Z dziejów Zamurza

czw, 12 Sierpień 2010, 19:48

Ciemność w Krainie Zamurskiej nie zapadała nagle i niespodziewanie, raczej była stanem permanentnym, toteż jej mieszkańcy nie mieli powodów, żeby próbować zdążyć z czymkolwiek przed zapadnięciem zmierzchu. Zresztą teraz, w roku pańskim 2030, już tylko kraje z kręgu cywilizacji śmierci produkowały, uprawiały, handlowały, obracały pieniądzem i obrabiały skrawaniem. W Krainie Zamurskiej żyło się z bożej łaski, co pozwalało spędzać czas na modlitwie i poście całkowitym. Zakazane były konta, komputery, piwo, samoloty, oraz inne sprowadzacze nieszczęść. Nic tedy nie mogło zmusić zadowolonych klientów bożej łaski do produktywnego kiwnięcia palcem. Było cicho i spokojnie.
Zamurze było kiedyś Przedmurzem i posiadało pełny zestaw cywilizacyjnych gadżetów, włącznie z demokratycznie wybranymi władzami. Aliści po sławetnych zamieszkach w 2010 roku, nazwanych potem Zawrotem Pałacowym, kiedy to wzburzony lud rozwalił krzyżami nienawistną demokrację i wymusił na opierającej się większości wprowadzenie państwa uznaniowego, nareszcie zasługującego na pełne uznanie Władcy, kraj zmienił nazwę i nie tylko.
Jak za dotknięciem magicznej różdżki zniknęły z życia społecznego wszelkie patologie i dewiacje, jak to herezje, ateizmy, liberalizmy, grzesznictwo, niedowiarstwo, semityzm oraz nieposłuszeństwo Władcy. Homoseksualiści i księża-pedofile nawet nie musieli znikać, bo, jak się okazało, nigdy ich nie było. Fakt, oporna większość jeszcze przez jakiś czas próbowała rzucać kłody pod rozmodlone kolana, ale po tzw. akcji PPU (Pośpiesznego Powszechnego Ukrzyżowania) znikła i ona. Gdzieś podziała się również garstka elementów niepewnych, tzw. piłatów poncyljuszów. Już wkrótce Zamurze przeszło do gorączkowego etapu PS (Powszechnej Szczęśliwości), który charakteryzował się pokornym wypełnianiem woli bożej objawianej ustami Władcy i odizolowaniem się szczelnym murem od wszystkich innych krajów, mogących zainfekować powstający właśnie ideał państwowości swoimi trującymi miazmatami.
Godłem Krainy Zamurskiej został, rzecz jasna, krzyż, a patronem Świątek Wawelski, sławiony w licznych pieśniach i legendach. Wszelkie świeckie, na przykład patriotyczne symbole, używane jeszcze w okresie przejściowym, okazały się niepotrzebne i uległy stopniowemu wycofaniu. Symbolika uległa zresztą znacznej redukcji, bo nie było żadnych obcych, od których trzeba by się było odróżniać i odcinać. Zmiany na lepsze nastąpiły też w gospodarce. Wskutej nieprzerwanego poszczenia, tudzież zlikwidowania potrzeb konsumpcyjnych, zagrażające stabilności kraju pojęcia pracy i płacy przeszły do niechlubnej historii, a pytania co ja mam włożyć do garnka? skończyły się jak bożem uciął. Nikomu nie przeszkadzały braki transportowe, bo i tak nikt nie miał ochoty wstawać z klęczek. Nie miał kto kłócić się o wolność mediów, skoro kazania z nawiązką zaspokajały wszelkie potrzeby informacyjne i duchowe. Zamurzanie porzucili swoje przysłowiowe skłonności do narzekactwa i zaczęli wreszcie błogosławić życie, które tak cudownie się uprościło. Nigdy, przenigdy nie zapominając w swych błogosławieństwach, czyją to było zasługą.
Sędziwy już Władca krainy miał wszelkie powody do satysfakcji. Ileż to razy prorokowano mu upadek, próbowano wykolegować, zarzucano chorobę psychiczną, ba, organizowano nawet zamachy, z których uchodził cało tylko dzięki posiadaniu doskonałego sobowtóra, gotowego oddać życie za jego idee. A jednak okazało się, że to on miał rację. Tylko on był w stanie poprowadzić Przedmurze w stronę Zamurza, zapewnić ludności godne i szczęśliwe życie, a przede wszystkim skutecznie usunąć z drogi tych, którzy chcieli mu przeszkodzić. A było ich wielu, nie wyłączając, niestety, najbardziej zaufanych.
I kiedy w to mroczne, niedzielne (wszystkie dni w Zamurzu były niedzielami) popołudnie Władca przechadzał się po pustych korytarzach Pałacu (jako że był jedyną w państwie osobą niepoddaną wymodlonemu przez lud obowiązkowi życia na kolanach), z piersi jego wydobyło się westchnienie ulgi i zachwytu.
- A mogło być inaczej. – szepnął do również wiekowego, patrzącego nań pełnymi oddania ślepiami kota. – Wiesz, Alik, mogło być całkiem inaczej…