportow pozwalala jej w miare. ale tylko w miare poruszac sie po swiecie komunistycznym. Miala w tym spore doswiadczenie i to ona wlasnie zdolala wyslac mnie przebrana za Wegierke do Polski w 1979 r. , o czym tez tu chyba pisalam.
Ale Irenka nigdy nie byla w Albanii, a bardzo marzyla aby na wlasne oczy zobaczyc ten legendarny raj na ziemi. Mieszkala wowczas w Paryzu, gdzie badala francuskich komunistow potrzebnych jej do doktoratu na Columbii.
Poniewaz nie istnialo w owych czasach cos takiego jak Albanskie Biuiro Turystyczne, zadzwonila do Ambasady Albanii w celu wybadania jak sie moze przedstawiac kluczowa kwestia uzysknia wizy wjazdowej.
Kiedy jednak wyluszczyla, ze dzwoni w celiu zlozenia podania o wize, po drugiej stronie telefonu zapadla najpierw zdumiona cisza, a dalej pytanie, z ktorego mozna bylo wyczytac, ze pracownik ambasady ma do czynienia z osoba, ktra sie urwala z choinki:
- Mais pourquoi?
- Bo jestem Albanka z pochodzenia - odpowiedziala przygptowana na to pytanie Irenka. - Moj pradziadek byl Albanczykiem, wiele mi o swej ojczyznie opowiadal, jest pochowany w Tiranie, jak i cala jego rodzina, wiec chce odwiedzic groby moich przodkow - nawijala radoosnie.
- Aaa, to zmienia postac rzeczy - zgodzil sie urzednik. - Prosze przyjsc do ambasady, dostanie pani formularz do wypelnienia, i po rozpatrzeniu go przeze kompetentne organa, byc moze uzyska pani obywatelstwo Albanii.
- Nie, nie! Chcialm prosic tylko o wize - zaczela sie platac w zeznaniach moja przyjaciolka. - Obywatelstwo mam francuskie, a Albanie chcialam jedynie odwiedzic!
- Pourquoi? - zapytal surowo urzednik.
- Chcialam odwiedzic groby pradziadkow. chcialam choc raz w zyciu je zobaczyc.
- To nie powinno byc problemu. Niech pani przyjdzie i zlozy odpowiednie podanie i byc moze otrzyma Pani obywatelstwo Albanii.
_ Ale ja nie chcialam etc… - brnela dalej po grzazkim gruncie I.
Po prokrotnym powtorzeniu dialogu gesi z prosieciem, do urzednika wreszcie dotarlo, ze Albanka z odzysku chce pozostac przy swoim obywatelstwie i nie przechodzic na albanskie. Wtedy uslyszala, ze niestety bez obywatelstwa do Albanii wjechac nie moze.
- Mais pourquoi? - zapytala Irenka.
- Parce que! - uslyszala w odpowiedzi. I urzednik trzasnal sluchawka.
Ozez, kurcze blade! Albania blizej domu:
http://wyborcza.pl/1,75248,7609578,PiS_zbieralo_haki_na_Tuska__Schetyne__Nowaka__Drzewieckiego.html
Heleno, ależ Ty masz dar! Nie znam francuskiego, a słyszę ten dialog
Niezla historyjka Heleno. Moja kolezanka z mezem, w polowie 70., dostala wize tranzytowa przez Albanie. Wygladalo to tak, ze przy wjezdzie caly samochod zostal sprawdzony, zatankowany, dostali zakaz zatrzymywania sie gdziekolwiek po drodze i zameldowania sie za 3 godziny na granicy przy wyjezdzie, gdzie juz na nich beda czekac.
Podobno Albania to geograficznie b. piekny kraj, ale straszliwie oszpecony bunkrami. Chwilowo sie tam nie wybieram.
Czemu nie miałby być piękny.
Chyba wszystkie kraje w tamtej części Europy są z natury piękne, tylko ludzie się czasem uprą, żeby je psuć.
Przez Albanię nie przejeżdżałem, ale przejazd samochodem przez DDR to też było dość awanturnicze przedsięwzięcie. Zaraz się zaczynałem czuć jak w jakimś wojennym lub szpiegowskim filmie. Bezludna, najprawdopodobniej po obu stronach drogi zaminowana strefa przygraniczna, wieżyczki strażnicze, żołnierze, psy, te numery. Po godzinie stania w kolejce i oglądania, jak kolejne auta przed nami są bezlitośnie trzepane, kontrolowane pod każdą listwą, jak dokumenty są kartkowane z najwyższą podejrzliwością, a każda niewłaściwa odpowiedź na zadane pytanie może się skończyć nakazem zjechania na bok i jeszcze dokładniejszą kontrolą, samemu trudno było mi uwierzyć w swoją niewinność.
Kiedy pare lat temu natknelam sie w pracy na depesze agencji Reutera zatytylowana: Amerykanka z francuskim paszportem aresztowana w Hawanie - wiedzialam z miejsca o kogo moze chodzic. Watpliwosci rozwialo pierwsze zdanie depeszy: Aresztowanej Amerykance z francuskim obywatelstwem skonfiskowano spore ilosci literatury dotyczacej ruchu Solidarnosc w Polsce. Dopiero w drugim zdaniu depeszy podane bylo nazwisko - jedno z licznych mojej przyjaciolki.
Od czasu niezrealizowanej eskapady do Albanii przybylo jej troche nowych paszportow - z nazwiskiem drugiego meza i kombinacja tego nazwiska ze starymi…
Jeżeli czytają nas jakieś tajne służby, niewykluczone, że ta opowieść paszportowa otworzy przed nimi perspektywę nowych zadań operacyjnych.
Jest taka mozliwosc, Bobiku. Ja i moja mania opowiadactwa! Rozumiesz dlaczego nie moglabym pracowac w tajnej policji.
Odkryłem gdzieś poprawne polskie zdanie złożone tylko i wyłącznie z trzech rzeczowników:
Jaja kobyły premier.
Dopiero teraz się dowiedziałem, że przez Europę przelatuje wredny babsztyl pod tytułem Xynthia. W Niemczech porządził jeszcze o tyle o ile, duże szkody materialne, ale “tylko” 3 ofiary śmiertelne. Ale we Francji zabił 45 osób.
Bobiku, 45 osób? Jeśli wierzyć statystykom, to tyle co ilość śmierci na szosach i ulicach Francji w ciągu dwóch przeciętnych dni. Czyli co drugi dzień, od dawien dawna, przelatuje tam wredny macho z awatarem Con i dowodzi, że ludzka głupota jest nieporównalnie silniejsza niż moce natury.
Hokej oglądam. Jeżeli Kanada przegra, to ilość zejść może przekroczyć wypadkową. Serdecznie życzę, żeby wygrali. Amerykanie łatwiej zniosą przegraną.
Bobku, trzymaj sie w tym huraganie. Podobno najbezpieczniej jest chowac sie wtedy w wannie, ale to moze jednak zalezec od tego, kto sie chowa i gdzie.
Heleno, w tajnej policji chyba jednak nie widze dla Ciebie kariery, ale historyjka przepiekna.
Tymczasem policja concordzka zajmuje sie naprawde powaznymi sprawami (wiem, bo u nas w gazecie mozna poczytac, jakie sprawy rozwikluja nasi dzielni detektywi). Oprocz doniesien o zwyklych mandatach za zle parkowanie i pomocy przy stluczkach, oraz ratowaniu zdezorientowanych lub zranionych zwierzat, znalazlam taki oto fascynujacy wpis z 30 stycznia:
5:50 p.m. A Colorado woman called to request a welfare check on a Bayberry Road resident with whom she developed a past Internet relationship. The caller said he “disappeared” from the Internet a few months ago, but began posting unflattering statements about her on her Facebook wall after she posted news of her new boyfriend on her Twitter. On Sunday, she received a message asking her to call his cell phone if she wanted him to go away forever. The responding officer reported the man, who is married, would stop any further communication with the woman and had no intentions of harming himself.
Jak widac, nasza kronika policyjna tez jest bogata w historie zyciowe (do tego ze spora rola wspolczesnych gadzetow).
Facebook, Twitter, texting, to mlode pokolenie na pewno bedzie umialo czytac i pisac (within reason).
Haneczko, wczoraj pomoglas Justynie, a dzisiaj kanadyjskiej meskiej druzynie hokeja. Wielkie dzieki! jestesmy tutaj w siodmym niebie!
Bobiku, czy juz przewialo?
Moniko, hahahahaha :lol:Bardzo dzielna pani! Bardzo sprawna policja! Sukinkot chyba sie przestraszyl. Dobrze, ze ie zmierza zrobic sobie zadnej krzywdy!

Wreszcie trochę przewiało.
Całe szczęście, bo zacząłem już wpadać w depresję i lekkiego świra wskutek uporczywego i ostetntacyjnego wycia w kominie.
Nie chcę mówić hop, ale istnieje możliwość, że wkrótce będę miał znowu normalnie działającego kompa, z dostępem do tuby i innych takich. Tata zakupił w ebayu tygrysa, który ma wywalczyć ten dostęp. Ponoć te kolejne programy aktualizujące mają zawsze kocie nazwy - najpierw był jaguar, potem pantera, a potem Tiger. Jest jeszcze coś nowszego, ale niezbyt się dobrze dogaduje ze starymi maszynami, więc zostaniemy przy tygrysie.
Czy Global Road Fatalities to są globalne fatalności drogowe?
Bo jeżeli fatalności, to znaczy że w sprawie łapy maczało fatum, na które i tak nikt nie ma wpływu. Czyli że jak komu pisane, że go trafi, to i tak go trafi, mniejsza już o to, czy od wypadku drogowego, czy od huraganu. 

Choć z drugiej strony przypadek Haneczki i i olimpiady zdaje się wskazywać, że jednostka może mieć na przebieg wydarzeń wiele większy wpływ, niż się prostemu psu mogło wydawać.
Dobrze, ze miewa sie dobrze.
Bobiku, ja mam jeszcze Leoparda, ale chyba sie przetygrysie za czas jakis, a moze poczekam na nastepne zwierze (zalezy kiedy ono sie pojawi).
Kroliku, gratulacje, cieszcie sie na polnoc od nas.
Heleno, jeszcze cos dla Ciebie do snu, bo wiem, ze lubisz hinduskie melodie, a do tej - zwlaszcza dzisiaj - mam wielka slabosc, bo to i fusion hinduskich bhajanow z jazzem, i do tego spiewa fizyk (absolwent IIT), i Twoj kolega-dziennikarz, i przy tym aktywny czlonek organizacji the Art of Living (NGO, zalozonej przez Ravi Shankara i Dalaj Lame, w celu szerzenia tolerancji i pokojowego rozwiazywania konfliktow). Piosenka jest o milosci Krishny do Radhy (Govinda i Gopala to inne imiona Krishny).
http://www.youtube.com/watch?v=rU1YyxB48f8&feature=related
Jak młode pokolenie będzie umiało czytać i pisać wskutek twitterowania, czatowania czy fejsbukowania, to ja mam trochę okazję obserwować u mojego ludzkiego brata. Nie żebym mu kontrolował korespondencję kompową, ale sam mi czasem pokazuje, pokwikując przy tym. Tak mniej więcej może to wyglądać:
- hi! szystko w prządku?
- ujdzie. a u ciebie?
- do dópy. barśka naopwiadała o mnie rużnyh płotek. szyscy teras mwią ze jestem pszczalska. nie wię co zorbić.
- najlwpiej sie nie prtejmuj.
- nie moge.ona to muwila tesz do szyśka a szysiek do patrika a patrok do kewina. a s kewinem miałam w czwrtk iś na party. teras on ze mns nie pujdzue.
- no to co?
- jsk ro co? teraz on pujsie z tom barśkom.
I tak dalej. Pokolenie alfabetów nam się rozwija.
Jeżeli dla Heleny na dobranoc, to musiałoby być, o ile się nie mylę, dobrych kilka godzin później.
Bobiku, to pod warunkiem, ze kazdego mozna do konca przeiwdziec, bo ja juz tu ja widywalam o roznych porach. Poza tym to takze dla pozostalych, oczywiscie (o ile im YouTube chce wspolpracowac), tyle, ze wiem, ze Helena lubi Raj Kapoora, a to cos w podobnym troche duchu…
A tekstowanie przecudne, Bobiku.
Alfabeci rosna. 
Bobik, to nie ja pisalam do Twojego Brata, slowo honoru!
Monika, dzieki, to bardzo ladne i od polowy ja juz to tez spiewalam, bo tekst nie za trudny, na szczescie.
Radosnego Swieta Holi zycze Wam Wszystkim, calej Rodzinie!
Tak. Uwielbiam Raj Kapoora od dziecka. Siedzialam na jego filmach jak zaczarowana.
Heleno, cala rodzina dziekuje i przesyla usciski.
Tak, to sie dobrze spiewa, a dzieci tancza przy tym. A Raj Kapoor - czego sie trudno nietrudno domyslic - i przez nas lubiany bardzo.
Wiem, Heleno, że to nie Ty pisałaś. Gdybyś miała z Kevinem iść we czwartek na party, to na pewno już byś się tym na blogu pochwaliła.
Dzis wysluchalam slicznnej historii o Gandhim. Jakas pani w programie Antiques Road Show przyniosla do pokazania trzy zdjecia, zrobione w czasie slynnej wizyty Gandhiego w Wlk. Brytanii w latach trzydziestych (nie pamietam dokladnie roku), kiedy namawial on rzad brytyjski aby sie wycofal z Indii i pozwolil jej na niepodleglosc. W Indiach trwal wowczas bojkot brytyjskich tekstyliow i ojciec tej pani, dzialacz tutejszego zwiazku zawodowego pracownikow przemysly wlokienniczego, napisal do MG zapraszajac go do swego miasteczka aby zapoznal sie z bieda na jaka skazani sa brytyjscy wlokniarze wskutek bojkotu.
I Gandhi przyjechal na caly weekend, mieszkal w domu rodzicow tej pani, ona te wizyte swietnie pamietala, choc byla mala. Mieszkal bodaj na strychu. Spotkal sie takze z bezrobotnymi z zakladow wlokienniczych. Dwa zdjecia byly w towrzystwie ojca i ciotki tej pani, zas jedno w otoczeniu tych wlokniarzy.
Do zdjec dolaczony byl list: Drodzy Panstwo XYZ, jestem troche spozniony z podziekowaniem za bardzo mila wizyte w panstwa pieknym domu. w slicznej okolicy. Jestem bardzo poruszony spotkaniem z panskimi kolegami i jestem przekonany, ze taki konflikt miedzy naszymi i brytyjskimi robptnikami nie sprzyja sprawie zrozumienia i pokoju miedzy naszymi narodami. MGandhi ”
Skracam tem list, ale byl on naprawde piekny.
No i kilka miesiecy po tej wizycie bojkot zostal odwolany, z pewnoscia za sprawa Gandhiego. .
Ciekawe, czy rządy nakładające sankcje ekonomiczne na jakieś kraje dałyby się zaprosić przez ludność dotkniętą tymi sankcjami i pooglądać ich skutki. Mieszkając na strychu.
Caly w tym Gandhi, nie?
Caly Gandhi, Heleno. Dalajlama tez sie zatrzymuje u przyjaciol i znajomych na strychach, jak tylko moze. Moze znajde na nowo link do swietnej rozmowy o Gandhim z jego wnukiem (swietnie opowiada o nim w relacjach rodzinnych z mlodszym pokoleniem), to kiedys podrzuce. Teraz jest skandal w Indiach, bo Mont Blanc wyprodukowal jakies superluksusowe pioro z wizerunkiem Gandhiego, i rodzina protestuje, bo zbitka luksus i Gandhi jest wyjatkowo niezgodne z jego postawa zyciowa.
No, tak, chcieli uczcic. Pewnie Mont Blnc mysli, ze ci pinkwoleni Hindusi czepija sie bez sensu, przeciez chcieli zlozyc hold, o co chodzi.
Czy ten Mont Blanc aby na pewno nie jest polska firma?
A może rosyjska? Jak chodzi o upodobanie do ostentacyjnego luksusu, bez względu na skutki, Rosjanie pokonują nas w przedbiegach.
Nie luksus mialm na mysli. ale brak wyobrazni - gdzie mozna przylepic portret Gandhiego. Wodka Chopin, pizza Osama bin Laden z boczkiem i salami - te rzeczy.
Tu sie bardzo ciekawie rozwija, choc mozna sie bylo domyslac wczesniej:
http://wyborcza.pl/1,75248,7611361,Domoslawski__Jak_spiskowalem_z_Jerzym_Illgiem.html
Żeby nie było zbyt gwałtownych późniejszych spięć, zawiadomię już teraz PT towarzystwo, że mam o Gandhim wcale nie entuzjastyczne pojęcie, ale co niemiłe to może spokojnie poczekać,. Tym bardziej, że takie bombki dobrze jest starannie dopracować. (Nie chodzi mi o jakieś tam seksualne drobiazgi, a o sens całościowy jego działań).
poniedzialek
spijcie dalej nocni wpisywacze,ja brykam w nowy tydzien
wprawdzie mniej energicznie od wichury za oknami,ale juz
bez pierzyny Babki z Gdyni
moj “Leopard” ma sie jak powinien mimo to obawiam sie czy
zalapie sie na 40 000
Bobik ma wglad
)
foma chory klikuje z wyrka na godziny
andsol czyta i liczy
haneczka ma szczescie(zloto dla Justyny wykrzyczala)
ci z za Wielkiej Wody zawsze czujnie przez noc
jotka ma Sokratesa Wielkiego Lowczego
zeen wyrymuje
vesper ma doswiadczenie w tropieniu(balwan)
Helena jest tu domownikiem
dobrze ze Londynski Kot woli lososiowe lakocie (jednego
mniej
wzmagam czujnosc…..
Dzień dobry

byłam bliska uduszenia. Dom już spał, więc oglądałam bez głosu i z kneblem w zębach
Złota bramka to diabelski wynalazek…
Rysiu, sprawdzam numerki i bardzo się pilnuję, żeby nie wejść polującym w paradę
Króliku
Hej, Bobiczku! Ja ostatnio, a zwłaszcza dziś, obchodzę całkiem inne jubileusze, więc nie zaglądałam tu ostatnio - ale TEGO nie można zostawić bez uczczenia
Dziś mogę tylko tak:
http://www.youtube.com/watch?v=E7NTbr7edY4
Dzień dobry
Wiać całkiem przestało, ale co z tego. Znowu się zrobiło obrzydle, nipiesniwydrowo, zimna wilgoć w powietrzu i niebo jak z burych petitów. 
Znoszenie na blog rozweselaczy dziś wysoce wskazane
Pani Kierowniczko, dziękuję za zajrzenie mimo zajętości.
Prezencik rozpakuję jak tylko tuba znowu mi zacznie działać. 
Bardzo jestem ciekaw, co nam andsol o Mahatmie podrzuci. Bo ja też czytałem jego krytyczne biografie (Mahatmy, nie andsola) i wcale mi to nie zmieniło przekonania, że wielką postacią był. To zresztą dobry przyczynek do wiadomej dyskusji - czy koniecznie trzeba być pomnikiem bez skazy, żeby pozostawić po sobie trwałe dzieło? Czy w perspektywie historycznej bardziej liczą się błędy, które ktoś popełnił, czy to, o zrobił dobrego, cennego? Co w efekcie tworzy “ogólną wymowę” jakiejś postaci? I takie tam pytania.
Cos mi sie obilo o uszy, ze MG nie byl za dobry dla swej zony, bo odmawial… tego tam…
Poeci do piora, Zambrowski do Biura, Zydzi na Madagaskar! - ze przypomne slynne haslo z lat mojej mlodosci. Bobik, stoi przed Toba Prawdziwe Wyzwanie:
http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article559515/Isabel_opublikuje_twoja_poezje.html
I popraw bledy, prosze.
Oj, bo rymnę

to ja zaraz rymuje

do publikacji szykuje
http://wiadomosci.onet.pl/2134843,11,to_doprowadzi_do_rozbicia_w_po,item.html
mysle jak Palikot
co do Heleny linku:Domoslawski-Illg
reklama dzwignia handlu
Może być tak, czy myślicie, że to za niski poziom na blog Isabel?
Już skowronek pieśni wyśpiewuje,
serce moje niemożebnie raduje,
bo wiosnę ja z nim czuję tuż za progiem
i do życia się budzę wraz z moim blogiem.
Miłość ma na nim zamarzła przez zimowe miesiące,
ale teraz znów napełni me uczucia drżące,
rozpali ognie dotąd niespotykane
i uzdrowi zadaną przez krytyków ranę.
Napełni się moją poezją szybko net,
która jest dobra dla mężczyzn i kobiet,
znowu napisze o mnie Gala i Pudelek,
choć ostatnio tam o mnie już nie było tak wiele,
ale z wiosną miłosną wszystko jak kra ruszy
i przyniesie radość stęsknionej mej duszy.
Cieszcie się razem ze mną tą promienną przyszłością,
bo kto mnie nie docenia,
temu nawet twarożek stanie w gardle ością.
boszszsz…
a OC od spowodowania kalectwa rymami wykupione?
Bobiku,
Bobiku, Ty sie dotad marnowales.
A swoja droga, jak sie umie spiewac, to sztuka jest zafalszowac…
Zas co do Gandhiego, to nielatwo miala zona, i dzieci tez dosc trudno (o czym zreszta od dawna wiadomo), zas niektore jego rady dotyczace sytuacji w innych krajach nie zawsze byly utrafione (trzeba tez pamietac, ze czasy byly inne, i informacja inaczej podrozowala po swiecie). A w ogole, to mam podejscie takie jak Bobik, ktore juz na przykladzie Kapuscinskiego przeczwiczylismy. Martin Luther King tez nie byl ze spizu (liczne przygody pozamalzenskie), i tez nie wszystko rozumial, i popelnial bledy - tak to juz jest…
Podrzucam tez obiecany wczoraj link do ciekawego wywiadu z jednym z wnukow Gandhiego w Brown University:
http://www.radioopensource.org/the-voice-of-gandhi-in-this-year-of-india/
Zaraz sie zabiore za wnuka MG, a tymczasem niech wyraze moj podziw dla Bibika, zwlaszcza dla tego miejsca w jego dziele konkyursowym gdzie net sie rymuje z koBIET. Jest toi lepsze, o niebo lepsze niz klaskanie za boREM.
No i oczywoscie nalezy docenic oslawione pierwiastki ludowe: “serce moje niemożebnie raduje”.
Kiedy wlasnie to pisalam, . sluchalam jednoczesnie rozmowy z jakas pania ekspertka od Libii w radio TOK FM:
Ekspertka: No i Kadaffi byl oskarzony o wspolfinansowanie szeregu zamachow bombowych, zwlaszcza tego w tym… ee.. w Lok….. Lok….. , Lok… no, slowem w Holandii.
Prowadzacy: W Lockerbie, to chyba w Szkocji…
Ekspertka: Chyba jednak w Holandii? No, moze w Szkocji…
Wywiad jeszcze trwa, mozna posluchac.
cd wywiadu:
Prowadzacy (facecyjnie): Moze nie robmy sobie zartow z Kadaffiego, bo jeszcze wypowie dzihad Radiu Tok FM.
Ekspertka: No tak, mysle, ze sobie poradzi….
Zeby to byl tylko jeden taki wywiad, Heleno, ale tego jest wiecej. Kiedys sluchalam wywiadu z Bartosiem, ktory usilowal wytlumaczyc pojecia z dziedziny filozofii i psychologii, podczas gdy redaktor przerywal mu wolnymi skojarzeniami na temat owych pojec. I wszystko facecyjnie, jak to bardzo trafnie okreslilas. Tu sie akurat role odwrocily, ale w sumie wrazenie podobne…
A rym net-koBIET i moj ulubiony.
Znaczy, uważacie, że mogę posyłać mojego utwora na konkurs do Isabel?
Kadafi - wiadomo, maładiec, poradzi sobie z ekspertami. Taki dżihad ich myślom wypowiedział, że nawet jedno sensowne zdanie nie miało prawa się ostać.
Dziwi mnie wprawdzie trochę, że żaden święty patron polskich ekspertów nie poczuł się zobowiązany do interwencji, ale może święci Huntingtona nie czytują i nie zdają sobie sprawy, jaka jest stawka w tej grze. A może po prostu mają szewski poniedziałek?
Posylaj, Bobiku, posylaj, ale licz sie z silna konkurencja, ktora, w odroznieniu od Ciebie, inaczej pisac nie umie (uroki waskiej specjalizacji).
A jak komu malo Isabel i ekspertow, to tu jeszcze troche wiecej podobnych przyjemnosci.
http://www.huffingtonpost.com/2010/02/25/the-dumbest-things-beauty_n_476548.html
Utwora koniecznie na Konkurs!
A co do wolnych skojarze w radiu TOK FM, to jest to specjalnosc niektorych tam prowadzaxych audycje. Po wywiadzie z ekspertka libijska, wysluchalam co najmniej dwudziestominutowej audycji z udzialem trzech panow, w tym jednego mego bylego kolegi z warszawskiej redakcji. I w niej nie bylo nic PROCZ wolnych skojarzen. Przyszli przed mikrofon, ale nie umowili sie zawczasu o czym chca rozmawiac. Nosi to fachowa nazwe “pieprzenia w bambus”. Wiec pierwsze 10 minut bylo wylacznie zazenowane hehe, haha, eee, aaa, wreszcie ktos wpowiedzial mysl, ze lepiej jest jak na Dworcu Centralnym otwartych jest osiem kas na 10, zmiast dwoch. I o tym na zasadzie wolnych skojarzen bylo az do konca, kiedy uratowal ich dziennik.
PO dzienniku byla swietna rozmowa redaktora ds gospodrczycgh o kryzysie finansowym w Grecji, byl swietnie przygotowany i reagowal na to co mu mowil wiceminister. A kiedy konczyli jeden watek, prowadzcy mial gotowy nastepny. Wiec jest to radio naprawde nierowne.
Próbowałem, zgodnie z radą fomy, ubezpieczyć się od kalectwa spowodowanego moimi rymami u LLoyda, ale powiedzieli mi, żebym się zgłosił do Webbera.
Czyżby mieli jakieś zastrzeżenia do kompozycji mojego wybitnego dzieła? 
Tak, cierpia wyraznie na nierownosc. Chcialabym, zeby wygrali jednak ci solidnie przygotowani, a ci drudzy mogliby sie ograniczyc do programow komediowych. Niestety jest to humor niezamierzony, i chyba nie zdaja sobie sprawy ze swojego potencjalu - tyle, ze nie w tej dziedzinie, ktora sie obecnie zajmuja.
Bartos mowil “dusza w teologii sredniowiecza”, po czym redaktor sie wdziecznie wtracal “no, mowimy przeciez o zelazku na dusze”, Bartosc cos zaczynal o Arystotelesie, a redaktor - “mamy dusze towarzystwa, nieprawdaz”… 
Za mało znam TOK FM, żeby na serio coś na ten temat mówić, ale tak w ogóle to niestety, dość często w polskich mediach spotykam się z wywiadami, w których dziennikarz jest kompletnie nieprzygotowany, a ekspert wydaje się wzięty z łapanki. Nie wiem, czy ma to związek z wymianą kadr i kultem “młodych, nieskażonych”, czy jeszcze inny jest powód, w każdym razie obniżenie średniej stadardów warsztatowych zdaje mi się faktem. Podkreślam, że średniej, bo nie chcę przez powyższe powiedzieć, że w ogóle nie ma dobrych dziennikarzy.
Musial to byc chyba redaktor Lasiczka, nieodrodny brat Miss Panamy.
Chociaz musze powiedziec, ze Pani Miss z Kalifornii moim zdaniem calkiem rozumnie odpowiedziala na kretynskie pytanie czy implanty piersi sa sprzeczne z Biblia. Odpwiedziala, ze nie przypomina sobie aby w Boblii bylo cos na temat implantow. Slusznie! Ja tez sobie nie przypominam.
E tam, każdy fundamentalista bez trudu odpowie, gdzie w Biblii jest mowa o implantach:
Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast?
Od dawna twierdzę, że odpowiednio dobraną metaforą każdego można załatwić.
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,7614092,Mlody_lekarz_pogotowia_wyzwal_pacjentke_od_krow_i.html
Łojej, dopiero teraz widzę jak jestem wypierwiastkowany z Mojej Ojczystej Ziemi. Przyjaciel Który Wszystko Wie powiedział (i linkę podał), że te jaja kobyły to stare i w dodatku Urbana… Ha… Nawiasem - kiedyś bardzo go lubiłem za reportaże. Ale po latach na emigracji przemyśliwując sobie ich detale doszedłem do wniosku, że nie były to reportaże a soc-s-f. Człowiek jakiś taki krytyczny się robi w Paryżu…
O Ghandim będzię (nieseksualnie, nie ta linia), ale to nie może być na chybcika.
Przeżyłem pierwszy dzień semestru po paru miesiącach niewidzenia studentów. Hej, były to piękne miesiące…
Gandhim, kurcze…
andsol,w Paryzu, na emigracji nie tylko krytyczny,ale tez troche “Bobkowski”
Jajakobyły (które nawet czytałem i momentami nie mogłem się nie uśmiać) to nawet nie Urbana, on tylko wziął i wykorzystał stare powiedzonko - jajakobyły partyzant. Co z kolei było odbierane jako kpina z kręgów moczarowsko-machejkowskich.
Ciekawe, co powiedzieliby studenci o paru miesiącach niewidzenia wykładowcy…
Urban-seria wydawnicza-Fantasy
bylem bardzo zawiedziony gdy dowiedzialem sie ze “Kibic”
w “kulisy” wszystko wymyslil-mizerna rzeczywistosc
rysberlin, Bobkowskiego poznałem bardzo późno (chyba z 7 lat temu) ale rozkochałem się w nim okrutnie i pościągałem lub wyprosiłem wszystko co wypisywał. Nawet myślę teraz jak to było możliwe, że nic o nim nie wiedziałem i rozmyślam nad napisaniem dużej książki “Dwa Andrzeje - jak ja żyłem bez niego”.
Bobiku, “krytyczne biografie andsola” zostały już napisane, ale autorki władowały nadmiar kwasu i dzieła wypaliły się przed dotarciem do wydawnictwa. Tylko dzięki temu mogłem nadal oszukiwać kolejne sierotki.
Trzeba przyznać, że Urban wykonał wist w gruncie rzeczy genialny. Nie czekał, żeby inni mu zrobili czarny piar, tylko zrobił sobie sam i od tej pory wszyscy mogą mu skoczyć. Cokolwiek by mu wyciągnięto, z jakichkolwiek zakamarków, on się może z tego obśmiać jak norka.
Nie mówię, że to przykład do naśladowania, ale spora doza złodziejskiego sprytu w tym jest .
Krytyczne biografie, które się wypaliły, to musiały być szkice węglem, nie piórkiem. Też pewna odmiana czarnego piaru.

Prawdziwe sierotki lubią być oszukiwane, bo bez tego mogłyby stracić tożsamość i zmienić się w harpie. A nieprawdziwe sierotki i tak się oszukać nie dadzą.
Bobiku, bez Kazia się nie przebijesz
To nie wystarczy, że gadam ludzkim głosem? Teraz jeszcze muszę z Kaziem w krzaki?

Nie musisz, ale pożegnaj się z Pudelkiem. I bluzeczki nie dostaniesz. I nikt nie będzie do Ciebie mówił Bobizel
posluchajcie
http://www.radiozet.pl/Programy/Gosc-Radia-ZET/Artur-Domoslawski
andsol,”szkice piorkiem” kupilem przypadkowo w istniejacej wtedy jeszcze w berlinie ksiegarni polskiej(ta “ksiegarnia” to bylo kilka polek na koncu sklepu wypelnionych slownikami,literatura
)
i pozycjami “instytutu” Giedrojcia)
odsprzedalem za WIELKIE (polowa lat 80)pieniadze komplet slownikow i chwycilem tego Bobkowskiego i jak Ty zostalem
zauroczony.
pelen polocentryzmu MY POLACY dostalem w leb i tak zostalo do dzisiaj
“szkice piorkiem” nic nie stracily na wartosci(w przeciwienstwie do wiekszosci pozycji papieza reportazu
brykam w objecia………..
Lojejku. Patryjotys w natarciu:
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,7615747,Prezydent__1_marca_Narodowym_Dniem_Pamieci_Zolnierzy.html
Mam go dosyć, niech on mi zejdzie z wizji, fonii i druku
E, haneczko, gdyby tak nagle zszedł, to wielu emocji by nas pozbawił. Nader różnorodnych. Bo to nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać, czy jeszcze co insze.
Już sobie wyobrażam, w jaki sposób Dzień Żołnierzy Wyklętych mógłby być obchodzony w koszarach.
Ale skąd ci patryjoci, kurna, wzięli taką nazwę - Żołnierze Wyklęci?
rysberlin: tak, przekłuwa balony z radością czteroletniej dziewczynki. Ale o czym nie napisał - o Francuzach, prognozy polityczne, o naturze ludzi, zawsze tak mądrze, że powala. I zawsze lojalny w stosunku do Basi… Duży szacunek i jeszcze większy smutek, że tak szybko odszedł… Aha, znowu oczywista zależność: psychiczna równowaga, żadnej megalomanii czy rozhuśtania - i wyraźnie świetne rodzinne stosunki; nie wiem czy jest lepsza witamina na zdrowie niż dobra rodzina.
Dzień Żołnierzy Wyklętych mógłby być obchodzony w koszarach — Bobiku, myślałem, że na Twoim blogu nie ma świntuszenia…
Wzięli z wyklęty powstań ludu itd. Zresztą wybór był niewielki: przeklęty, wyklęty, zaklęty.
Zobaczycie, czterech braci śpiących na wyklętych przerobią
Tak, nazwa tego swieta jest urzekajaca - na sercu od razu jakos tak swiatecznie i czlowiek by sie wodki napil . Co zapewne za chwile uczynie. Ale musze pierw pojsc i kupic.
Tak naprawdę, najbardziej wyklęci to są teraz ci od Berlinga, z BCh i AL. Ciekawe, co ptifurek zrobi, gdy zechcą się podłączyć.
andsolu, to przecież nie u mnie miało to świntuszenie być, tylko w koszarach.

Ale Helena trafiła w sedno z tym, że pod takie święto tylko gorzoły się napić. Choćby wirtualnej, bo w realu rzadko oczęta moje alkohole niewinne oglądają.
To jest jakaś myśl, żeby berlingowców na PP napuścić, z podziękowaniami, że ich uczcić postanowił.
A ja bym miał pytanie do ptifurka: czy żołnierz, do którego ktoś zwróci się per “ty %§=+!”, ma prawo uważać się za wyklętego?
O tych filmikach z http://www.huffingtonpost.com, czegoś tu nie rozumiem. Przecież to nie ja bredzę, więc czemu czuję się zażenowany?
To chyba coś kolejnego, co mi się nie otwiera… Dobra, już nie będę jęczeć, tylko zaczekam cierpliwie na tego tygrysa.
Ale zażenowanie cudzym bredzeniem nie wydaje mi się stanem nienaturalnym. Mam to często i stąd zresztą nieraz mi się bierze złość na bredzących, kiedy sobie uświadamiam, że udało im się przerzucić na mnie konsekwencje swoich czynów.
Za Kazimierzemś była cała
czy za nim, czy za stanowiskiem
nie można rzec, żeś się puszczała,
by cię ktokolwiek lał po pysku
nie kocha cię już odtąd kler
ty publikujesz swe poezje
co zrobisz teraz Isabelle
nie liczyłbym na ich amnezję
Isabelle Isabelle Isabelle Isabelle
Isabelle Isabelle Isabelle mon amour
Cokolwiek gadać, wzięłaś go
dla ciebie rzucił stanowisko
choć Jarek miał go dosyć, to
żal mu, że nie jest już panisko
jeśli bym zrobił to co ty
na twoim miejscu wziąłbym sznur
lub powyrywał sobie kły
tak kiedyś śpiewał Aznavour
Isabelle Isabelle Isabelle Isabelle
Isabelle Isabelle Isabelle mon amour
Any time walking down the street
patrz czy za tobą ktoś nie kroczy
czy późny wieczór czy też świt
śledzić cię mogą kocie oczy
postawisz jeden krzywy krok
Mordechaj będzie już tuż tuż
cielęcy nie pomoże wzrok
pogoni cię Aż pójdzie kurz
Isabelle Isabelle Isabelle Isabelle
Isabelle Isabelle Isabelle … lepszy sznur…
Mnie tez cos ostatnio filmiki nie chca sie otwierac na Huffington Post. Moze oni zalozyli jakas blokade? Bo wszystkie inne widea dzialaja OK.
No to zdrowie Wykletych!
Ach, wyobrażam sobie Charlesa, który swym ochrypłym, armeńskim głosem wyśpiewuje dramatyczną końcówkę “Isabelle … lepszyy sznuuuur…”, a potem płynnie przechodzi do “ech, raz, iszczio raz…”

Chyba muszę wypić za tych Wyklętych.
Och, och, teraz dopiero zobaczylam nowego utwora konkursowego. No, po prostu, Chlopaki jestescie Numero Uno!
Dwa utwory liryczne,
a oba o Izie,
piszcie o niej prześlicznie,
piszcie ile wlizie.
Piszcie, choć bez obiadu,
poema pochlebne
i bez ładu lub składu,
bo są niepotrzebne….
I tu w ramach refrenu następuje zapowiadane uprzednio “ech, raz, iszczio raz, iszczio mnogo, mnogo raz…”
Bobiku, pełną linkę do wymownych missek podała Monika (1 marzec 10, 16:22). Trzymaj mocno jakąś kość w zębach, żeby nie obudzić sąsiadów wyciem.
Ale mnie właśnie ta linka Moniki nie chce wyjść poza pierwszą wypowiedź.
Która też jest atrakcyjna, ale na pewno nie tak, jak komplet.
Schytrzyłem się i spróbowałem na Firefoxie.
Filmiki wprawdzie też mi nie działały, ale mogłem przynajmniej poczytać w komplecie. 

Bezapelacyjną palmę pierwszeństwa (choć wybór nie był łatwy!) przyznałbym wypowiedzi “Confucius was one of whom invented confusion”.
Noc pełna wzruszeń. Niejaki andsol na południu Brazylii wzruszył się nie do poznania słysząc, że w Teksasie więzień martwy od lat 11 a odsiadujący wyrok za gwałt, którego nie popełnił, ma swe imię wreszcie oczyszczone. To przepiękny prezent, na przykład urodzinowy. Albo śmierciowy. Pardon me, sir! — Oh, don’t mention it…
Bobik, jakibys Ty majac 17 lat musial nieustannie myslec o wlosach, paznokciach i bolesnym depilowaniu czesci prywatnych, to tez bys nie mial glowy do Konfucjusza
Wpowiedź konfucjańska - nihil novi …
Świeżym wydaje się obyczaj szukania odpowiedzi w kwestiach filozoficznych tam, gdzie są nikłe szanse na jej znalezienie. Chyba specjalnie padają pytania o kwestie pokoju, głodu na swiecie itp., bo piękni ludzie udzielają pięknych odpowiedzi…
Nasze laureatki w niczym nie ustępują zagranicznym, a w wielu aspektach je wyprzedzają…
Dzień dobry
Widzę 2 promyki słońca w il. szt. 2. O ile ich wkrótce coś nie zeżre, mam szansę na podładowanie baterii dobronastrojowych.
Obyczaj szukania odpowiedzi tam,gdzie jej znaleźć nie można, też wcale nie taki nieznany. Powiedziałbym nawet, że już uświęcony nową, świecką tradycją. Już gdzieś, kiedyś na blogach pyskowałem na ten koszmarny obowiązek wypytywania wszelkiej maści celebrytów na każdy możliwy temat, ale cóż - wolono psu na celebrytę szczekać, a karawana idzie dalej.
Heleno, czym jest depilacja jakiejś tam malutkiej części, wobec strzyżenia, a następnie dogalania maszynką CAŁEGO CIAŁA!

Już mnie dobiegły jakieś spiskujące głosy, że w kwietniu, jeżeli się wystarczająco ociepli, chyba będzie można psa… Reszty nie dosłyszałem, ale ja dobrze wiem, co oni mają na myśli!
Artykuł ciekawy znalazłem:
http://www.polityka.pl/swiat/analizy/1501381,1,feminizm-po-islamsku.read
To zmienianie islamu od środka bardzo mi koresponduje z naszą niedawną rozmową na temat narzucania lub nienarzucania wartości. I potwierdza moją tezę, że skuteczne jest to, co jakaś społeczność wypracuje sobie sama, a jeżeli z lekkim naciskiem, to ze strony WŁASNYCH przywódców i autorytetów.
Bobiku, naciągnij Rodziców na fajną, stylową szafę, na nóżkach niezbyt niskich (żebyś się zmieścił pod spodem) i jednocześnie niezbyt wysokich (żeby nijak nie można Cię było spod niej wydłubać). To jest dobre rozwiązanie na sytuacje kryzysowe, takie jak widmo kąpieli czy strzyżenia. Mój pies je wypróbował i działa niezawodnie. Problem pojawia się wtedy, kiedy w brzuchu zaczyna burczeć, ale można przecież przemknąć jak błyskawica do michy, chwycić co tam akurat się trafi i z powrotem zadekować się pod szafą. Trudna sprawa jest też ze spacerami. Najważniejsze to nie dać się przechytrzyć i założyć sobie smyczy. Trzeba wybiegać z domu kiedy tylko otworzą się drzwi, maksymalną prędkość osiągając jeszcze pod szafą. To się da wyćwiczyć.
Szafę już nie bardzo byłoby gdzie postawić, a zresztą Moi w ogóle za szafami nie przepadają i unikają ich, jeżeli tylko jest taka możliwość. Ale spróbuję ich przekonać, że ich łóżko ma zdecydowanie za długie nogi. 25 cm zupełnie by wystarczyło. To by było wręcz lepsze niż szafa, bo w przestrzeni podłóżkowej nawet z Kijem Od Szczotki miałbym szansę wygrać.
Vesper przypomniała mi jak nasz sierściuch dostał opeer i jak zwykle zamelinował się w kanapie w pokoju córci.
Opeer nie był ani większy ani mniejszy niż zwykle w takich razach, wszelako kocisko w kanapie siedziało 3 dni, wychodząc na żer tylko w chwilach naszej nieobecności, z kuwety korzystając też w tym czasie. Na czas spania cichcem wyłaził i chował się za pianino…
Moja mama w tym artykule o islamskim feminizmie zwróciła uwagę na fragment “Do meczetów przychodzi teraz więcej kobiet niż mężczyzn, ponieważ znajdują tam więcej wolności – przestrzeń do dyskusji, do nauki.” Rzeczywiście, rzuciło jej się w oczy w Iranie, że meczety są takimi oazami kobiecej wolności i niezależności od mężczyzn, którzy do kobiecej części meczetu po prostu wejść nie mogą. Jest to naprawdę fascynujące - olbrzymie pomieszczenie wypełnione wyłącznie kobietami, przeważnie w grupach - same siedzą tylko uczące się studentki. Te grupy co chwilę zmieniają skład, bo tu ktoś przejdzie z kółka politycznego do wychowawczego, tam opuści na chwilę dyskusję filozoficzną, żeby wymienić uwagi o najlepszych sposobach depilacji, a jeszcze ówdzie zrobi się zbiegowisko, bo wszystkie panie chcą wiedzieć, co tu robi ta Europejka.
I ogólne wrażenie jest takie, że te kobiety świetnie się tam czują, że stanowią jedną olbrzymią platformę wymiany poglądów, doświadczeń, jak również grupę wsparcia (niezależnie od jakichś wewnętrznych tarć, które na pewno istnieją, ale wydają się nie wpływać znacząco na atmosferę).
Ja sobie to, na podstawie mamy opowieści, wyobraziłem jako rodzaj islamskiej, kobiecej blogosfery w realu.
zeen, to masz bardzo łagodnego i dobrodusznego sierściucha. Nasz krakowski Moćko zwykł był w momentach, nazwijmy to, kocio-rodzinnej niezgodności zdań, zamieniać podkanapie (w tym kącie, gdzie najtrudniej było się dostać) w kuwetę, żeby pokazać, kto tu tak NAPRAWDĘ rządzi i zawsze ma rację.
No, nasz Główny Lokator też od czasu do czasu potrafi wskazać gdzie aktualnie kuweta powinna stać. Na szczęście robi to raz na dłuższy czas, umie skubany stopniować napiecie
Myślę sobie jeszcze o linku od andsola o 3.01. W pierwszym momencie, jeszcze przed przeczytaniem,myślałem, że był to więzień skazany na karę śmierci, a w tej kwestii zdanie mam jasne. Ale kiedy przeczytałem, że umarł wprawdzie siedząc niewinnie, ale wskutek choroby, problem mi się nieco skomplikował. Bo prawdopodobieństwo, że się zamknęło niewinnego człowieka zawsze będzie istnieć, ale czy to jest powód do zrezygnowania z sytemu prawnego, z karania, z izolowania niebezpiecznych przestępców od społeczeństwa, itd? Czyjeś zapewnienia o niewinności nie mogą tu decydować - więzienia są pełne “niewinnie” skazanych. Można się wprawdzie zastanawiać nad udoskonaleniem metod śleczych, procedur odwoławczych, itp., ale całkowitego uniknięcia pomyłek sądowych nikt nie zagwarantuje. Czyli jak tutaj chronić równocześnie społeczeństwo i prawa jednostek?
Też zrozumiałam z początku, że wykonano wyrok śmierci na niewinnym człowieku. Dlatego jestem przeciwna karze śmierci. Są zbrodnie, które wołają o pomstę do nieba i zbrodniarze, przed którymi pozostaje jedynie chronić społeczeństwo, bo nie ma co liczyć na ich resocjalizację. Ale zawsze pozostaje jeszcze pewien margines błędu. Procedury mają na celu błąd ograniczyć do minimum, a nawet wykluczyć, jeśłi się da, ale ludzie są ludźmi, są omylni, czasem leniwi i nierzetelni, a tu chodzi o czyjeś życie. Co do linkowanego przypadku … Niewinny człowiek zmarł w więziniu. Czy pożyłby dłużej poza więzieniem, nie ma co gdybać. Nie jest to dla mnie argument przeciwko wsadzaniu do więzień sprawców zbrodni i przestępstw przeciwko ludzkiemu życiu czy cielesnej nietykalności. Nie jestem pewna, czy pakowałabym za kraty za długi na przykład. Bo po co?
Musze sie troche oddalic i uporac sie z wlasnym. Dzien zaczal sie fatalnie od wiadomosci, ze zmarl dzis moj bardzo mily kolega, Pawelek Krotoski, nazywany przez nas Krotonem. Mial 36 lat i trzy dni temu , po paru dniach bolow glowy, znaleziono mu jakis skrzep w mozgu. Przeszedl operacje, po ktorej zmarl, bo obumarl mu pien mozgu. Zdrowy, wysportowany.
Pamietam sprzed lat Jego Mame, piekna, mloda i ruda w spektaklu “W rytmie slonca” w Kalamburze, na wierszach U. Koziol.
Okropne.
Strasznie przykro, Heleno.
Kiedy umierają piękni i młodzi, taką się to wydaje niesprawiedliwością…
NIe, tamten gość z Teksasu, Tim Cole, dostał 25 lat za gwałt. Gdy już odsiedział 9 lat (cała ścieżka czasowa jest tutaj), gwałciciel ujawnił się — i nic to nie zmnieniło, bo:
DNA showed another man committed the rape, but the statute of limitations had already expired when Jerry Wayne Johnson confessed to the crime in 1995.
Cztery lata później Tim umiera. Atak astmy.
Niech żyje praworządność i the statute of limitations. Statuty muszą trwać. Czarni oskarżeni niekoniecznie.
Heleno, bardzo to smutne…
Niestety, andsol, nie jest to zupelnie ododsobniony przypadek, i dosc dlugi temat (niedotyczacy zreszta wylacznie Teksasu). Zajmuje sie tym szczegolnie organizacja zalozona przez dwoch prawnikow, Barry’ego Schecka i Petera Neufelda. W dzisiejszym wydaniu ich strony internetowej mozna doczytac wiecej i o tym przypadku, i o pozostalych.
http://www.innocenceproject.org/
A teraz uciekam na troche, bo ma przyjsc specjalista od mojego niemieckiego urzadzenia kuchennego, ktore wyraznie od poczatku zachowuje sie cytrynowo, wiec trzeba je cale wymienic, nim mu minie okres gwarancyjny. A to oznacza wyciaganie wszystkiego z okolicznych szafek kuchennych, zeby specjalista mial dostep.
I jeszcze glupie (i czasem zabawne) prawa stanowe, ktorych jeszcze nie zniesiono…
http://www.huffingtonpost.com/2010/03/02/17-ridiculous-laws-still_n_481379.html
A, jak chodzi o idiotyzmy (nieraz wręcz zbrodnicze) prawa, to natychmiast dołączam do tupiących. Odnoszę zresztą wrażenie, że w Stanach takich idiotyzmów, ze sprawiedliwością nic nie mających wspólnego, jest wyjątkowo dużo. Być może bierze się to z przekonania tzw. przeciętnego Amerykanina, że system prawny w jego kraju jest doskonały i nie ma co przy nim majstrować. Oczywiście póki jego samego ten system w łeb nie walnie.
W Niemczech z kolei tendencja jest przeciwna - majstruje się i perfekcjonizuje tak namiętnie, że w końcu czasem pierwotnego zamysłu nie widać spod naleciałości i nawet prawnicy nie bardzo wiedzą, co obecnie obowiązuje.
Moniko - trudno, tym razem nie jestem w stanie przyznać pierwszego miejsca w kategorii “najdebilniejsze prawo stanowe”. Poziom zawodników był zbyt wyrównany.
Walcze jeszcze z szafka, bo zadziwiajaca jest zaiste pojemnosc szafek kuchennych, wiec na razie krociutko, Bobiku.
Tak, masz racje, ze tych idiotyzmow jest w Stanach wyjatkowo sporo. I ja takze mam klopoty z przyznaniem pierwszego miejsca…
A na powazniej - bardzo duzo sie teraz o tym wszystkim mowi, z roznych zreszta powodow - od przypadkow takich, jak opisal andsol (a szerzej o - ktorymi zajmuje sie m.in. The Innocence Project, bo jednak i w Stanach jest spora grupa osob, ktora walczy o przyzwoite prawa i ich stosowanie) do ostatnich bardzo kontrowersyjnych i niezwykle powaznych w skutkach decyzji Sadu Najwyzszego. Problem tylko w tym, ze tyle jest tyle naraz problemow do rozwiazania, a tu jednoczesnie populisci z Tea Party (not my cup of tea!) stukaja do drzwi, zas administracja Obamy popelnila sporo powaznych bledow (ich analiza sa teraz zapelnione gazety i strony internetowe)…
Tu na przyklad bardzo dobra (i krotka!) analiza prof. Michaela Sandela z Harvardu:
http://www.huffingtonpost.com/michael-sandel/obama-and-civic-idealism_b_481100.html
Co za ulga, PIS nie jest poważną siłą polityczną http://wiadomosci.onet.pl/2136026,11,prezydent_a_czy_ja_bede_kandydowal,item.html
Czy moge Wam podrzucic pre slow o Pawle i Jego ladnych pare zdjec? Taka mam jakas potrzebe, bo tak niewiele moge zrobic. Wiec tu:
http://www.radioram.pl/articles/view/15512/zmarl-pawel-krotoski
Heleno, wspolczuje. Pawel, jawi sie na tych zdjeciach jako bardzo delikatna osoba. Nie ma slow.
Tak, Wando, byl delikatnym, ale bardzo zabawnym czlowiekiem. Jest mi lepiej, bo zapalilam swieczke i napisalam (przez kolege we Wroclawiu) do Jego Mamy.
Sorry, ze wystrszylam wszystkich z blogu.
Zabieram sie za czytnie linkow.
Nie wystraszyłaś, Heleno, tylko smuciliśmy się z Tobą.
Wlasnie tak, Bobiku. Czasem dobrze byc razem niewiele mowiac, bo co mozna powiedziec w obliczu takiej straty…
A poza tym moj wyciag kuchenny mruczy nareszcie, zamiast wydawac bardzo niepokojace dzwieki (glownie zgrzytanie polaczene z uderzaniem jakies ruchomej czesci o metalowa obudowe). Derek sie spisal, jak zwykle.
I jeszcze przypomnialo mi sie - pare lat temu wyszla ksiazka Joan Didion, pt. “A Year of Magical Thinking”, napisana po naglej stracie meza (atak serca), i 26-letniej jedynej corki (komplikacje po grypie). I w tej ksiazce, bardzo osobistej, i jednoczesnie calkiem uniwersalnej, Didion napisala, ze wlasciwie jestesmy teraz nieprzygotowani na takie sytuacje. I ze, ku jej wielkiemu zaskoczeniu, najbardziej psychologicznie prawdziwe i praktyczne rady na temat takich sytuacji znalazla w ksiazkach Emily Post (autorki ksiazek o etykiecie)…
Tak. Bo pewnie brakuje nam FORMY, konwencji.
Zmierzam prostą drogą do wiary w cuda. Od kilku tygodni usiłuję przygotować pewien projekt i do dziś szło mi jak krew z nosa, czyli każda kolejna wersja trafiała do kosza. Poieważ ostateczny termin oddania papierów jest w poniedziałek, byłem już gotów machnąć łapą i zrezygnować z grantu. Ale dziś mi się jakaś klapka odblokowała i widzę, że mam szansę zdążyć.
Nic ino cud!
Heleno, bardzo Cię przepraszam. Próbowałam ominąć, bo to jest coś, czego boję się najbardziej, że nagłe i nieodwracalne dotknie tych, których kocham najbardziej, a ja nie będę miała nawet szansy, żeby o nich powalczyć. Nie znajduję słów i nie sądzę, żeby były.
To na pewno, Heleno - brak wspolnie przyjetej konwencji i formy. Post dawala takze rady juz niezwykle praktyczne - jak sie opiekowac osoba w stanie szoku, albo ogromnego napiecia emocjonalnego. Na przyklad, zeby osobie w szoku dawac lekkie kanapki, jesli tylko bedzie miala sile je przelknac, po to, zeby miec energie do przebrniecia przez pierwsze dni. I co robic potem - kiedy odwiedzac, i na jak dlugo, tak zeby osoba w zalobie nie czula sie ani opuszczona przez wszystkich, ani zobowiazana do zabawiania gosci. Takze te wiedze praktyczno-psychologiczna, zdaniem Didion, jakos stracilismy po drodze do autentycznosci odrzucajacej utarte formy. A najbardziej Didion meczylo we wspolczesnej wersji zaloby, ze wlasciwie takiej formalnej zaloby nie ma, i jest sie przez to jakos bardziej bezbronnym wobec nawet zyczliwych, ale nietrafionych uwag typu “moze juz czas zajac sie zyciem” (wszechobecne slowo “closure” w naszych czasach self-help), i innych namow do myslenia pozytywnego, ktore sa przeciez nie do zniesienia w takiej sytuacji.
Heleno, przyznam że też schowałam głowę w piasek, bo podobnie jak Haneczkę, dotknęło to moich najsilniejszych lęków. Współczuję Tobie z powodu straty kolegi, jego bliskim i otoczeniu, które w najmniejszym stopniu nie było przygotowane na tę smierć.
Mój tata miał dość liczną, a nienajmłodszą rodzinę, która naturalną koleją rzeczy w pewnym momencie zaczęła wymierać. Pamiętam, jak na początku trochę mnie szokowało, że starsze pokolenie reagowało na śmierć w sposób dla mnie - wtedy - niezrozumiały. Usiłowali prawie kurczowo trzymać się zwyczajowego planu dnia, nie spóźnić się z obiadem, zadbać o różne drobiazgi w rodzaju wyprasowania spódnicy i wyczyszczenia kapelusza, nie zapomnieć o zawiadomieniu nawet najdalszych znajomych… Jakieś mi się to zdawało niemal bezduszne, a teraz rozumiem, że to czepianie się rytuałów pozwalało się nie załamać, oswoić te pierwsze, najtrudniejsze chwile. I że żałoba objęta ramami etykiety wcale nie była “gorsza”, mniej warta, czy płytko przeżywana.
Etykieta żałobna była prawdopodobnie formą środków uspokajających, tyle że bazującą nie na farmakologii, a na naszym zmyśle społecznym.
Bobiku, zdradź co odblokowało, bo też mam kilka rozgrzebanych projektów, do których brak serca i pomysłu.
Heleno, niewiele to czasem w sam raz, jeszcze tylko herbatę zrobić do tego niewiele i poczekać, aż rozkołysanie uspokoi się, i osiądzie. Nie znałem Pana Pawła, gdyby nie te kilka słów i nastrój po, nie dotknęłoby mnie to, jak setki innych nieuświadamianych spraw we wszechświecie. I tak mnie naszło mnie teraz, że nie ktoś zmarł, ale komuś ktoś zmarł, i z tej perspektywy wszechświat bardzo się przemeblowuje.
To co to ja mówiłem? Nic odkrywczego w sumie. Aha, herbatę…
No wlasnie, ja bardzi dawno sobie ten brak formy uswiadomilam, strsznie wiele lat temu, ogladajac bodaj La Stade. gdzie jest jedna - nawet jej dobrze nie pamietam - scena pogrzebu gdzies na wsi. Nie pamietm co konkretnie mnie w tej scenie uderzylo, to bylo pond czterdziesci lat temu. ale wlasnie uswiadomilam wtedy, ze ta forma, decorum. konwencja zezwala nam na radzenie sobie z czyms co nas przerasta emocjonalnie.
Jedna z ulubionych opowiastek naszej leciwej Jasiuni dotyczy spotkania sasiadki z ulicy nazajutrz po smierci meza Jasiuni, naglej, w wieku szescdziesieciu paru lat na serce. Sasiadka sie zatrzymala i powiedziala: Maybe it’s for the better, Janine.
Dzis Jasiunia opowiada o tym ze smiechem, ale wtedy byla oczywoscie wstrzasnieta. Ale sasiadka chciala dobrze, chciala powiedziec cos pocieszajacego.I to jej w poplochu sie powiedzialo. A gdyby byla gotowa na podoredziu forma!
Bardzo sie ciesze z cudu Bobika!
Już wypiłam, foma.
Bobiku, podeprę Ci klapkę dzisiaj kupionym żonkilem, żeby nie opadła.
Wlaczylam radio, i co slysze w dzienniku?
:sad: 

Ze znanego prezentera progrmow BBC znaleziono w domu martwego. Udusil sie w czasie hm… zabawy seksualnej.
No, pytam j kogo!
Wiem, ze nie wypada sie smiac
I ze PB mnie za to pokara
Podejrzewam, że odblokowanie miało coś wspólnego z nieprzekraczalnym terminem. Ale w jaki sposób to przebiegło w głębszych pokładach i obwodach, to nie mam pojęcia.

Nie mogę ukryć (sam przed sobą), że najlepiej funkcjonuję w warunkach średniego, a czasem nawet silnego stresu. Wtedy się potrafię ostro sprężyć, nadrabiając wcześniejsze straty czasowe. I prawdopodobnie mam bardzo uprzejmą i pomocną podświadomość, która tak długo powstrzymuje mnie przed wzięciem się na serio do roboty, aż stres z powodu zbliżającego się terminu pozwala mi osiągnąć upragnioną wydajność z ha.
To, że się umiera komuś, to bardzo ważne spostrzeżenie. I wiecie, ja myśląc o swojej śmierci boję się najbardziej właśnie tego, że umrę komuś, a raczej komusiom. Mnie samemu będzie wtedy już wszystko obojętne, ale moim bliskim nie. Dlatego mi okropnie na myśl o.
Mam dokładnie to samo podejście, Bobiku. Mi to już będzie kalafior, ale komusie
No to nie ma wyjścia, tylko trzeba być dobrym dla komusiów, póki jeszcze się da. Wprawdzie może im wskutek tego być jeszcze bardziej przykro, kiedy nagle tego zabraknie, ale na dłuższą metę łatwiej przejść od szarpiącej żałoby do poczucia opiekuńczej, choć niematerialnej obecności kogoś, kto był dla nas dobry, niż nosić latami brzemię pretensji i spraw niezałatwionych z kimś, kto się do końca szarpał ze sobą i z innymi.
Ten strach przed zostawieniem komusiow paradoksalnie jeszcze sie powieksza, gdy pojawiaja sie dzieci:
[...]
The truth is: before I became a mother,
I knew the body’s longing to be lost.
An untrustworthy lover bound
to forsake us, I’d rather do the leaving
than be left.
But now, as we walk home in the dusk,
my two-year old riding my hip,
patting my cheeks with his mittened hands,
I never want to leave this earth.
Inside the baby tumbles and reels,
already knowing where the body will take us,
that we have no choice but to follow its lead.
(Alison Apotheker, “Ground Waters”)
A ta śmierć prezentera wskutek seksualnej zabawy to chyba nie takie absolutnie rzadkie. Wiem, że jest grupa osób doznających niebywałej satysfakcji podczas podduszania i czytałem nawet jakieś medyczne wyjaśnienie, skąd te odjazdowe doznania się biorą. Są też określenia na takie osoby - duś, duśka. No i tym dusiom oraz duśkom po prostu nie zawsze uda się wyczaić moment, kiedy należy powiedzieć stop!
To juz ktorys raz w UK (pewnie jakies znaczenie ma preznosc angielskich tabloidow, dzieki ktorym w koncu wszyscy wiedza).
W instytucji, w której przed laty pracowała moja ludzka Babcia, szef zmarł na młodej sekretarce, w jej mieszkaniu, podczas rzekomej podróży służbowej. Niby też wszyscy wiedzieli, że za śmichy może ich PB pokarać, ale jak tu było zachować powagę?
Dziś wyjątkowo wcześnie powiem dobranoc, bo jutro ten straszny dzień, co to już niby się kwalifikował do wykreślenia z kalendarza, ale jakoś się w końcu nie zakwalifikował.

Uwaga: mówię dobranoc!
No, w laboratorium (angielskim zreszta), w ktorym doktorat robil moj maz, znaleziono szefa jednego z instytutow badawczych niezywego, w wannie, przebranego za kobiete. Tez trudno bylo na to reagowac z powaga. Nic dziwnego, ze Colin Dexter mial tyle pomyslow…
Kiedy pare lat temu znaleziono zwloki pewnego mlodego posla do Parlamentu, policja podajac przyzczyny zgonu, powiedziala jedynie, ze “nie ma podejrzanych” i ze foul play nie wchodzi w rachube. Przyciskana do muru przez dziennikarzy, zdradzila tez, ze nie bylo to samobojstwo zmierzone. Przyciskana dalej oznajmila, ze znaleziono go ” w osobliwych okolicznosciach” i odmowila dalszych szczegolow. Dzien pozniej zaczeto rozliczne pomysly snuc w medioaich. W koncu w czasie inquestu okazalo sie, ze posla znaleziono z duza pomarancza w ustach i kobieca ponczocha naciagnieta na glowie.
Wszyscy sie starali zchowac nalezyta powage wobec Mejestatu Smierci.
E. odmowila uwierzenia, ze cos takiego istnieje.
Ja tez zreszta wtedy pierwszy raz w zyciu sie dowiedzialam .
Wiec chyba tym razem postanowiono, ze nie ma co dawkowac informcji, nalezy tylko to zamknac w formulce, ze zmrl w sposob niezmoerzony w czsaie seksualnej zabawy.
I przejsc nad tym do porzadku dziennego.
O człowieku z BBC, że znaleziono martwego - słyszałem od jego pracodawcy. O tym - jak, słyszę teraz od CIebie, Heleno. W domowych rozmowach (z powodu jakiegoś włoskiego filmu) odnosimy się do zjawiska mówiąc “xoxota assassina”, zabójcza cipa. Tak głębokie powiązania seksu i śmierci, a tu człowiekowi tylko śmiać się chce.
Zupełnie odmiennie jest z Pawłem. Niespodziewanie, rozmowa z Wrocławiem z kimś przybitym jego odejściem uświadomiła mi, że miałem do niego trzy stopnie oddalenia. Więc nie tak daleki człowiek. Ale nie chciałem odzywać się tu, szczególnie po przeczytaniu komentarzy ludzi na stronie, którą podlinkowałaś. Naprawdę nie czas mówić o sobie i swoich refleksjach. Ale zdaje się ważne też jest, żebyś wiedziała, że wszyscy Cię przeczytali, zrozumieli i odczuli. Dlatego nie w pełni milczę.
No, popatrz jaki ten swiat jest malutki. I jaki kruchy,
Powiadsz, ze trzy stopnie oddaleni? Hm.
Dzieki.
Nie udalo mi sie zasnac i swieczka sie palila cala noc.
Dzień dobry.
Cichutkie, szeptem, bo mam nadzieję, że teraz sen już się zlitował nad Heleną i pozwolił jej chociaż na kilka godzin…
A ja walcuję przez Straszną Środę, ale na razie jeszcze nieodcięty od sieci, co zresztą wcześniej czy później nastąpi. I marznę, bo ta wiosna, co to niby się już zapowiadała, okazała się być zimą w owczej skórze.
Widzę, że wszystkim jeszcze smutno. No to będzie taka dłuższa minuta milczenia. Z mojej strony do późnego popołudnia, bo idę wpaść w bezsieć.
Ale jeżeli ktoś przed moim powrotem milczenie zechce przerwać, to też nie ma przeciwwskazań.
Bobiku, wyszłam za Jentyka, czyli próbuję zmusić do myślenia małe szare. Potrzebne na już, a oporne
Wróciłam, bo chyba wyszedłam
A ja ledwo wyszewszy z lozka…
Wiosna nieśmiało puka do naszych drzwi:
http://picasaweb.google.com/WandaTX/20100303?authkey=Gv1sRgCNy3-IuNicvTNA#slideshow/5444436987061377538
To się całkiem dobrze składa, bo ja też wróciłem


Chocaż uśmiecham się po tym powrocie z pewnym wysiłkiem, bo się czuję tak, jakby mnie osobiście krzywdę ktoś wyrządził, choć niby nie mam do tego podstaw.
W Nadrenii koniec lutego jest już całkiem dobrą porą do zaglądania ludziom w ogródki, więc jak idę przez ulicę, to stale się gapię, co tam u kogo zaczyna z ziemi łeb wychylać. Tydzień temu przechodziłem obok jednego takiego ogródka, gdzie już sporo przebiśniegów było, krokusów i żonkile też się wydawały być tuż-tuż. Dziś biegnę koło tegoż samego ogródka, okiem rzucam - i dębieję. Nie ma ogródka. Wybetonowali na równo!
Przy drugim rzucie oka widać dlaczego. W byłym ogródku, a obecnie na podjeździe, na ołtarzu betonowym, pyszni się bóstwo o nazwie Mercedes. Bęc.
Ja to bóstwo już trochę znam i wiem, że ono stale wymaga ofiar. Tylko że jak ofiarą pada kieszeń wyznawcy, to mi właściwie zwisa. A ogródka wsio taki żal.
O, wanda w międzyczasie wrzuciła coś niewybetonowanego. Przynajmniej jakaś odtrutka.

Tak na oko sądząc, Teksas wyprzedza Nadrenię o jakieś 2 tygodnie.
Biedny Bobislaw.
Wrzucam obiecana (Bobislawowi) lekture - zeszlotygodniowego (od dzis w sieci) Zymunta Baumana o Kapuscinskim i ksiazce o nim. Z Tyg. Powszechnego:
http://tygodnik.onet.pl/33,0,41856,sztuka_pisania_osztuce_zycia,artykul.html
Bobiku, mam już nową patelnię, zatem do rączki mogę dorzucić starą w komplecie. Gdzie dostarczyć?
a tak w ogóle to ostatnia prosta się zbliża, ramy czasowe uwierają (jak ramy mogą uwierać?
chyba że na zewnątrz) i trzeba się zebrać, bo lepiej pić szampana wieczorem niż rano
A u nas snieg.
Przeczytalam Baumana - wyjatkowo odswiezajace po paru naprawde przedziwnych wypowiedziach znanych postaci i kolegow dziennikarzy na lamach Wyborczej (Tygodnik Powszechny wyraznie ma tu odmienne podejscie). A przy okazji zasmialam sie, bo znalazlam tez wzmianke o czlonku rodziny, szczegolnie zaprzyjaznionym z Matylda (zabawne te nieliczne stopnie oddalenia, jak juz zauwazyl andsol).
Obejrzalam tez rozmowe Teresy Toranskiej z Domoslawskim - i zastanawialam sie wlasnie nad tym, ze studia nad recepcja tej biografii to jest historia zaslugujaca juz na kolejna ksiazke, bo tyle interesujacych odruchowych polskich zachowan przy niej wyszlo na swiatlo dzienne. Nawet dyskusja o usmiechu Kapuscinskiego i pytaniu “Nie przeszkadzam?”, gdy dzwonil do zaprzyjaznionych osob jest - dla mnie przynajmniej - calkiem fascynujaca…
http://www.dailymotion.com/video/xcc6nm_kapu%9Cci%F1ski-non-fiction-teresa-tor_news
wszędzie pada, śnieg widmo, pełno go w powietrzu, a pod butami nic
Po calej zimie ze sniegiem, ktory uparcie nie znika, juz nawet nie mialabym nic przeciwko sniegowi bezcielesnemu…
albo śnieg tak drobny, że niedostrzegalny. w potem brodzić w niewidzialnym śniegu…
Żebym to ja wiedział, gdzie mi dziś dostarczyć rączkę od patelni wraz z całą resztą.
Na razie do domu, za chwilę już nie, potem znowu przez chwilę do domu, a potem znowu długo nie.
No, taki dzień mi się dziś zrobił, że latam jak opętany, ozór wywieszam i dyszę, ale ledwo. Nawet Baumana nie miałem jeszcze czasu przeczytać (ale za podrzucenie pięknie dziękuję).
Mogę tylko obiecać, że na najbliższe 10 minut sobie siądę na blogu i jeżeli są jakieś skargi lub zażalenia, to proszę w tym czasie.
no to nie do domu będzie łatwiej…
ale dowolne skargi i zażalenia? jakiekolwiek?
Bobiku, ksiazki zyczen i zazalen potrafia czasem byc interesujaca lektura.
Ale jednak moze Ci zapale swieczke Harmony (z lawenda i czyms tam jeszcze, czego niestety chwilowo zapomnialam), a sobie Radiance, bo strasznie ciemny dzisiaj u nas dzien od tego jeszcze niewidmowego sniegu. 
A czy ja mówiłem, że nie chcę pojąć patelni za rączkę? Tylko na razie jeszcze nie mogę podać miejsca i terminu zawarcia związku.
Skargi i zażalenia absolutnie dowolne. Jak się komuś świat nie podoba albo nos własny, to teraz jest najlepszy moment do wyrażenia tego. Ja wysłucham.
Moniko, dziękuję i doceniam intencje, ale gdyby ta świeczka nie była z lawendą, tylko np. z zapachem rosołu, to moje szczęście byłoby chyba kompletniejsze.
a czy po wysłuchaniu nastąpi poprawa?
A czy jakakolwiek książka skarg i zażaleń to obiecuje?
Albo dotrzymuje?
a czy jakakolwiek książka skarg i zażaleń nazywa się Bobik?
A nie, swieczki z zapachem rosolu jeszcze nie produkuja, Bobiku. Mozesz za to wziac udzial w eskalopkach indyczych, ale nie pod postacia swieczki.
No i mozesz sie sam zalic na producentow swieczek… 
Pożal się do Bobika,
gdy życie źle ci robi.
Problem wprawdzie nie znika,
lecz może zniknąć Bobik.
oj wielki żal Bobika, żal
na skargi deskach odpływa w dal…
Ach, jak to miło w słońcu lub cieniu
surfować sobie po zażaleniu…
Czy ktoś coś wreszcie może zrobić z tym cholernym czasem?
PS. Ja wiem, że lepiej nie, ale musiałam jojknąć
taaa, i tyle ze skarżenia. góra skarg, po której Bobik szusuje na sankach…
a co się stało z cholernym czasem? sam jestem ciekawy
Wsiąka
znika
kurczy się
paskud jeden nie wiadomo gdzie się podziewa
i to teraz, gdy mam go coraz mniej 
Haneczko, bawi się w chowanego po prostu. On w swojej własnej perspektywie jest jeszcze bardzo młody, więc w zasadzie należałoby mu wybaczyć.
No, ale z naszej perspektywy - faktycznie wredniak!
może robią z niego śnieg?
E, nie, nawet dziecko wie, że śnieg robią z wody. Z czasu to prędzej robią wiatr.
tyle dziś śniegu, że muszą posiłkować się czasem
No dobra, nawiązując do tradycji - dobiegająca litania ‘co można robić z czasu’
z czasu można robić czosnek, wystarczy zamienić literki
z czasu można robić czastuszki, trzeba tylko znać rosyjski
Bibiku, masz rację
Smarkacz bryka (z przeproszeniem rysia
).
No nie… Posiłkowo to aniołki w niebie rzucają poduszkami, które są marnej jakości i często pękają.
Też każde dziecko wie.
z czasu można robić czasopisma, trzeba tylko mieć linię pisma i pismaków
Z czasu można zrobić poczask, tylko nie można znać ortografii.
nie każde, Miko jeszcze nie wie i lepiej niech pies nie robi kreciej roboty
Można się też zastanowić, czego z czasu robić nie cza.
z czasu można zrobić czaszę, ale warto mieć coś, żeby do niej coś wlać
nie trza trzeć czasu skórką pomarańczową
za to można wysłać czas na pocztę, pewnie będzie mu się tam najmniej dłużyło
Chyba taki taniec też jest - cza, cza, czas.
czasem można powiedzieć coś mądrego
Ale po co? I tak nikt nie słucha.
cza cza czajnik na stole stoi z herbatą, gdzie szampan?
słuchają jak czas przemyka w szparach okien
Zostanie podany, jak przyjdzie na to czas.
domy oddychają i czasem wessą nieco czasu, a czasem wydychną, tak mija czas dzień za dniem
eeee, całkiem ładny komentarz na cz… się trafił
No, dobra, można już przestać bredzić. Czterdziestotysięcznik zdobyty!

Uwaga! Uwaga!
Rozbijamy fomę o burt… tfu, coś nie tak, wróć.
Rozbijamy szampana o fomę… tfu, znowu coś nie tak.
A, tam. Po prostu wodujemy fomę po raz czwarty. Gratulacje, szampan dla wszystkich, a na dodatek dla każdego po kawałku czasu na wypicie tego szampana.
czasem w morzu bredzenia coś zgrabnego się urodzi i ze śniegiem spadnie na stół. szkoda rezygnować z tej miłej metody powiedzenia czegoś mądrego
do szampana i czasu dorzucam stłuczony od obijania boczek i chleb orkiszowy.
takie to imprezy w stoczni czasem u Bobika bywają…
Uprzejme gratulacje dla niespodziewanego zwycięzcy…
foma złapał swego 40-tysięcznika (pogratulować), więc można już spokojniej porozmawiać. Na przykład na temat:
Helena 3 marzec 10, 02:15 [...]
E. odmowila uwierzenia, ze cos takiego istnieje.
Ja tez zreszta wtedy pierwszy raz w zyciu sie dowiedzialam .
Z upływem czasu (o czym sporo dziś mówiono) człowiek dużo się dowiaduje, ale opowiadania V. czyli żony odkryły mi zupełnie nieznane kontynenty. Bowiem pracowała kiedyś w klinice uniwersyteckiej także na nocnych dyżurach i dziwne, dziwne rzeczy opowiadała. Na przykład o młodym człowieku przywiezionym z małą sympatyczną butelką Coca-Coli, ale w osobliwej pozycji. Wynika stąd, że taka flaszeczka przynosi zdradliwe przyjemności; bo jak zassało, próżnia się zrobiła i ręcznie rozdzielić butelki i pacjenta nie było jak, chirurg zdaje się pracował z wiertarką.
O seksie oralnym rzecz jasna coś się słyszało, bo młódź na ulicy głośno rzecz obdyskutowuje (czy z pełnym rozumieniem słów to zupełnie inna sprawa), ale ja też pierwszy raz w życiu się dowiedziałem, że niebezpieczeństwo czaić się może w takim aparaciku dentystycznym do wyprostowywania ząbków. Potrzebne było obrzezanie (w zasadzie napoczęte w trakcie wesołych igraszek), ale trzeba było wyciągnąć pacjenta z przyległościami z samochodu z bocznej ulicy i jakoś przetransportować w improwizowanym namiociku do kliniki.
Tia… Kama-Sutra to dobry początek. Praktyka pokazuje horyzonty.
Bardzo mi przykro, że nie mogę zostać na imprezie, ale mam dobre wytłumaczenie. Obiecałem dziś robić za tłumacza przy biznesowej kolacji i muszę się teraz w związku z tym udać do roboty.

Ale ja tu wrócę.
40007 też nieźle.
Szczerzę się szczerze do bywalców i Bobika.
Natłukliście nieźle.
Gratulacje!
Bobiku, a dasz radę, jeśli rozmowa zejdzie na rzeczy, o których Helena wcześniej nie wiedziała?
A za wszelkie gratulacje dziękuję. Strach pomyśleć, co by się działo, gdybym zapomniał zajrzeć i zorientować się, że już blisko… Cisza. Szczególnie, że vesper jakieś paskudztwo przeszkadzało dziś rano. Zatem pierwszy toast za Bobika, że ma stocznię, a drugi za vesper. A co, od razu na obie nogi
Wróciłam, żeby pogratulować fomie
Kolekcjoner
Lubię miło odjechanych kolekcjonerów
Ale mógłby podziękować wspomagaczom…
Andsol, nie mam najbledszego pojęcia, o czy mówisz
Gratuluje nieoczekiwnemu Zwyciezcy Czterotysiecznego wpisu.
Co do opowoesci andsola o aparacie zebowym , odwzdiecze sie histpryjk tez poniekad medyczna, ktora byla przed laty szeroko opisywana w brtyrtyjskiej prasie, kiedy przyjechlam z wizyta do Londynu i wszyscy mi to opowiadali.
Otoz jakas pani przed przyjsciem gosci na sobotni obiad, usilowla odczyscic dywan benzyna. Po zakonczeniu czyszczenia , benzyne z wiadra zlala do ubikacji.
Do ktorej to ubikacji udal niebawem sie jeden z zaproszonych gosci z papierosem w reku. A jak skonczyl papierosa, nie wstajac z sedesu wrzucil peta miedzy nogami.
Jak sie nalezalo spodziewac benzyna w kiblu stanela wysokim plomieniem i goscia bardzo sprzyla od spodu.
Wiec zawolano pogotowie, ktore po stwierdzeiu powaznych poparzen, postanowilo pacjenta odwiezc na najblizszy oddzial poparzen. Kiedy go znosili na noszach z pierwszego pietra na parter wysluchujac jednoczesnie jak doszlo do wypadku, paramedycy dostali takiego ataku spiechu, ze wypuscili nosze z rak, pacjent wypadl i stopczyl sie w dol. ze skutkiem polamania sobie obu nog.
haneczko, no i dobrze, przynajmniej nikt mnie za kołnierz nie ujmie i pod zasiusianym słupem przy domu Bobika nie zdeponuje. Zresztą, dobrze wychowani ludzie zawsze czegoś nie rozumieli z komplikacji, które ludzie sobie sprawiają. No ale gdyby wyjaśnienia konieczne były, to okazało się (o czym też nie wiedziałem), że butelkę Coca-Coli nie tylko do ust można wkładać.
smiechu, nie spiechu.
Dodam jeszcze, ze z jakichs powodow moja Mama bardzo kocha te historie…
Jeszcze jeden powód do niemienia dywanów
Heleno, czemu Mordka taki cichutki?
Heleno, czterdziestotysięczny wpis…
Jak się postaramy, to milionera z fomy zrobimy zanim na dobre stetryczeje.
haneczce i wszystkim wspomagaczom dziękuję raz jeszcze i jeszcze szczególniej. na takie okazje od wielu miesięcy przeszukuję internet, żeby złożyć u stóp skecz kabaretu Potem o pewnym inspektorze, który przechodził na emerutrę. ale nima


to w zamian inny inspektor
http://www.youtube.com/watch?v=g2JERoLLk78
a tamtego przyłapię, albo sam wrzucę, tylko muszę się wpierw nauczyć, ale może do 50000 zdążę
foma, ja to tyle, co nic, ale owi oni
to trzeci toast za haneczkę, a czwarty za owich onych
bo toasty chodzą parami…
Znałem tylko teksty Teresy Torańskiej, pierwszy raz widziałem ją i słyszałem jej głos. Przeszkadzał mi rozziew między niedopracowanymi zdaniami Domosławskiego, czymś w rodzaju brudnopisowych deklaracji, wywoływanych zadanym tematem, a jej modulacją, opanowaną wręcz teatralnie intonacją i troszkę nieziemską łagodnością. Miałem wrażenie, że w naturalnych (tzn. nienagrywanych) warunkach te dwie poetyki mogłyby się mocno pogryźć.
Jeśli nie przekonałem do jakiejś tezy, to świetnie, bo tezy nie mam, mam tylko odczucie na gorąco - i trochę mi trudno powiedzieć czego ja chcę. Może tego, że to nie jest zharmonizowany dialog, bo jedna osoba jest starannie przygotowana, a druga przyszła w dżinsach z pracowni…
Spóźniłam się na imprezę? Jak zwykle
Gratulacje dla Zwyciezcy, ktory - jak zwykle - przeszedl samego siebie i pobil kolejne wlasne rekordy.
Jeszcze tylko potrzeba nam dluzszej przemowy z detalicznymi podziekowaniami dla rodziny, oraz makijazysty i fryzjera, i wszystkich innych, ktorzy przyczynili sie do tego sukcesu.
andsol - ten wywiad byl i dla mnie nieco przedziwny, choc z nieco innych powodow (akurat roznice w stopniu rozchelstania w mowie i ubiorze sa na pewno czesciowo roznicami pokoleniowymi). A reszty sie dowiem, jak przeczytam ksiazke.
Cyceronowie Roku:
http://www.dziennik.pl/polityka/article561908/Oto_tegoroczny_srebrnousty_Co_powiedzial_.html
Mozna z tego tworzyc nastepne wiersze a la Donald Rumsfeld. Ale bardziej mi imponuja wpadki miss pieknosci - jak juz sie mylic, to chociaz siegajac gwiazd i wyjasniajac Konfucjusza…
Tutejszy link do Torańskiej i Domosławskiego nie działa, więc wyguglałam i obejrzałam. Hmm…
Też szczególne wrażenie wywarł na mnie dialog o uśmiechu. I ta podejrzliwość, że jak uśmiech, to co się za nim kryje, co on zasłania.
Cóż, ja akurat jestem w dość specyficznej sytuacji, bo znam/znałam całą trójkę, z bohaterem włącznie. Moja znajomość z RK ograniczała się właściwie głównie do rozmów o muzyce (najczęściej), ale i tak nie przyszłoby mi do głowy, żeby traktować ów zdemonizowany przez Teresę i Artura “uśmiech Ryśka” jako narzędzie manipulacji ludzkimi reakcjami. Mnie samej, z własnego kręcenia się wśród ludzi, wyszło z czasem jak dwa a dwa cztery, że uśmiechać się warto i dobrze, ale też jest zdecydowana różnica między wystudiowanym szczerzeniem się a naturalną życzliwością. Oni wspominają co prawda, że to było u Ryśka naturalne, ale nawet do tej naturalności podchodzą podejrzliwie.
I tak sobie pomyślałam, że w nich właśnie nie ma tej naturalnej życzliwości, jest tylko ta chciwa ciekawość słuchania, o której mówią. I pewna sztuczność przy tym, zwłaszcza u Teresy, rzeczywiście wystudiowanej do bólu. Po prostu oboje sądzą RK według siebie. Taka ciekawość w skrajnej postaci może doprowadzić do… nie, nie będę tego nazywać po imieniu. Powiem tylko: Teresę nawet dość lubię, ale trzymam się zwykle na pewien dystans, choć w mniejszym stopniu niż od Hanny Krall (kontakt z nimi to jak kontakt z wampirem energetycznym). Artur z kolei, jak go pamiętam (od pierwszych kroków w “GW”), wydawał mi się postacią zadufaną… Jeden z tych, co nie zniży się, żeby przywitać się z koleżanką na korytarzu. Z RK nigdy nie miałam wrażenia nie tylko, że się wywyższa, ale że i coś ze mnie wysysa. Była życzliwość i ciepło. Mam gdzieś jego życie prywatne i czuję duży niesmak w wywlekaniu go. Jego pisarstwo - jak już powiedziałam w paru miejscach wcześniej - traktuję i traktowałam zawsze jak literaturę. Nie idealizuję go; o uwikłaniach peerelowskich też siłą rzeczy coś wiem przeżywszy trochę w tym czasie jako dorosły człowiek i nie chce mi się już o tym gadać. W każdym razie na przeczytanie książki Domosławskiego nie bardzo mam ochotę.
Mnie osattnio cos nie bardzo chca sie filmiki otwierac - a poniewaz przymierzam sie wlasnie do maca, nie chce sie wolac nikogo na naprawy. Wiec tej rozmowy nie znam. Ale mysle, ze wysysanie i chciwosc sluchania jest w opisie wymogow pracy u jednej i drugiej. u Krall i Toranskiej - wybraly sobie takie zawody i takie zainteresowania bo wlasnie musza wysysac i sluchac. U Czechowa w Czajce jest ladna scena w tej materii - wyciagania notesu przez pisrza Trygorina w chwili najwiekszego emocjonalnego i psychicznego “nadrywu” bohaterow. Malutka “piece de teatre” , dobrze podpatrzona, jak to u Czechowa.
Mnie tez baby Kapuscinskiego w sumie malo interesuja, ale to oslawione “uwiklanie”, wspolpraca ze sluzbami - bardzo. Bo czegos tu nie rozumiem, cos mnie od wielu lat w jego sprawie dreczy, powraca, nie daje spokoju i to chcialabym wiedziec. Moze autorowi udalo sie to wyjasnic.
Mnie tez zdarzalo sie przebiec korytarzem i sie nie przywitac. Ale to dlatego, ze kiedy cos mialam na wrsztacue, moja sila slupienia jest tak gleboka, ze nie zuwAzam niczego dookola. Dlatego nigdy mi nie przeszkadzaly glosne rozmowy we wspolnym pokoju, muzyka czy telewizor wlaczony na caly regulator. Nie slyszalam czasami nawet jak ktos mnie glosno wolal po imieniu.
Moze i Domoslawski w podobny sposob nie zauwazal innych?
Heleno, ja mam prościej. Nie poznaję, bo nie poznaję. Owszem, rozpoznaję synów i żonę, a gdy żyła to i teściową. Mam niezgorszą pamięć do historyjek, mało wartą do uraz (nie mam komuś czegoś za złe, bo żona to dla mnie pamięta i ma mi za złe, że nie mam za złe, gdy przypomni, przyznaję jej rację a potem znowu nie pamiętam) i okropną do twarzy. Więc odróżnię psa Bobika od żyrafy, bo wiem, że mam patrzeć w dół, ale jeśli Bobik wejdzie na drabinę no to ja nie wiem…
A jak jestem bardzo skupiony, to zaraz ktoś mnie odkupi i chce, żebym zawiózł tu albo tam. Ciężkie jest życie skupiającego się kierowcy.
A skoro tak się rozgadałem, to rano V. stała przy wjeździe patrząc jak panowie z firmy naprawiają coś w automacie, który właśnie naprawili w sobotę, ale nie bardzo. A tu idzie jakiś pan po ulicy i pyta czy to jej mąż umarł w nocy. Więc V. mówi, że nie, że mąż przed 5 minutami dzwonił do domu (mówiła prawdę. Dzwoniłem i pytałem czy wjeżdżając będę już mógł użyć pilota czy brutalnej siły). Więc on mówi, że jak tak, to nasz sąsiad. W istocie. Znałem go od roku. Wiedziałem, że waży dużo więcej niż to jest zdrowe - i choć był miły (z takich, co dużo wiedzą o sąsiadach, ale to czasami jest wygodne), to za dużo krzyczał wieczorami na żonę. Ona na niego też, ale ona jest szczupła. No i miał we śnie atak serca. I nie mam sąsiada. Głupie, ale nie wiem jak powiedzieć o tym synom. Jeden z nich jest bardzo społeczny (a może to nie mój a podmieniony na dziale położniczym?) i lubi wszystkich, a tego senhor Otávio szczególnie…
Wytłumaczyłem od a do zeta, wzmocniłem gospodarczą współpracę polsko-niemiecką, a przede wszystkim przeżyłem.

A teraz wznoszę toast za tych, co na morzu (znaczy, za zwodowanych), wiedząc, że mogę liczyć co najwyżej na wsparcie Drugiej Półkuli, o ile jeszcze nie uznała, że nie warto zaglądać, bo i tak wszyscy śpią.
Ja w każdym razie nie śpię i jeszcze przez dobrych parę minut spał nie będę, bo muszę doczytać, co pisano po moim wyjściu.
Mysle, ze gruby krzyczcy na szczupla zone ma u startu unfair advantage, nawet jak ona nie pozostaje mu dluzna. Ale tez zaraz mu sie cisnienie podnosi i wtedy moze byc niebezpiecznie
Jak powiedziec synowi, ze umarl ulubiony sasiad? Mie mam pojecia. Schowanie glowy w piasek, jak rozumiem, nie wchodzi w rachube? Ojciec mojej przyjciolki byl taki. Jakby znajomi nie zadzwonili z Polski, to ona by mogla do dzis nie wiedziec, ze jej Mama zmarla.
Mam nadzieje, ze poradzisz sobie i Syn nie przezyje tego zbyt bolesnie. Mozna oczywoscie zwalic cala przykra rozmowe na V. Ale przykre, sorry.
Niektorzy ludzie zle rozpoznaja, a raczej ich komputer w mozgu jakos jest tak zbudowany. Ja sama niektore twarze zapamietuje na reszte zycia po jednym jedynym zobaczeniu, a niektore nieustannie myle z kims innym. Zaloze sie, ze na ten temat napisano juz pare ksiazek naukowych oraz poradnikow.
Prosze az do czasu mojego zakupu maca wstawiac sobie od czasu do czasu w moich wpisach literke “a” lub “A”. Bo zakupilam sobie nowa klawiature (stara byl kompletnie starta) i musze szczegolnie mocno walic w klwisz z a, inaczej ucieka. To jak sie placi na klawiature £ 9.99. zamiast £34.99 .
No nie, ja tu śmichy-chichy, a w tym czasie okazuje się, że i andsolowi ktoś umarł.
I wiecie, że ujawnił mi się pewien problem. Nie wiem, na ile duża to jest strata dla andsola, jak blisko był z sąsiadem. Bo Helena wczoraj wyraźnie napisała, że jest przybita, a dziś to nie wiem, jak andsol to odczuwa. Czy ja np. mogę dalej komentować tematy blogowe, czy mam empatycznie zamilknąć, bo niefajnie robić jak-gdyby-nigdy-nic kiedy komuś smutno.
A piszę to dlatego, że sam mam tendencję do bagatelizowania różnych swoich ciężkich przeżyć i nie zawsze daję wyraźny znak, że je w ogóle mam. A teraz się puknąłem w głowę, że jak daję znak niewyraźny, to może utrudniam innym życie, bo nie wiedzą, jak się zachować.
Nie to, żebym tu chciał robić grupę terapeutyczną z wywlekaniem i rozdzieraniem. Ale uświadomiłem sobie po prostu, jak to ułatwia życie socjalne, kiedy ktoś mówi jasno - zdarzyło mi się to i to, czuję się tak i tak, weźcie to pod uwagę.
Więc, andsolu, jeżeli jest Ci z powodu śmierci sąsiada smutno, to i mnie smutno. I przyznaję uczciwie - nie ze względu na sąsiada, którego nie znałem, tylko na Ciebie, którego już co nieco poznałem.
A jak powiedzieć dzieciom - też jasno. Powoli, ostrożnie, empatycznie, odpowiednio do wieku, ale jasno. Takie mam najgłębsze przekonanie. Tak się zawsze robi u mnie w rodzinie i to się sprawdza.
Bobiku, żartować możesz sobie także (a nawet najbardziej) na mojej własnej stypie. To nie program dla innych ani baza nowej religii, ale po prostu jest dla mnie naturalne, że się przychodzi i odchodzi. Ja go prawie zupełnie nie znałem, ot, życzliwe pozdrawianie się i parę jego porad jak żyć. Ale sam mówiłeś, że zauważyłeś brak żonkili, choć nigdy na nie nie siusiałeś. Chyba chętniej przyjmujemy zmianę otoczenia niż zmianę w otoczeniu. A synowie dowiedzieli się jakoś naturalnie od V. Nie dlatego, żebym zwalał na nią, alestosunek religijnych do bezbożników w domu jest 3:1 i byli w tym “ich” kościele — jest blisko i jest miły i chyba pastor sporo mówi o życiu i śmierci, więc jakoś im zeszło na temat. A ja się bardzo cieszę, że wybrali ten kościół, bo jest o dwie przecznice od nas i nikogo nigdzie nie muszę wozić.
Z nierozpoznawaniem to chyba można zwalić na mikrofelery w mózgu. Słowo honoru, jest coś takiego. Dobrze to znam, bo sam to mam. Pamięć wzrokową posiadam w zasadzie znakomitą, ale nie dotyczy to twarzy ludzkich w realu. Podkreślam real, bo np. z obrazami nie mam takiego problemu - Arnolfini to Arnolfini, nawet jak w parze, Rembrandt to Rembrandt, bez względu na wiek, a tego tam gościa wiadomo, że Hals malował. Ale na przystanku autobusowym potrafiłem kiedyś własnej Matki nie rozpoznać.
Tylko że Pani Kierowniczka chyba nie o tym mówiła, a o niezwracaniu uwagi na ludzi. To całkiem inna para kaloszy. To może (choć nie musi) świadczyć o rozdętym ego. MOJA praca jest tak ważna, MOJE sprawy tak istotne, że co wy mi tam, mróweczki…
Coz tu pisac Bobiku jak czlowiek doslownie padniety na twarz?
40 tysieczny wpis mamy juz za soba, ale sadze, ze juz cale winko wyszlo z domu, wiec za tych co na morzu zielona herbatka.
Nie sledzilam ostatnio debaty o ksiazce o RK, ale ogolnie jestem za ksiazkami, za biografiami, za nie ukrywaniem, za krytycznym badaniem. Jezeli ja napisze cos swietnego, a potem ktos odkryje, ze spalam z listonoszem, zle traktowalam psy i popieralam wojne w Iraku, so be it.
Bo co jest lepsze? Czy lepsze jest przemilczanie? To tak jakby moj maz mial kochanke o czym wszyscy by wiedzieli, a ja nie. To nie jest lepiej byc w fikcyji. Albo jezeli sie rozchoruje to chce zeby moj lekarz informowal mnie o moim prawdziwym stanie zdrowia, a nie karmil jakas papka o dobrej prognozie na przyszlosc.
Czego zaluje jesli chodzi o RK to, ze nie zostanie swiatowej slawy reportazysta pomimo znakomitego piora. Lubilam jego styl pisania. Ale troche byloby nam niefajnie, gdyby jakis pisarz powiedzmy z Urugwaju pisal jakies pseudo korespondencje z Polski, ktore by nam za bardzo Polski nie przypominaly… ciekawe czy nas by satysfakcjonowalo, ze chcial tylko oddac ducha Polski… Wydaje mi sie, ze kryteria co jest nie fikcja a co fikcja sa dosc jasne i jedno nie moze paradowac jako drugie bez wyjasnienia. Przekonali sie o tym dziennikaze fabrykujacy wywiady z “lokalnymi” zrodlami, zeby zywszy byl przekaz; przekonal sie Jonathan Frey autor “A Million Little Pieces” (pamietnika potem nazwanego “semi fictional memoir” (???); Herman Rosenblat autor pamietnika o spotkaniu zony w czasach Holocaustu (wydanie wstrzymano, kiedy sie okazaly nieprawda);Margaret Seltzer autorka “Love and Consequnces” ( wspomnienia z dziecinstwa, ktore nie bylo jej dziecinstwem).
Przeczytam ksiazke Domoslawskiego. Zobacze w przyszlosci co sie z pozycji RK w moich oczach ustoi a co nie. Na marginesie: Gall Anonim czy Kadlubek tez nie pisali dokladnie (Kadlubek wrecz zmyslal); Herodot tez nie byl dokladny, ale zastrzegal “zgodnie z tym o czym sie dowiedzialem”…
To ze Domoslawski jest arogantem nie ma dla mnie znaczenia. Mam tylko nadzieje, ze jego ksiazka jest rzetelna i podparta faktami, a nie jest tylko jakims “duchem” krytyki pisarstwa RK.
Och, na mojej własnej stypie ja jak najbardziej proszę o dobry nastrój! Kiedyś to już zresztą (chyba?) ujawniłem, że życzyłbym sobie pogrzebu w stylu nowoorleańskim, najchętniej z jakąś okropnie śmieszną wpadką. I oczywiście z orkiestrą jazzową. Bez tego nie mógłbym spokojnie umrzeć.
W zasadzie bardzo mi się podoba zwyczaj wspominania na stypie zmarłego, tylko niekoniecznie popieram obowiązkowo tragiczną tonację. Ja bym to dopasował do nieboszczyka - czego on by sobie życzył.
Z góry zawiadamiam: ja bym sobie na pewno życzył, żeby cytowano moje śmieszne wierszyki i ewentualnie tworzono nowe, z uwzględnieniem wszelkich moich zasług na polu rozśmieszania. I z dokładnym opisem mojego nagrobka.
Wiem, że na zeena mogę liczyć, ale jeżeli na kogoś jeszcze, to tym lepiej.
Ja poprosze tylko o duze Mauso… tfu!… Katzoleum i dlugie przemowienie z SOLIDNYM wymienieniem zaslug dla Kociosci. Najlepioej wyrytymi w marmurze. I orkiestre deta.
Króliku, mnie się zdaje, że jak chodzi o pozycję Kapuścińskiego w literaturze, to obecna dyskusja może spowodować “przestawienie jego książek z półki reportażowej na półkę z literaturą piękną”, ale wielkiej szkody mu to nie zrobi. Bo to był cholernie dobry pisarz. Nie geniusz, jak to niektórzy krzyczą w zapale, ale zwyczajnie świetny pisarz.
Natomiast jak chodzi o człowieka, to i tak, bez względu na spisaną biografię, każdy sobie stworzy swojego. Bo to napisane przepuści przez swoje życiowe doświadczenie, przez swoje emocje na ten czy inny temat, przez fazę swojego życia, przez to, co przeczytał, przez to, z kim pogadał… A ci, którzy znali kogoś osobiście, będą mieli jeszcze inny obraz, też związany z jakąś fazą.
I myślę, że biografie - no, dobra, w moim, nieco idealistycznym widzeniu - nie po to są, żeby je traktować jak Biblię, tylko żeby sobie ten swój własny obrazek wymalować. Dokładniej - każdy biograf w mniejszym lub większym stopniu wnosi do życiorysu własną interpretację, ale jeżeli strona faktograficzna jest OK, to da się samodzielnie pomyśleć. I akurat w przypadku biografii (nie zbeletryzowanej) nawet bardziej bym się upierał przy faktograficznej ścisłości, niż w przypadku reportażu. Bo to nie dotyczy jakiegoś momentu z życia jakiejś tam, zwykle nieznanej osoby, tylko życia całego i publicznego.
Mordechaju, to ja już chyba zawczasu na Twój pogrzeb zacząłem pracować. Trzon tekstów wymieniających Twoje zasługi został przeze mnie przedśmiertnie skonstruowany i posłany w blogosferę.

Nad orkiestrą wzdętą popracujemy w odpowiednim czasie. Foma jako specjalista od czasu na pewno pomoże.
Ja tez jestem za uczciwa biografia, skoro ktos sie zabiera za pisanie i ma dostep do zrodel.
Za tym, jak powiedzil Karol II (brytyjski) do swego malarza nadwornego Lilly’ego: Maluj mnie pan z brodawkmi i ze wszystkim. I on tak namalowal - jeden z nielicznych prawdziwych portretow monarszych w tamtych czasach (XVII w), - lysiejacego, z paskudna cera, brodawkami na czole. Potem Karolowi sie odmienilo i pare lat pozniej mennica wybila jego portret na monecie, gdzie wygladal jak grecki bog z wawrzynem na czole. Ale w jezyku pozostalo: warts and all.
Wiec warts and all - jak najbardziej. Mnie tam cieszy kazda wzmianka ze Chopin brzydko i niedzientelmensko sie wyrazal o George Sand, bo psychucznie nie wytrzymuje czolobitnosci. A nie dlatego, ze pochwalam zle traktowanie swych kochanek. Warts and all poprosze.
A tu znakomity gospel na wszelkie (raczej smutne) okazje.
http://www.npr.org/templates/story/story.php?storyId=124274940
A to tez niezly pomysl, zeby na wlsnym pogrzebIe przywalic wszystkim zdrajcom…
Znakomitego gospela zdałoby się posłuchać, ale zakupiony tygrys jeszcze nie dotarł.
A co do biografii, to ja podejrzewam, że i Pani Kierowniczka woli brodawkowe, niż laurkowe, tylko rzecz idzie tutaj o rzetelność Domosławskiego. Znaczy, czy on te brodawki opisał, rozdął, czy też w ogóle miejscami wymyślił.
Mysle, ze mogl bardzo uwazac na siebie, piszc TAK biografie. Zreszta wszyscy podkreslja (ci co czytlki i znali RK), ze jest ona napisana z pozycji wiernego ucni.
Aha, i to nie byl Karol zwlaszcza II, tylko Cromwell, ktory tak powiedzul do malarza. Skleroze im kop.
Mordko, to by było w ogóle genialne, żeby na własnym pogrzebie móc zmartwychwstać, choć na pół minuty i wygłosić ostatnie, dobrze przemyślane w obliczu już dokonanej Ostateczności, zdanie…
Okej. W ramach nader poprawnych stosunków bilateralnych na temat wykonalności tego pomysłu nie mam zamiaru się z Tobą spierać.
Ucznia (wiernego)
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,7624270,_Rzeczpospolita___Jan_Pawel_II___klopoty_z_cudem.html
Urzeklo mnie osttnie zdanie doniesienia powaznej agencji prasowej PAP: nie ma sprawy, jest jeszcze 251 cudow.
Kto powiedział, to powiedział. Ja mówię dobranoc. Reszta jutro. Futro też.
Cafło mnie od łoża z powodu cudów. Wszystkim wątpiącym powiadam - łapy precz od JP2! Ta informacja, że zespół parkinsonowski różni się od choroby Parkinsona może być niezwykle istotna dla kogoś znanego mi osobiście!
Jak to nie jest kolejny, 252 cud JP2, to ja się na liczeniu nie znam!
Heleno, pewnie i wiecej cudow sie znajdzie jak bedzie taka potrzeba. Nie wiedzialam, ze cuda sa konsultowane z naukowcami. Zapewne, zeby ze tak powiem, oddzielic nie-cuda albo cuda o niskiej cudownosci od prawdziwych cudow…
Cudnych snow…
A, nawet dobrze, że mnie cafło. Bo teraz mogę się podłączyć pod królicze “cudnych snów”…
The Exploding Toilet
W polskiej wersji popularnej w latach 70. żona czyściła w benzynie skórzaną kurtkę męża. Pielęgniarze upuścili nosze na czwartym piętrze, ofiara połamała żebra (bardziej prawdopodobne niż nogi).
Jak często w legendach miejskich, ofiarą jest niewinny mężczyzna, mimowolnym sprawcą - kobieta-idiotka
Coś nie działa
jeszcze raz
Sluchalam kiedys wywiadow z jednym naukowcem amerykanskim (niekatolikiem zreszta) na temat jego zeznan w sprawie cudoe w procesie beatyfikacyjnym. Fascynujace zderzenie dwoch roznych sposobow myslenia. Wywiad robila niezwykle dociekliwa Terry Gross. Moze go znajde, chc to bylo juz kilka lat temu.
A ogolnie tez jestem za uczciwymu biografiami, warts and all, (co rzeczywiscie bardziej pasuje do purytanskiego Cromwella niz do obu Karolow, z ich pogladami o boskim namaszczeniu krola), i cala ta dyskusja w Polsce jakis sposob unaocznia mi po prostu spore roznice miedzy mentalnoscia polska i anglosaska (bo te dwie akurat znam najlepiej). Pod tym wzgledem z anglosaska mi bardziej po drodze, chocby dlatego, ze nie oczekuje pisania niczyjej biografii na kolanach. Nie wyobrazam sobie, zeby tutaj ktos oczekiwal od mlodszego autora (przeciez tez juz nie mlodzieniaszka) pisania z pozycji ucznia wobec mistrza. Po prostu oczekuje sie przyzwoitego warsztatu i dokladnosci. Gdy ta czesc pracy jest dobrze wykonana, mozna wejsc w normalna rozmowe na temat interpretacji faktow. A juz emocjonalne wypowiedzi osob, ktore ksiazki nie przeczytaly, a mimo to nazywaja jej autora “hiena” na przyklad, wydaja mi sie niezwykle egzotyczne… I jak sie potem dziwic, ze nie mozna normalnie mowic o Janie Pawle, jak nawet o dziennikarzu/pisarzu nie mozna.
inne wersje
zimno,pierzyna spakowana niestety
brykam wiec szybko,szybciej,cieplej
spiechu,Heleno-pyszne
palenie papierosow rabuje zdrowie i czesto zycie
biedne butelki coca-cola do czego mozna je wcisnac lub co w nie
http://www.sueddeutsche.de/leben/545/504754/bilder/?img=0.0
cola to później, rano raczej jakaś kawa czy coś
Dzień dobry.
Kawa jest całkiem dobrym pomysłem. Nie wykluczam, że nawet lepszym od czy cosia.
Nie doszukałam się w rozmowie Torańskiej i Domosławskiego niczego niezdrowego. Rozbieranie uśmiechu na czynniki pierwsze może trącić przesadą, ale w tym przypadku nie odniosłam wrażenia przesady. Nigdy nie zetknęłam się osobiście z RK, znam go wyłącznie ze słowa pisanego, dlatego uwagi o tym, w jaki sposób wchodził w kontakt z ludźmi były dla mnie ciekawe. Zawsze zwracam uwagę na tego typu szczegóły w biografiach, bo wiele mówią o człowieku.
Nareszcie mi się udało wysłuchać tej rozmowy, o której od wczoraj mowa i wrażenia mam mięszane. Z jednej strony takie nagrane czy spisane praktycznie jeszcze na gorąco świadectwa bardzo mi się cenne wydają, bo wiadomo, że potem czas wszelkie wspomnienia powykręca i zniekształci. Z drugiej strony wolałbym, żeby to były tylko wspomnienia, bez (nad)interpretacji. Bo domorosłe psychologizowanie na temat tajemnic kryjących się za uśmiechem… No, umówmy się. Gdyby ktoś chodził wiecznie posępny, dokładnie to samo można by mu przypisać.
Każdy z nas ma jakiś tam swój sposób na oswajanie świata i jego mieszkańców. Uśmiech jest akurat jednym ze skuteczniejszych sposobów i bez większego wysiłku można to dostrzec oraz wypróbować. Ja bym się raczej dziwił tym, którzy przeszli przez życie nie zauważając tak prostej rzeczy, że uśmiech otwiera drzwi i ludzi. Tak samo jak życzliwość.
Nad jedną rzeczą poruszoną w tej rozmowie jeszcze się zastanawiam, na razie bez wniosków. Domosławski twierdzi, że pełnokrwista, pełnowymiarowa postać zawsze się obroni i dlatego można/należy pisać biografie ze wszystkimi, nawet mrocznymi szczegółami. W jakiś sposób to myślenie jest mi bliskie, podzielam przekonanie, że można być wspaniałym człowiekiem nie dlatego, że się nie ma słabości, tylko mimo nich. Ale nie jestem pewien, czy postać obroni się zawsze. Jest w historii niemało dowodów, że z różnych, “pozamerytorycznych” przyczyn potrafiono niektóre postacie całkowicie zafałszować lub zepchnąć w niebyt. Może nie zawsze jest zły pomysł otwierania archiwów po latach, kiedy ucichną spory i ostygną emocje?
No właśnie.
Zdziwiło mnie też podkreślanie i międlenie tego, że RK zawsze pytał, czy nie przeszkadza. Ale to przecież elementarna oznaka dobrego wychowania. Ja też zwykle o to pytam, jak do kogoś dzwonię…
Też pytam
Wiwisekcja w toku. W użyciu szpileczki, skalpele, tasaki i topory. Co kto lubi.
Ja też pytam, ale przyznaję, że nie zawsze.
Czasem dlatego, że mam konkretną, krótką sprawę do załatwienia i wiem, że nawet jeżeli ktoś jest w trakcie kolacji, to wysłuchanie dwóch zdań i udzielenie odpowiedzi “tak”, “nie”, albo “jutro o czwartej” mu jej nie zrujnuje. A czasem, ale to tylko w stosunku do osób, z którymi jestem w naprawdę bliskich stosunkach, z podświadomego przekonania, że ten konkretny ktoś nie będzie w razie czego miał problemu z powiedzeniem mi “nie teraz, zajęty jestem”. 
Wszelki przesadyzm niewskazany
Mnie się zdaje, że ich (TT i AD) ten uśmiech RK irytował, jak i jego dobre maniery, stąd ta analiza. Bo kto to widział w Polsce, żeby się tak uśmiechać, wiem z doświadczenia
Jak kto chodzi wqurwiony, to nikt się nie dziwi, skwaszona mina - wiadomo, w PRL-u nie wypadało inaczej, ale tak przyjaźnie uśmiechać się do świata… 
Założę się, że nigdzie indziej na świecie rozmówcy RK nie próbowali rozszyfrować, co się za tym jego uśmiechem kryje, za pierwszym, drugim i następnym razem…
rysberlin: ja bym tę Coca-Colę szybko przenicował. Biedactwo…
Właśnie mi się zaczęło myśleć dokładnie w tym samym kierunku, co Cubalibre. Polska (a może w ogóle było-demoludowa?) kultura dnia codziennego jest strasznie nieuśmiechowa. Pamiętam swoje wrażenia po pierwszym wyjeździe na Zachód - te wszystkie uśmiechy w sklepach, knajpach, instytucjach, na ulicy wydawały mi się jakieś nienaturalne, wyuczone, na pokaz. Niemal mi brakowało znajomego, swojskiego ponuractwa. Musiało trochę potrwać, żebym się przyzwyczaił i doszedł do wniosku, że w kulturze wysokouśmiechowej żyje się jednak nieco przyjemniej.
Tak, zwykla uprzejmosc, usmiech, i w sumie raczej zdawkowe pytanie, ktore powinno byc norma, wydaja sie czyms niezwyklym rozmowie Toranskiej z Domoslawskim. Choc moze dochodzenie, skad Kapuscinski to wzial nie musi byc od razu diaboliczne i przepojone podejrzliwoscia - skoro rzeczywiscie jakos, i to pozytywnie, odstawal od dosc powszechnej normy. Moze wzial to z domu, moze z obycia w swiecie, albo lektury ksiazek o etykiecie niemieckojezycznych etiopskich arystokratow, a moze z wlasnej wrazliwosci…
Bezinteresowna, uogólniona życzliwość też jest baaardzo podejrzana. Nie chcę tu zaczynać opowieści o własnym ogonku
ale zdarzało mi się po nim oberwać za to, że z psią życzliwością do ludzi się odnoszę. Lizus, cukierek, budyń, ciepłe kluchy…
Bo normą jest, że wszyscy na siebie na wszelki wypadek warczą i kły pokazują, albo przynajmniej stroszą owłosienie i stają w postawie zaczepno-obronnej, a tacy, którzy ogonów używają do przyjaznego wymachiwania, to jakieś cieniasy są…
Jest taka pisarka młodzieżowa, Małgorzata Musierowicz (siostra Stanisława Barańczaka). Jej książki są już coraz bardziej kiczowate, ale dawniej coś tam łapały z aktualnych obyczajów i portretowały aktualną sytuację w PRL (te z RP są już w większości dużo gorsze). W jednej z pierwszych pamiętam, że bohaterzy-licealiści wymyślili eksperyment. Postanowili uśmiechać się do wszystkich eksperymentalnie i nazwali to Eksperymentalnym Sygnałem Dobra. Potem sprawozdawali z wyników akcji prowadzonej na ulicach Poznania. Dziś reakcje byłyby zapewne podobne, choć zdarzały się i uśmiechy wzajemne, ale raczej pukanie się w czoło i różne domysły. Tam rzecz zresztą została spuentowana donosem sąsiadki, że powstała jakaś nielegalna grupa i zażywa LSD
Bobiku,
przyznaj się, co zażywasz?
poprosze o adres tej nielegalnej grupy moze maja jeszcze kilka
pastylek LSD dla potrzebujacego

Ja zażywam coca… colę. Z gwinta. Zaraz się od tego robi weselej
Gwintowana coca cola
lepsza jest wszak od jabola
choć tu przyznać trzeba szczerze,
po jabolu lepiej bierze…
A, tak Doro, znam ksiazki Musierowicz.
Ostatnie tomy niestety juz sa pisane coraz bardziej bardzo sztampowo, ale pierwsze zawieraly sporo swiezych spostrzezen (za ktore nawet Milosz ja swego czasu chwalil). Pamietam grupe ESD z “Kwiata kalafiora”.
A juz ogolniej, to interesujace, skad sie wziela sie rozpowszechniona niezyczliwosc i podejrzliwosc wobec usmiechajacych sie. I kto te norme przelamywal.
Mnie sie z kolei przypomnialy pamietniki Moniki Zeromskiej z Powstania Warszawskiego, w ktorych opisuje pare arystokratow ukrywajacych sie razem z nia katem, na zawszonym sienniku, w okropnych warunkach, nadal zwracajacych sie do siebie z zupelnie naturalna (przynajmniej dla nich) uprzejmoscia. Bo wydaje mi sie, ze nasze zawirowania historyczne, razem z kolejnymi nowymi poczatkami, posluzyly jako dobry argument, zeby zrzucic caly niepotrzebny balast oczekiwania dobrych manier od siebie i innych. Nawet wrazenia mojego meza sprzed tygodnia byly dla mnie interesujace, bo dotyczyly wlasnie jego wrazenia wyjatkowo duzego kotlowania sie roznych norm zachowan (a Polske odwiedza bardzo regularnie od lat kilkunastu i patrzy na nia okiem niezwykle przyjaznym, i zaciekawionym).
O tak, jabol się opłaca,
zwłaszcza jak ktoś lubi kaca.
nie znam nic pani Musierowicz
i pomyslec ze spedzilem u Babci na poznanskich Jezycach czesc dzieciecego zycia
ide gotowac:cukinia i do tego co popadnie
Ja lubię, jak do tego popadnie cebula, papryka i bakłażan. Ale rozumiem, że nie każdy hoduje bakłażanę w doniczce na parapecie, żeby zawsze była pod ręką.
A tak poważniej na temat pewnej substancji:
http://wyborcza.pl/1,76842,7616790,Pol_ciasteczka_z_marihuana.html?as=1&ias=3&startsz=x
Herbatka też dobra z tego
Z odrobiną masła i miodem.
Z masłem robię akurat duszoną marchewkę. Może należałoby skoczyć do Holandii po przyprawy?
Niektóre witaminy i przyprawy najlepiej rozpuszczają się w tłuszczach
Z podwórka Heleny:
http://technologie.gazeta.pl/internet/1,104530,7626011,Wielka_Brytania___YouTube_moze_zniknac_z_Sieci.html
Na to Mac nie pomoże.
Wystarczyło oddalić się od komputera na czasu mało-wiele, żeby żyć - i już tracę szansę zszokowania Dory moją wiedzą, że Grupa ESD jest z Kwiatu kalafiora. Monika szybsza była. Nawiasem, gdyby ktoś chciał, to mój egzemplarz podrzucę, bo drugi raz to jednak czytać nie będę.
Musierowiczowej tak na 100% bym nie odrzucał, bo po pierwsze to choć to jedna z ostatnich jej produkcji, to jednak Kalamburka jest bardzo zręcznie zmontowana, właściwie wyśmienity schemat, wyciskacz łez jak cebulka w czekoladzie, a że się powtarza? No to ja bardzo przepraszam, a Kama Sutra nie powtarza się niby dlatego, że trzeci palec lewej stopy jest bardziej odgięty w prawo niż w pozycji ze strony 212? Biją M.M. za konserwatywne i zaściankowo-katolickie przekazy, ale pomyślmy: jeśli ktoś ma taką wizję świata, to nie może co semestr odmiany poglądów sobie fundować, przekaz jest zawsze ten sam, ludzie są dobrzy (za wyjątkiem tych nielicznych, którzy są źli, ale nad nimi nikt nie zatrzymuje się dłużej) i uśmiech oraz rodzina to siły życiowe. Ponieważ nie wpycha mi nachalnie krzyża do każdego pomieszczenia, to całkiem nieźle ją trawię. Może przyzwyczaiła mnie do tego Ania, ta z Zielonej Góry czy czegoś pobliskiego. A polszczyzna jej może nie jest sienkiewiczowska czy lemowa, ale jednak przyzwoita i prosto z wanny.
Fascynujące jest jak wyrosło owe rodzeństwo w owym domu, ale to jednak nie jest temat na rozmowy w przewietrznym miejscu…
dlaczego Bobiku w doniczce na parapecie,moze lepiej tak:
http://www.thepocketgarden.com/
a w co popadnie bylo duzo witaminy czosnek(ja jutro pracuje
)
andsol,troche stracilem sie u Ciebie,wiec tutaj dzisiaj wyczytane
http://wyborcza.pl/1,75248,7624970,Sprawa_Doroty_Nieznalskiej_znowu_przed_sadem__I_tak.html
slowa niby tylko “…i z checia wywolania ogromnego skandalu. …”
oczywiscie ze “ogromnego”,bowiem inaczej czy (przepraszam za dosadnosc) te wyleniale genitalia zasluguja na osiem lat
procesowania?
ma ktoś na zbyciu “Ślepą sowę” Hedajata? po polsku…
foma,ja nie,ale..
http://www.allegro.pl/item904376425_hedajat_slepa_sowa_iran_narkotyki.html#gallery
rysberlin: to się zrobił taki paintball, ale tańszy i nie wymaga celowania.
No nie, na tubę się zamachują?
I to akurat wtedy, jak ja wreszcie mam szansę ją mieć, bo tygrys przyszedł?
andsol
Gdyby to oskarżonej nie szarpało nerwów, to można by się tym procesem Nieznalskiej właściwie bawić. Przecież to jest czysty kabaret, albo jaka farsa.
Co szczeknąwszy oddalam się od klawiatury na czas instalowania tygrysa, bo podczas tej operacji i tak pisać się nie da.
Aha, jeszcze tylko link na temat niedawno dyskutowanych idiotyzmów prawnych
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80277,7624691,Kalifornia__siedem_lat_wiezienia_za_kradziez_sera.html
rysiu, dzięki. aukcja tradycyjnie zakończona jakiś czas temu. nawet nie muszę zastanawiać się, jak założyć konto i czy mi jest to do czegoś potrzebne…
Bobik sie tygrysuje,ja pozostaje przy leopardzie i teraz zabiore
sie za poszukiwanie str 212 ,bowiem w” mojej “jest strona
173-przypisy
185-slowniczek do traktatow
i to wlasciwie na tyle
foma, o…
jestem za szybki 
Foma,
zajrzyj na dywanik, mogę Ci kupić tę książkę.
Wyjatkowo nie znosze tego prawa, Bobiku. Z tym, ze nazwa “idiotyzm prawny” jest na to za lekka dla “three strikes and you are out”… Moze kryzys tu pomoze, bo koszt trzymania ludzi w wiezieniu jest ogromny, a Kalifornia stoi na granicy bankructwa. Cala teoria, na ktorej to prawo jest oparte jest okropna, bo nie stosuje proporcjonalnosci kary do przestepstwa. Ale tendencja do karania zamiast rehabilitacji wynika z tego, ze wieziennictwo w wielu stanach sprywatyzowano (w ramach redukowania roli rzadow stanowych i rzadu federalnego), i sa cale miasteczka, gdzie wszyscy sa zatrudnieni w wiezieniu, i lokalni politycy z tych miast chca ich dalszego wzrostu (a czesto sami maja powiazania biznesowe idace w tym kierunku).
andsol, doleciala do mnie ostatnio “Sprezyna”, kolejny juz tom sagi Borejkow, wlozony do bagazu meza przez kuzynke. Raczej nic sie tam nie zmienilo, ale ja tam czytam to raczej jako dokument sledzacy trendy i mody (kiedy rodzina kupuje ekspres do kawy, kiedy zmywarke, a kiedy domek pod miastem, i jak sobie te zmiany tlumaczy). W ostatnim tomie, jak zwykle, uderzylo mnie, ile oni pozeraja weglowodanow prostych, a jak malo warzyw i owocow.
na koniec dnia info dla Heleny
http://www.zeit.de/karriere/2010-03/frauen-quote-parlamentarier
dobrze idzie !!!!!!
Moniko,batony “mars” male,lekkie,MODNE,a kto dzisiaj chrupie
marchewke lub kalarepke surowe ÖKO
brykam dalej ………..
społeczność netowa jest niesamowita. rysiu, mt, dzięki za pomoc, posłałem zapytanie do wystawiającego, może książka jeszcze jest na zbyciu. a nawet jak nie, to i tak jestem pod wrażeniem, jak szybko załatwia się sprawy niezałatwialne. aż bym sprawdził coś jeszcze trudniejszego… choćby… hm… no muszę pomyśleć…
Masz jeszcze Bobiku, z Kaliforni takze. Konserwatywny senator stanowy (republikanski), chcacy ograniczyc prawa gejow, aresztowany za prowadzenie pod wplywem alkoholu, w drodze z gejowskiego baru (z pasazerem na tylnym siedzeniu)…
http://www.huffingtonpost.com/2010/03/04/roy-ashburn-arrested-anti_n_485419.html
Rysiu, w ostatnim tomie bardzo duzo slodkich buleczek domowego wypieku, podawanych z konfitura (domowego wyrobu) i miodem (chyba z wlasnego ula, ale nie jestem pewna). I lody na sniadanie, obiad i kolacje dla Borejki-seniora. Tort na zakonczenie roku szkolnego (w szkole i w domu). Poza tym gary spaghetti. Raj dla przyszlych cukrzykow…
Wracając do uśmiechu RK i pytania, czy nie przeszkadzam … Historyjka będzie z pozoru od czapy, ale pokaże mechanizm zdziwień wzajemnych.
Bo dziecko nie darło się jak opętane, bo słychać było że mówi “mamo, poproszę bidonek” a nie “daj pić”, że Zosia podaje mi bukiet jesiennych liści, mówiąc “proszę, to dla Ciebie” a ja jej serdecznie dziękuję, że nie pozwalam obrywać liści z krzewu, a dziecko to respektuje, że wreszcie gdy wołam Zosię do siebie, to Zosia przychodzi
Według mnie norma, według kolegi Wersal. Szczerze się dziwił i pytał, czy my tak na codzień, na co z kolei ja zaczęłam się dziwić, czy to może wyglądać inaczej. Wiem, że może, bo słyszę czasem, jak się rodzic potrafi zwrócić do dziecka (i vice versa, ale to przecież rodzic kształtuje relację), ale myślałam, że wśród ludzi na pewnym poziomie, a kolega jest przecież człowiekiem kulturalnym i wykształconym, uprzejmość na co dzień jest raczej normą. Nasze zdziwienia się spotkały i rozeszły. Dlatego myślę, że TT i AD mógł ten uśmiech dziwić, bo oznaczał postawę, która była dla nich w jakiś sposób odmienna, nie tyle godna potępienia, budząca podejrzenia, tylko po prostu odmienna. Jak się uśmiecha, to właściwie w jakiej sprawie tak się uśmiecha. Do kogo tak się uśmiecha? Dlaczego latami całymi uśmiecha się tak samo, jak na początku znajomości? To trochę uzasadnione zdziwienie, bo przecież w Polsce uśmiech na twarzy jest raczej adresowany do konkretnych osób, pojawia się w określonych kontekstach, oznacza wyróżnienie kogoś z tłumu. Taki panuje kod. Jeśli osoba wyróżniona tym uśmiechem widzi, że inni otrzymują dokładnie taki sam sygnał, to czuje się zbita z tropu. Podobnie, gdy temperatura tego uśmiechu w toku znajomości się nie zmienia. Pamiętam, jakim szokiem było dla mnie, dziewczęcia wówczas dwudziestoletniego, że w Paryżu mężczyzna, któremu kobieta wpadnie w oko, uśmiecha się, mówi dzień dobry, bez czajenia się, bardzo naturalnie powie jakiś komplement. Polka wypuszczona w świat w demoludu myśli od razu, że to wstęp do napastowania
Przyznam, że przywyknąć do nowego kodu było bardzo łatwo, gorzej było wrócić do Polski i tutejszego body language.
Nagrałam krótki filmik, jak biegamy z Zosią w lesie. Zwykła scenka z życia, żadnych fajerwerków. Codzienność. Po kilku dniach kolega, który ma dzieci w wieku zbliżonym do Zosiowego, pyta mnie, jak mała, czy mam jakieś zdjęcia, bo ciekaw itd. Zdjęć nie miałam, ale miałam film, więc pokazałam. I co przykuło jego uwagę? Że Wersal uprawiamy
Polskie powiedzonko: śmieje się jak głupi do sera


U licha, ja w ogóle bardzo lubię się uśmiechać i pewnie wiele osób albo ma mnie za kogo gópiego, albo się zastanawia, komu i po co się w danej chwili podlizuję…
No właśnie, w Paryżu, kiedy wpadnie w oko, w Londynie też ludzie w ogóle uśmiechają się do siebie bez powodu, dlaczego nie umilać sobie wzajem życia, jeśli można? Nigdy tego nie zrozumiem
W Polsce kiedy obcy ludzie na ulicy otwierają do siebie usta, to tylko po to, żeby na siebie warknąć. Każdy dłuższy pobyt za granicą, na tyle długi, by się do tamtejszych warunków jakoś sformatować, powoduje u mnie stan przygnębienia po powrocie do Polski. Jakby mi jakiś ciężar spoczął na barkach. Odczuwam to wręcz fizycznie.
Tak, zycie posrod ludzi uprzejmych, bezinteresownie zyczliwych i usmiechnietych jest o wiele przyjemniejsze. Bardzo lubie takie przypadkowe spotkania przypadkowych ludzi na ulicy w miescie i okolicy wlasnie za to. Bardzo to podnosi ogolny komfort zycia.
Jakis gosc z Polski kiedys mi powiedzial, ze to usmiechanie przez ludzi ze uslug w Kanadzie musi byc takie dla nich ponizajace! Zebysz tylko gopie!
Zebyz? Zebysz?
Jak gópie, to żebysz
rysbin, re: str.212. Wzruszyło mnie, że są jeszcze ludzie traktujący samonauczanie jako codzienny i automatyczny odruch, bez ociągania, z ochotą i entuzjazmem.
rysberlin, następnym razem oddam erl z procentem.
@vesper: mamy to samo. Od lat słyszymy o cudowności naszych chłopców (dziś olbrzymków) a chodzi po prostu o to, że nigdy nie wyli przy zastrzyku jakby odrywano im kończyny a w restauracjach siedzieli przy stole zamiast badać co leży pod innymi stołami. Oczywiście sposób zwracania się do innych przejęli od nas, a my to mamy nie z błękitu krwi a z potrzeby wytrzymywania swoich własnych przyciężkich charakterków od tylu już lat. To jasne, że czasami ma się ochotę dokładnie i starannie udusić ukochaną osobę, ale jeśli wyraża się swe myśli także w mowie, to do czynu niedaleko i potem dzieci są półsierotki i kłopoty wychowawcze są poważniejsze. Więc pewna kindersztuba to kwestia samoobrony, bo nie jest zagwarantowane, że to ja bym był stroną duszącą.
Uff, nowy tygrys wreszcie w klatce. Trochę jest kłopotliwy, bo np. do nowej grafiki trzeba się przyzwyczaić i do tego, że różne rzeczy leżą w innym miejscu, a automatyczny pilot ciągle rękę w stare miejsca kieruje, ale trudno, zawsze jest coś za coś.
Najbardziej irytujące jest to, że ma włączony program ortograficzny i to w dodatku niemiecki, czyli po polsku podkreśla praktycznie wszystko, a na razie nie wiem jak toto wyłączyć. Ale z tym się będę biedził już jutro, bo dziś tak się zmęczyłem zaganianiem tego zwierza do klatki, że chyba pójdę spać.
Dobranoc.
zimno,brrrrrrrrr
brykam
brykam w piatek
moj tez mnie podkresla(szlaczkuje?)czerwono
mozna wylaczyc?calkowicie czy tylko wtedy kiedy chce?
Moniko,slodkie czekoladowe buleczki otwieraja u mnie
szufladke “mikolajek” i tak to juz chyba zostanie
andsol,czekam,czekam
w berlinie troche wiecej usmiechu
chyba ze czekasz na “gopi” S-Bahn
usmiech jest konwencja spoleczna i tak samo jak kontakt
wzrokowy moze byc zle zrozumiany,to samo dotyczy
podawania reki.
wazne zeby o tym pamietac jak mieszka sie (lub bywa) w
srodowiskach multikulturowych
Biało i ślisko. Rzuciło się na nas drzewo. Młody prowadził, wolno, ale dziurawe pobocze nim miotnęło. Wybrnął przytomnie, chociaż o włos. Pouczony, pochwalony, dowiózł nas bezpiecznie do celu
Dzień dobry
Biało? Biało to było. A, jak wiadomo, co było a nie jest… itd.
Haneczko, uff! Ale pouczyć trzeba było nie młodego, tylko to cholerne drzewo, żeby się nie mieszało w Wasze wewnętrzne sprawy!
Rysiu, wyłączenie programu ortograficznego okazało się dziecinnie proste, aczkolwiek dopiero po dużej kawie.
Prawdpopodobnie masz kompa też “po niemiecku”, więc zapodaję na co trzeba klikać w tymże języku: otwierasz przeglądarkę - idziesz na samej górze, na listwie pod “Bearbeiten”, klikasz - pokazuje Ci się lista, z której wybierasz “Rechtschreibung” - po najechaniu na to pokazuje Ci się “Während der Texteingabe prüfen”, a przed tym jest ptaszek - klikasz na to, a kiedy ptaszek zniknie, to znaczy, że już podkreślało nie będzie.
Na życzenie służę również instrukcją, jak w kilku ruchach zrobić sobie polskie litery.
dziekuje Bobiku
jak bede w domu to poklikuje
co do polskich liter to pomysle,tak lubie te bez ogonkow
Oj, biało, biało

Ale przynajmniej psie kupy przykryło
taaa, ryś z ogonkami wyglądałby nieco osobliwie
co Wy w Warszawie z tymi kupami? Gdzie nie spojrzeć, to wszyscy tylko o kupach. Jakoś inni nie narzekają. Znów cały naród zakupia swoją stolicę?
Ja miałbym się cieszyć z tego, że przykrywa psie wydzieliny? To jest dla mnie utrudnienie dostępu do prasy i korespondencji! Iluż ważnych wiadomości nie mogę przez taki śnieg odczytać!

No dobra, ładniej, ale niedoinformowaniej.
Jak kupy przykryło to nic, flagi wystają i informują…
Kupy to jakiś koszmar! Jak Zosia była maleńka, to przed snem patrzyłyśmy przez okno, mówiąc dobranoc Księżycowi, latarniom, roślinom, domom. Ręce mi opadły, kiedy Zosia od siebie dodała, patrząc na trawnik “dobranoc, kupy”. Chyba z 18 miesięcy wtedy miała.
Dziecięca spostrzegawczość nie ma sobie równych
My tez Bratem od wczesnego kociectwa budzilismy powszechny zachwyt jacy jestesmny dorze wychowani i usmiechnieci. Niektorzy dostawali na nasz wiodok malpiego rozumu i rzucali sie z pocalunkami.
Stara opowiedzila mi rano, co jej sie snilo: przyjecha;la po nia policja, spisala protokol, zakula w kajdanki i kazala poobcinac roze, bo jest spozniona o caly miesiac, hehe
Sen był rewelacyjny
Rany boskie, po mnie też mogą wkrótce przyjechać!

Ciekawe, czy będą pamiętali, że potrzebne są dwie pary kajdanek - na przednie i tylne łapy.
Do mnie przyjadą, i to w dużych ilościach. Kliknijcie na program 12.03. 17:15 http://www.zjazd.eu/zjazd/8zjazd.html
Odszczekiwał się
zachowywał źle
ustawił się częścią tylną
wydzielił substancję gnilną
i nie wiedzieć dokąd gna
- no to trzeba zwinąć psa…
Mojej mamie się przypomniała pewna historia z kajdankami. Siedziała sobie kiedyś w swoim biurze w domu azylanckim i tak się akurat złożyło, że się do niej na kawę wesołe towarzystwo złazło - dozorca, pielęgniarka, ktoś z Sozialamtu, a potem się jeszcze gliniarz do spraw azylowych napatoczył, gość sympatyczny i zabawowy. Zaczęły się jakieś śmichy-chichy i ktoś dla hecy zaproponował, żeby gliniarz moją mamę zakuł w kajdanki, co ten niewiele myśląc wykonał. No, dobra, pośmiali się, powygłupiali i w końcu mama poprosiła o zdjęcie kajdanek. Gliniarz włożył kluczyk, poruszył nim i mina mu zrzedła. Kluczyk się niby obraca, ale kajdanki się nie otwierają. Jeszcze jedna próba, i jeszcze jedna - nic. Mama dalej siedzi w bransoletkach.
Zostawić mamę na kilka tygodni bez jedzenia i zaczekać, aż jej ręce tak schudną, że przez otwory przejdą? Hmm…
Co teraz robić? Iść do ślusarza oznacza wyprowadzić mamę w kajdankach na oczach wszystkich jej klientów. Wezwać kolegów gliniarza, żeby spróbowali otworzyć? No, można sobie zaraz wyobrazić ich komentarze, z okazji jakich to zabaw mama została zakuta.
Na szczęście jedna z koleżanek wykazała się iście złodziejską zręcznością i po jakichś 40 minutach udało jej się mamę uwolnić przy pomocy cierpliwego gmerania w zamku spinaczem.
Ja zamki otwieram pazurmi, bez problemu. Najpierw dlugo patrze, obmyslajac strategie, ale kiedy juz w myslach rozpracuje, to odbezpieczanie zamkow idzie mi jak z platka.
Rozpracowalem tak kilka zamykanych na noc klapek w drzwiach wyjsciowych.
. Az kupili elektroniczna, bo zwyczajne mechaniczne trzeba bylo nieustannie wymieniac. Z elektroniczna poszlo mi troche gorzej, acz zdolalem bardzo szybko powyrywac jej taka izolacyjna tasme ze szczecinka. Teraz nawet jak nie moge otworzyc klapki, to przynajmniej czyste powietrze z podworka przez nia hula.
Haneczko, zerknąłem na tę stronę podtrzymywaczy rodziny i tolerancyjnie pomyślałem sobie - a niech zjeżdżają!
To to jest klapka elektroniczna?
http://picasaweb.google.pl/PaniDorotecka/KewIOkolice#5331008311545423698
Ta sama, Kierowniczko, ta sama! Przeze mnie rozpracowana naukowo. Tasma ze szczecinka oczywiscie od srodka.
Aby do elektronicznej wejsc, nalezy miec obrozke ze specjalnym magnetycznym dzyndzelkiem.
No i artystą trzeba być bezwzględnie.

Ciekawe, czy psy też się do takiej bramki mieszczą? Bo Moi stale narzekają, że wciąż mi trzeba drzwi w te i wewte otwierać.
Swoją drogą, tych pięknych, odrestaurowanych drzwi chyba by było szkoda na wyrzynanie w nich dziur.
Szkoda drzwi dla Psa?
Chyba w Niemczech to nos jest specjalnie dla tabkiery?
Dla psow tez robi sie klapki - odpowiednie do wzrostu.
Dla Psa sprobowalbym zwyklej mechanicznej.
Mozna tez zrobic klapke w drzwich od kuchni. W szklanych drzwiach tez mozna wstawic - nalezy sprwdzic przy kupowniu czy sie nadaje.
Któryż to już raz przekonuję się, że wszystko jest relatywne? Wystarczy sobie przeczytać coś takiego, żeby Polska wydała się wzorem tolerancji, oświecenia i liberalizmu obyczajowego:
http://wyborcza.pl/1,75477,7626679,Afryka_zabija_gejow.html
Bobiku, oni to nic, Majestat zaszczyci
Uświadomiłem sobie,, Mordko, że problem klapki wkrótce sam się rozwiąże, bo od 20 stopni na zewnątrz drzwi i tak cały czas stoją otworem.
Ale to chytre z tą klapką i dzyndzelkiem. Obce kocisko się nie prześliźnie
To klapka ma też czytnik linii papilarnych, czy też ich kociego odpowiednika?
Kraków się ubogaci http://wiadomosci.onet.pl/2137417,11,zaskakujacy_sojusz_polaczy_ich_l_kaczynski,item.html
Och, nie mówcie mi o Krakowie w kontekście politycznym, bo to zmusza moje gruczoły łzowe do pracy ponad siły.
Czytnika nie ma, ale tez nie jest potrzebny jak sie nosi ten lekki dzyndzelek na szyi. Elektroniczne ustrojstwo miesci sie w pokretle po wewntrznej stronie klapki - na mala wymienna bateryjke. Pokretlo reguluje rozne kombinacje: wysjc o dowolnej porze, wyjsc ale nie wejsc, wejsc ale nie wyjsc, nie wyjsc i nie wejsc.
Z klapka mechaniczna i niechcianymi goscmi zdarzaly sie klopoty. Bo taki gosc natychmiast zasuwa do naszych misek i wyjada i wypija. Gdyby chcial tylko wejsc, rozejrzec sie, ew, zrobic kupe za firanka lub ja obszczac, to jeszcze pol biedy. Ale goscie, jak Blakie z sasiedztwa, z miejsca hyc do miski!
Vesper, ta klapka na pewno nie tylko linie papilarne odczyta, ale i obiad ugotuje, naczynia pozmywa, skarpetki przepierze, a na dobranoc jeszcze kołysankę zaśpiewa.
Nie wiem tylko, czy po wino potrafi skoczyć.
Wiecie co, może nie doceniam znaczenia symboli i w ogóle przyziemna i prozaiczna jestem do bólu, ale wydaje mi się, że miasta w Polsce mają wiele innych palących problemów, stokroć bardziej wartych, by się nimi zająć. Dziury w jezdniach chociażby. Brak miejsc w przedszkolach. Brak tras rowerowych. O szkołach i szpitalach finansowanych z budżetu gmin już nie wspominam. A ci się wolą kłócić, kogo uczynić honorowym obywatelem. Rynce opadajom.
i to jest niewybaczalna wada,Bobiku-wino i dlugo nic wtedy
inne wlasciwosci
“Ilosc radnych w klubie Prawa i Sprawiedliwosci” - po polszczyznie ich poznacie. Szczegolny dialekt zoliborski, z dolow spolecznych.
Vesper, akurat niedawno zdarzyło mi się wspomnieć “Dymiący piecyk”. To zamiast komentować Twój komentarz z 14.37 ja tylko zlinkuję ten Piecyk i będzie jasne, jak wiekowy jest ten problem.
Wiekowy, ale trzyma się mocno.
http://galczynski.kulturalna.com/a-6655.html
No, ktos musi te roze poprzycinac.
Albo obszczac.
Nasze mają klapkę ze wszystkim co powyżej, łącznie z winem. Klapka nazywa się Personel Wieloosobowy i działa bez zarzutu i bez baterii
Piecyk jest nieśmiertelny
Oto jeden z problemów, już zresztą wzmiankowany, którymi miasta mogłyby się nieco gorliwiej zająć.
http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35612,7628151,Kampania_z_dzieckiem_umorusanym_psia_kupa.html
Rzeczywiście szlag trafia, szczególnie, gdy jest się rodzicem małego dziecka. Bo dziecko pod nogi nie patrzy, a rodzic ma potem dużo prania. I to wcale nie jest śmieszne
No, ale zakaz wprowadzania psów do centrum też nie jest śmieszny.
A co mają zrobić posiadający psy mieszkańcy centrum? 


Psie kupy to jest akurat taki problem, na który kampanie uświadamiająco-zawstydzająco-ośmieszające mogą coś pomóc. Bo większości ludzi prawdopodobnie w ogóle nie wpada do głów, że kupę trzeba sprzątnąć. Nie ma takiego zwyczaju, nie ma społecznej presji, więc jest to odbierane jako cudaczny wymysł administracji. Ale gdyby się tak w jakimś serialu ktoś raz, drugi, trzeci, wyraził o niesprzątającym “a to kawał chama!”, to pewnie by w głowach coś kliknęło.
Ale przez niekulturnych ludzi psom gdzieś wstępu zakazywać? A fe!
Mysle, ze moze lepiej po prostu pokazywac, ze teraz modnie jest sprzatac po wlasnym psie. A z plakatami dobry pomysl.
A tu dalszy ciag - wczoraj anty-gejowski senator stanowy, dzisiaj najblizsze otoczenie Benedykta…
http://www.irishtimes.com/newspaper/world/2010/0304/1224265559432.html
Koniec świata. Już nawet dżentelmenów się czepiają…
Raczej Dzentelmeni Papiescy poszukuja kontaku…
A moze moznaby polecic na ppieskiego dzentelmena redaktora Terlika?

Roze poscinane. Teraz najgorsza robota - umycie okien ( u nas i u E.) na zewnatrz, bo pozniej przez reszte roku nie sposob sie do nich dostac i popakowanie tych klujacych scinkow w zgrabne paczuszki, aby wladze dzielnicowe mogly je wywiezc na kompost.
Ociekam krwia, choc uzywalem rekawic.
Ale poczucie CNOTY!
Mordko, posmaruj poranione lapy aloesem albo mascia z nagietka, to szybciej sie zagoja. No, chyba, ze lubisz tak krwawic, bo to dzisiaj nigdy nic nie wiadomo…
W medialnej dyskusji o Kapuścińskim przestałem w pewnym momencie zwracać uwagę na zwykłe za i przeciwy, bo za duży już był tego zalew, ale dziś wpadł mi w oko głos, który mi gdzieś głębiej, pod podszewkę trafił. I podejrzewam, że z tej całej dyskusji na lepiej właśnie tę wypowiedź Stasiuka zapamiętam.
http://wyborcza.pl/kapuscinski/1,104743,7615303,Kapuscinski_non_fiction__Stasiuk__A_jesliby_nawet.html
A druga wypowiedź też ciekawa, chociaż w inny sposób, jest na blogu Wojciecha Orlińskiego. Próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego w książkach Kapuścińskiego praktycznie nie ma kobiet. Nawet jeśli wniosek końcowy nie jest prawdziwy, to w każdym razie tok rozumowania bardzo interesujący.
Ostrzegam tylko, że czytanie blogu WO jest katorgą dla oczu. Nie rozumiem, jak można katować czytelników taką formułą graficzną.
http://wo.blox.pl/2010/03/Kapuscinski-o-Domoslawskim.html
Ja zwykle podświetlam blog Wojtka, bo inaczej w ogóle nie byłabym w stanie go czytać. Przy podświetleniu są niebieskie literki na białym tle, to chyba trochę lepiej
rysberlin niecierpliwi się: czekam,czekam. A co, str.18 już nudzi?
Nieoszczędny pies Bobik domaga się: potrzebne są dwie pary kajdanek - na przednie i tylne łapy Iiii tam. Skuć lewą stronę to prawa ani drgnie. Nie tratuj tego uczuciowo, bo chciałem być politycznie poprawny. Gdybym to ja naprawdę skuwał, zacząłbym od prawej.
Ciekawe pytnia zadaje Orlinski. Unikalam go dotad jak ognia, bo nie moge czytac takiego druku, ale podpowiesz PK by podswietlac, ten problem rozwiazala. Dzieki.
W sprawie Czworonogów Niecywilizowanych: bym billboardy (outdoorami w Brazylii nazywane) wynajął i robił wystawę portretów Największych Obesrańców z klasyfikacją tygodniową od 1 do 10 miejsca. Może właściciele by postanowili ulubieńcom wstydu zaoszczędzić. Konie dostają nagrodę hors concours.
A dlaczego portrety czworonogów, a nie właścicieli?
W końcu nikt chyba nie może wymagać od czworonoga, żeby sam po sobie posprzątał? 
A ja znow jestem chora po przeczytaniu, ze oto kolejne dziecko zostaje sadownie rodzicom odebrane, bo sa za biedni, niepelnosprawni czy maja depresje:
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,7630932,Poznan__Stracili_synka__bo_nie_maja_wlasnego_mieszkania.html
Jest to prawdziwa polska hanba, nie wiem czy nie najwieksza w tej chwili. Jest to cofniecie sie o dwiescie kilkadziest lat do czasow kiedy cesarzowa Maira Teresa Austriaczka kazala odbierac dzieci cygnskim rodzinom i dawac je na wychowanie bialym. A nawet oczko gorzej bo wiekszosc polskich dzieci odbieranych rodzicom laduje w jednym z tych koszmarnych przytulkow, o ktorych tu kiedys opowiadalam.
Slyszalam wczoraj w radiu, ze Solidarnosc oczekuje od rzadu 30 milionow zlotych na zorganizowanie swojej roznicicy - “bardziej okazale niz bylo kiedykolwiek w przeszlosci”. I zapewne te pieniadze sie znajda. Niechaj mi nikt nie mowi, ze “Polska jest krajem na dorobku”. POlska jest zamoznym krajem, ktore stac na organiozowanie Euro 2012, rozkosznych obchodow licznych rocznic, nowe swieta zolnierzy “wykletych”, wycieczki “dla wszystkich uczniow do Katynia” (jak postuluje to w tej chwili ombudsman od praw czlowieka ) tylko nie stac na przestrzeganie podstawowych praw czlowieka, czy na sluzby socjalne, ktore moglyby doradzac rodzinie w potrzebie.
Co mozna zrobic? W jaki sposob mozna powstrzymac tych oblakanych sedziow przed kryminalna dzilanoscia wzgledem dzieci? Jestem rozbita.
@Bobik: bo właściciel za własną mordę poda do sądu.
W wypowiedzi Andrzeja Stasiuka ostatni paragraf zabójczy.
Oszczędne i politycznie poprawne skuwanie skuwanie psów: lewa przednia z prawą tylną i też nie ucieknie przed sprawiedliwością
skuwanie raz
Nie wiem skad ta potrzeba usprawiedliwiania Kapuscinskiego i czemu autor tak pisal jak pisal. Moze tak pisal, bo bylo trudniej go sprawdzic; moze pisalby inaczej, gdyby internet byl wczesniej i tlumaczenie na angielski ukazalo sie wczesniej. Zobaczymy jak sie go bedzie czytac w przyszlosci. Na pewno nie tak samo. Jak go beda czytac ci co od poczatku beda wiedziec to czego my dowiedzielismy sie po uprzednim przeczytaniu wszystkiego jako najprawdziwszej prawdy? Naprawde nie jest wam troche gorzko z tego powodu?
Ja po przeczytaniu artykylu Johna Ryle’a kilka lat temu czulam sie naprawde lyso. Mam kilka ksiazek K., ale jakos nie mam ochoty po nie siegac…
A przeciez mi zal, ze nad naszym zwyciestwem niejednym goruja cokoly na ktorych nie stoi juz nikt.
Ja już tu parę razy powiedziałam, że książki Kapuścińskiego zawsze traktowałam jako literaturę. Wielokrotnie spotykałam się z dylematem, czy reporter ma prawo do przetwarzania swoich doświadczeń i wiem, że wiele jest takich przypadków, że musi - dla osiągnięcia efektu. Pytanie, na ile można przeinaczać rzeczywistość. W reportażu pretendującego do oddania jakichś realiów dopuszczam coś takiego, jeśli chodzi np. o kontaminację doświadczeń rozrzuconych w czasie do jednego dnia dla zwiększenia efektu dramatycznego. Wymowa jest ta sama, a że odbyło się trochę inaczej, nie szkodzi. To należy do warsztatu.
Jeśli jednak rzecz zbyt daleko odbiega od realu, to wtedy jest realizm magiczny, że użyję terminu Marqueza. “Cesarz” to realizm magiczny.
Jeszcze jedno. Prawdy i tak jednej nie ma. Kto pisze reportaż, także w jakimś stopniu pisze o sobie, czasem nawet w większym niż na dany temat. Co tu dużo gadać, piszący człowiek zawsze pisze o sobie, no, chyba że chodzi o pracę naukową.
Widzę, że blogosfera jest pełna specjalistów od skuwania psów.
Chyba czas się zacząć bać.
Jak chodzi o pisarstwo RK, to bardzo podobne mam zdanie do PK, więc już go powtarzać nie będę.
No, nieeeee…. Cesarz to nie jest realizm magiczny…
Stasiuk ciekawie pisze o pisarzu i prawie do konfabulacji, a Orlinski nareszcie powiedzial to, co mnie uderzalo od samego poczatku - strasznie mnie uwieralo to ciagle mowienie o relacji Mistrz-uczen, i ciesze sie, ze w Polsce nie wszyscy chca sie w ten jednak nieco przebrzmialy model wpisywac. To jest model, dare I say, kulturowo bardziej katolicki niz protestancki, bo jakos przenoszacy na sztuke posredniczenie w kontakcie z tym i tamtym swiatem. Rozmiem i doceniam, ale mnie samej jest blizsza prostestancka self-reliance, co nie znaczy, ze nie mozna sie uczyc od starszych - ale jednak - kolegow. Poza tym, mysle, Kroliku (zgadzajac sie z Toba - mysle, ze tu gra jakas role to, ze obie znamy polnocno-amerykanskie przypadki, w ktorych przylapany na konfabulacji autor “prawdziwych memuarow” jednak musial sie wycofac ze slowa “prawdziwy”), ze w Polsce dopiero sie o tych sprawach zaczyna mowic. Pisarz klamie, to wiemy od dawna (mozna siegac setki lat wstecz do roznych “obron poezji i poezjowania”), ale jesli to jest dziennikarz, to w dzisiejszych czasach czytelnik ceni, by mu jakos dac do zrozumienia, z ktorym rodzajem tekstu ma do czynienia. Moze to juz sa po prostu czasy “empowered readers”? No i dobrze.
A dlaczego nie można do “Cesarza”, choćby z badawczej ciekawości
przyłożyć pojęcia realizmu magicznego? Jak twierdził Márquez, jego “najważniejszy problem polegał na zniszczeniu linii demarkacyjnej, która oddziela to co wydaje się być realne od tego co fantastyczne”. W gruncie rzeczy ta linia w “Cesarzu” dość dokładnie została zatarta - wszystko to mogłoby być absolutnie prawdziwe, ale równie dobrze całkowicie fantastyczne. I ja nigdy nie miałem większej potrzeby tej linii demarkacyjnej szukać.
Poza tym nie należy realizmu magicznego utożsamiać z jego odmianą latynoamerykańską. To jest wiele pojemniejsze pojęcie. I bardzo różnych pisarzy się do tego nurtu zalicza.
Mozna przylozyc to pojecie Bobiku, ale nie poniewczasie, kiedy juz zostalo wczesniej podane jako rzetelny reportaz widziany tymi oczami i napisany tymi recami na goraco as it happens.
wracając do skupiającego powszechną uwagę tematu i częściowego choć odkupienia przez uświadamianie, mignęła mi niedawno w tivi scenka jak ksiądz komuś uświadamiał, że z wywożenia śmieci do lasu trzeba się spowiadać bo grzech. może po bandzie nico, ale dostosowane do targetu i może choć częściowo skuteczne. tylko czy to reklama społeczna była, czy jakiś serial, pojęcia nie mam.
Reklama społeczna jednak
Ostatnio zwierzyłam się mężowi ze smutnej refleksji, że niedzielna frekwencja nie przekłada się na troskę o porządek w obejściu i że może by zasugerować odpowiednim czynnikom małą mowę z kazalnicy na temat sprzątania po sobie. Czyli myślenie też mi gdzieś po bandzie meandruje
w tej calej” debacie narodowej” o Kapuscinskim okazalo sie,
ze byl dla wielu bardzo waznym reporterem lub pisarzem.
uzywam slowa byl swiadomie bowiem czar jego tworczosci
prysl.”Chrystus z karabinem……”czytalem ponad 30lat temu i
w tamtych czysach i mojej idealistycznej wizji swiata zle dobre
bylem zachwycony.przy dretwych gadkach w TV lub podobnych
bzdurach w prasie reportaze Kapuscinskiego byla zywe i przepelnione egzotycznym zyciem oraz co bylo dla mnie wazne
“lewicowe” i bohaterskie.ja jemu wierzylem ze to co pisze to prawda-bylem mlody i glupi.czytalem tez “Cesarz” i od razu wiedzialem ,to jest porzadna literatura,fikcja.(realizm magiczny wole zostawic pisarza iberoamerykanskim-Màrquez,Borgez,
Cortàzar)
dla mojego pokolenia 50+ byl waznym autorem,dla dzisiejszego,mysle juz nie.
podobnie jak Krolik po Kapuscinskiego juz siegac nie bede.inne czasy inni bohaterowie
andsol,oczywiscie ze niecierpliwy,dlatego zamiast chodzic
brykam
p.s. jestem juz przy 36 stronie
Chwala Bogu ze dzis piatek,
chyba polece po chablis, bo dzis ryba…
na koniec tygodnia dalej o seksualnym molestowaniu w
niemieckim kosciele katolickim
http://www.faz.net/s/Rub594835B672714A1DB1A121534F010EE1/Doc~EF3FE849B284F4685BB5FE31CA0A860A5~ATpl~Ecommon~Scontent.html
USA.Irlandia,tu,tam,teraz Niemcy,a Polsce? swieci?czy slepi i
glusi,ciagle zamiatanie pod dywan?
milego week-endu
Króliku, moim zdaniem krytyka literacka może swoje pojęcia do książek przykładać bez ograniczeń czasowych.
Kombinować, kłócić się, zmieniać zdanie… I to, że po jakimś czasie pewne książki zaliczano do innego nurtu czy gatunku, niż na początku, to się już zdarzało.
Również to, że ktoś określa swoją książkę jako reportaż nie jest jeszcze koniecznie zeznaniem typu “każdziutkie słowo jest tu świętą prawdą i wszystko zdarzyło się co do grosza tak, jak opisane”. Reportaż literacki dopuszcza od tego odstępstwa.
Natomiast jak chodzi o ocenę autora jako człowieka oczywiście może mieć znaczenie to, czy zaklinał się, że pisał czystą prawdę, a potem wylazło szydło z worka. Ale czy to wpływa na wartość dzieła od strony literackiej? Dla mnie nie. Dobra książka, która mi coś mówi o świecie, o ludziach, o mechanizmach społecznych i historycznych, dalej zostaje dobrą książką, chociaż być może trzeba ją w pewnym momencie zaliczyć do innego gatunku.
A chablis to wcale nie jest zły pomysł. Ale może już pod nowym wpisem je wypić?
Hmmm, może książka nawet zyskuje … Dobrze opisać coś, co się widziało to jedna rzecz. Trzeba być dobrym rzemieślnikiem. Ale dobrze opisać coś, czego się nie widziało, żeby wyszło tak, jakby się widziało, to już trzeba być artystą
Bobiku, widze ze dzisiaj zostaniemy kazde przy swoim.
Mozna zrobic waze w stylu epoki Ming piekniejsza niz wazy z epoki Ming, jezeli artysta jest utalentowany. Ale to wciaz nie jest waza z epoki Ming. I jesli sie wyda, ze nie jest z epoki Ming, jej wartosc mimo urody spadnie. Mozna o niej bedize czytac w przyczynkach o pieknych podrobkach.
Widze, ze dzisiaj jade z rysiem jednym S-bahnem…
Ale rysberlin mawia, że S-Bahn jest głupi
Króliku, nie widzę niczego złego w tym, że pozostaniemy przy różnych zdaniach.
Ale porównania z wazą “nie kupuję”, bo wartość przedmiotu materialnego jest ciężko porównywalna z niematerialną zawartością książki. Jeszcze lepiej to widać na przykładzie różnych wydań tej samej książki. Te książki jako przedmioty mogą mieć zupełnie inną wartość finansową, ale ich wartość literacka jest identyczna.
Niemniej jednak najważniejsze, żeby nam chablis smakowało.
Bobiku, cenie twoja wspanialomyslnosc.
Powiem wam, ze wlasnie wrocilam z pracy. Dzisiaj udalo mi sie zajrzec do Koszyczka nie baczac na mlyn dookola… A teraz juz weekend.
Niestety nie wstapilam po Chablis. I jak tu teraz jesc te rybe?
Czemu Helena jest taka cicha. Czy jest OK?