CSI Mniamniami

Muszka jęknęła. Rudy był trzymany na niej już drugą dobę i powoli zaczynało jej się to wydawać przesadą. O rozwinięciu skrzydeł nie było mowy, o pobzykaniu nawet nie dało się pomarzyć… A przecież w oryginalnym scenariuszu, o ile dobrze pamiętała, Rudy miał być na niej zaledwie przez marnych parę minut.
- Zróbcie coś, chłopaki – poprosiła nieśmiało dżentelmenów z gangu narkotykowego, którzy wydawali się mieć niejaki wpływ na rozwój wydarzeń. – Wszystkie kończyny mnię ścierpli.
Szef grupy, wściekle przystojny latino o egzotycznym imieniu Stasiek, skinął ze zrozumieniem głową.
- Zbieraj się! – rzucił do Rudego. – Damie niewygodnie. Trzeba cię przetransportować w jakieś inne miejsce.
Dwóch członków gangu złapało Rudego pod ramiona i pociągnęło w kierunku wyjścia. Rudy wyswobodził się z ich uścisku jednym, wyćwiczonym przez wiele odcinków gestem, wyszarpnął z kieszonki ślubnego ancugu słoneczne okulary i z wprawą włożył je na nos. Potem wolno odwrócił twarz w stronę prześladowców.
- Proszę bardzo, panowie – wycedził przez zęby. – Teraz jestem gotów.
- Miau! – skomentował z uznaniem siedzący w sektorze dla publiczności Kot i aż się oblizał z uznaniem na myśl o dalszym ciągu.

Natalia Boa Vista, najbardziej kompetentny analityk DNA w stanie Miami, budzila sie z anestezji po operacji powiekszenia biustu z rozmiaru B do DD, kiedy jej telefon komorkowy rozbrzeczal sie fragmentem Piatej Symfoni Mahlera. Spojrzala na numer. Rudy ! – wykrzyknela zaniepokojonym, ale spokojnym i opanowanym glosem. – Czesc, Horacjo, co sie dzieje? – zapytala spojrzawszy na zegarek i za okno.
Jednakl zamiast glosu Rudego, uslyszala w sluchawce jakies prychanie i bardzo wyrazne, starannie wyartykulowane “Maiu!”
A potem znowu: _ Miau, miau, miau, maiumaiamiau, miau”.
- Bede za kwardrans – rzucila Boa Vista w telefon i wyrwala z zyly rurke od kroplowki. – Rudy w niebezpieczenstwie, dodala tytulem wyjasnienia w strone pielegniarki, ktora usilowala ja powstrzymac.

Pielęgniarka rzuciła okiem na długie, cętkowane, kręte boa Natalii i wysyczała zawistnie:
- Niektórym to się powodzi! Człowiek pracy ręce sobie może po kolana uharować, a takich cymesów się nie dorobi.
- Nie mam czasu na analizy socjologiczne – przerwała brutalnie Natalia i walnęła pielęgniarkę na odlew sporym kalibrem swego świeżo powiększonego biustu. Kobieta zachwiała się i padła na łóżko, pociągając za sobą plątaninę kabli, rurek i roztworów. Natalia runęła w prześwit, który utworzyło padające ciało, dobiegła do otwartej windy i z niejakim wysiłkiem wepchęła do niej biust.
- Zobaczymy się na dole! – krzyknęła, po czym, uwolniona od straszliwego ciężaru, lotem błyskawicy zbiegła po schodach, nie przejmując się mijanymi po drodze szczękami lekarzy, które opadały wokół niej jak jesienne liście…

Bolala go glowa i bylo duszno, kiedy zaczal dochodzic do siebie. Z trudem otworzyl obrzmiale powieki. Wokol panowala ciemnosc. Probowal wycwiczonym ruchem zdjac ciemne okulary, ale lokiec napotkal na sciane. Zaczelo do niego docierac, ze znajduje sie w bagazniku samochodu pedzacego z przekrazcaniem dozwolonej na Florydzie szybkosci 50 mil na godzine. – Moze wywoza mnie poza stan? – przenknelo mu przez glowe.
Samochod najwyrazniej zmierzal nie po autostradzie, ale po wybojach, po jakims nierownym terenie, nie zniejszajac predkosci. Okulary same z siebie zsuwaly sie z twarzy
Rudy wsluchiwal sie czy nie uslyszy scigajacej samochod porywaczy syreny policyjnej badz warkotu smiglowca. Przypomnial sobie, ze mala jest szansa aby policja pofatygowala sie aby zatryzmac samochod porywaczy. “Pewnie siedza na posterunku i i ogladaja w telewizji nowy X-Factor” – pomyslal ze zloscia.
Nalezalo sie przegrupowac. Z trudem przesuwal reke w kierunku kieszeni z komorka. Ale telefonu nie wymacal, Musial mu wypasc gdy ciagneli go do samochodu.
Shit! – powiedzial pod nosem i sie natychmiast zawstydzil. Nic nie usprawiedliwia uzywania wulgarnych slow w trudnej sytuacji.

Narzeczona Rudego nie należała do osób cierpliwych. W miarę upływu czasu rzucała coraz bardziej nerwowe spojrzenia na bezrobotny ślubny kobierzec i przestępowała z nogi na nogę, przez co – nie bez powodu – czuła się jak przestępczyni. „Ciekawe, co by powiedział na to Rudy” – przemknęło jej przez głowę, ale natychmiast z wściekłością uświadomiła sobie, że to właśnie jego spóźnienie jest przyczyną wszystkich komplikacji.
- Niech się wypcha! – warknęła pod nosem i już miała opuścić pueblo, kiedy nagle zobaczyła Kota, niby to bawiącego się frędzlami kobierca, ale w istocie dającego jej niedwuznaczne Znaki…

Helena – Nie byla wcale pewna czy powinna postarac sie dowiedziec o co kotu moze chodzic. Nie miala do niego zaufania i nieraz myslala, ze moze byc kolejna wtyczka FBI wyslana do CSI Miami by donosic na zgrana , ZBYT zgrana ekipe dochodzeniowa. Obserwowala go nieraz jak niby spiac na parapecie pod wielka donica pelna orchidei, obserwuje przez szparke uchylonych powiek co sie dzieje w laboratorium. Czasami jakby od niechcenia wachal probowki i naczynia petri przygptowane do badan.
Nie patrzylo mu dorze z oczu i zanadto ocieral sie o nogi Rudego, ktory zywil do niego wyrazna, niepojeta slabosc i nawet pozwalal czasami stracac sobie czarne okulary z nosa. Byla zazdrosna o kota i nawet raz usilowala go kopnac pod stolem. Przypomniala sobie slowa powtarzane przez nieboszczke Babcie, ktora byla pelna zadziwiajacych madrosc wywiezionych zeStarego Kraju. “Koty sa falszywe!” – mowila czasami podnoszac siwiutka glowe znad rozpadajacego sie juz od czestego kartkowania Poematu “Mister Taddeo”.
Ten kot z pewnoscia byl falszywy.

W trzęsącym się na wybojach samochodzie Rudy usiłował rozeznać się w topografii bagażnika. Ciemne okulary przeszkadzały mu w tym zdecydowanie, ale z zasady nigdy nie zdejmował ich ani nie wkładał pod nieobecność kamery. Spróbował dużym palcem u lewej nogi wymacać wyjście awaryjne. Bez skutku. Sytuacja okazała się bez wyjścia.
Znienacka samochód zatrzymał się, jakieś silne dłonie otwarły bagażnik i wywlokły Rudego na światło dzienne. Niezdjęcie okularów okazało się błogosławieństwem. Słońce prażyło tak, że nawet moskity siedziały rozwalone w cieniu opuncji i pociągały zimne piwo z puszki.
Ranczo wyglądało na opuszczone, ale z wnętrza zabudowań gospodarczych dobiegał jakiś apetyczny bulgot. “Nielegalna produkcja” – pomyślał z wrodzoną przenikliwością Rudy. “Trzeba będzie tu przysłać naszą ekipę”.
Boss o egzotycznym imieniu Stasiek wygramolił się z przedniego siedzenia, doskoczył do Rudego i na wszelki wypadek dał mu w zęby.
- Przyszła kryska na Matyska! – wrzasnął wesoło. – Chyba rozumiesz, że po tym, co tu widziałeś, nie możemy cię wypuścić żywego!
- Jak mogłem coś widzieć w tych okularach? – zapytał spokojnie, z nieodpartą logiką Rudy.
- Nie mędrkuj! – syknął złowrogo Stasiek. – Nawet jak nie widzisz, zaraz i tak poczujesz pismo nosem. Nie pozwolimy, żeby przez byle glinę wpadło nasze najwydajniejsze laboratorium zupy ogórkowej, którą mamy zamiar zalać Mniamniami, Boston, Toronto, a nawet Tamtoronto…

Helena – “Ogorkowa? – wycedzil z przekasem Rudy. – Zupa? Od kiedy z ogorkow robi sie zupy? – ciagnal dalej. – Jako zywo nie slyuszalem, aby ogorki nadawaly sie do robienia zupy! Przeciez nawet nie da sie ogorka wrzucic do gara, bo sa za dlugie!” – Rudy nie ukrywal kpiny w glosie.
Boss Stasiek az poczerwuienial ze zlosci i nawet przez moment zapomnial jak bedzie ogorkowa po angielsku. Widac bylo golym okiem, a nawet w ciemnych okulararch, ze kpina w glosie Rudego zabolala go do zywego. Co oni, kurka wodna, wiedza o porzadnej zupie?!!!
Tymczasem Rudy usilowal dyskretnie zbadac, ze wraz z telefonem komorkowym nie wypadla jego wierna baretta cougar, szescionabojowa, wielokalibrowa, ktora zawsze nosil przy sobie w tylnej kieszeni spodni. Jeden falszywy ruch, a nie wiadomo co Boss Stasiek moze mu zrobic. Moze go zabic, albo jeszcze gorzej – nakarmic zupa ogorkowa, cokolwiek oni tam tak nazywaja. Udajac, ze drapie sie w tylek, przesuwal dlon do kieszeni spodni….
Jest! Dlon Rudego wymacala znajomy ksztalt. Jednym sprawnym, dobrze wycwiczonym ruchem wyciagnal przedmiot, co do ktorego nie mial watpliwosci, ze jest jego spluwa…

Kwaśny, skoncentrowany zapach, którym przesiąknięte było całe ranczo, stawał się dla Rudego coraz większą torturą. Zajęty przygotowaniami do stanięcia na kobiercu już od kilku dni zapominał o konieczności odżywiania się. Teraz ta dezynwoltura zaczynała się mścić. Jego kiszki wygrywały niedorzeczne melodie, w dzikich, obłąkanych rytmach, a spluwa wypadła mu z bezwładnej dłoni.
- O santa Kierowniczka! – westchnął ponuro Stasiek. – Ściągnie nam tym graniem na łeb całe FBI, jak nic. Wpakowałbym mu od razu kulkę w brzuch, gdyby nie to, że kapa di tutti kapi czegoś chce z nim pogadać.
Rudy zwietrzył szansę.
- Oookeeej – wtrącił bez pośpiechu, przeciągając wymownie samogłoski. – Pogadać zawsze można. Przy wódeczce, zakąsce…
- No, no – przerwał Stasiek. – Nie rozzuchwalaj się. Zagrychę my tu produkujemy na sprzedaż, nie żeby takich jak ty częstować. Nie dla psa ogórkowa.
Dżentelmeni z gangu ryknęli usłużnym śmiechem. Boss stuknął pistoletem w łopatkę Rudego i wskazał mu drogę. Ruszyli w kierunku stojącej na uboczu, niewielkiej, drewnianej, krytej strzechą chałupy.
- Tam mieszka główny szef? – zdziwił się Rudy.
- Szefowa – poprawił odruchowo Stasiek. – Oberkapa. Też się dziwiliśmy, że chce koniecznie w czymś takim mieszkać, ale mówiła, że przypomina jej to rodzinne strony, które opuściła dzieckiem będąc…
Przerwał i zamaszyście wysmarkał nos, nie chcąc wyjść przed gliną na sentymentalnego mięczaka. Kopnął Rudego w goleń, żeby bez żadnych wątpliwości udowodnić swoje twardzielstwo i popchnął go do środka zapadającej się nieco chaty.
Rudy zdjął okulary i rozejrzał się wokół. W głębi ciemnawego pomieszczenia, na bujanym fotelu, siedziała pomarszczona staruszka, która na jego widok żwawo zacichotała. Na jej kolanach leżała obrócona grzbietem do góry książka. Bez słonecznych okularów od biedy można było odcyfrować tytuł – Mister Tadeo…

Analityk DNA Natalia Boavista, wistując i świstając dla niepoznaki, wmieszała się w uliczny tłum. Nie miała czasu czekać na swój biust, który był pewnie dopiero w okolicy pierwszego piętra. Przeraźliwe miauczenie Kota wskazywało na to, że sprawa jest poważna i pilna. Być może los Rudego zależał teraz od niej.
- Taxi! – zawołała i wskoczyła do pierwszej lepszej nadarzającej się taksówki.
- Dokąd jedziemy? – zapytał taksiarz obojętnie. Podejrzanie obojętnie. Natalia, nawet przed operacją, nie była przyzwyczajona do tego, żeby faceci nie zwracali na nią uwagi. Przez chwilę rozważała, czy nie zmienić środka lokomocji, ale nagle przypomniała sobie, że jest bez biustu i odetchnęła z ulgą.
- Do laboratorium – poleciła.
Tak, najpierw do laboratorium. Bez analizy DNA nie mogła określić miejsca pobytu Rudego. Ani Kota.

Narzeczona Rudego była w kropce. Z jednej strony nie bardzo ufała Znakom dawanym przez Kota, z drugiej strony tak strasznie chciała wreszcie wyjść za mąż… Kto wie, czy trafi jej się jeszcze jedna taka okazja. Wszyscy kandydaci, którzy oglądali ją bez ciemnych okularów brali nogi za pas, tylko jeden Rudy…
Nie ma co – zdecydowała w końcu. Raz kozie śmierdź. Trzeba zaryzykować. Zwinęła ślubny kobierzec w rulonik, wsadziła go pod pachę i – chwiejąc się nieco na wysokich, ślubnych obcasach – szybkim galopem podążyła za Kotem.

Helena – Wpatrujac sie przez najnowoczesniejszej generacji mikroskop w DNA Natalia Boa Vista nie widziala ani jednego robaka, ktore byly zawsze tak przydatne przy okreslaniu miejsca i czasu porwania. Nawet zadnej larwy robaczej, ani zadnego jajeczka. Wyciagnela z polki podrecznej biblioteki gruby tom zatytulowany “Rozliczne oslizgle paskudztwa w sluzbie medycyny sadowej”. Ksiazka byla wydana zaledwie tydzien temu i Boa Vista nie miala okazji dokladnie je przestudiowac, zajeta myslami o biuscie w rozmiarze DD. Ostatni rozdzial, poswiecony dokladnie problemowi, z ktorym sie teraz zmagala, zatytuloany byl : Brak robactwa na miejscu zbrodni i o czym to swiadczy. Najwyrazniej swiadczyl o tym, twierdzili autorzy dziela, ze zbrodniarz (e) przed popelnbieniem zbrodni, splukali (splukaly) cale miejsce zdarzenia odpowiednim sprayem odrobaczajacym.
Boa Vista zamyslila sie gleboko patrzac przez okno laboratorium.
Nieboszka Babcia podnisla siwiutka glowe znad lektury i powiedziala bardzo dobitnym glosem: Rudzi sa falszywi.
Rudy az zdjal ciemne okulary z przejecia i wlozyl je z powrotem. Nigdy w swoim zyciu pelnym przygod i spotkan z egzotycznymi babciami nie spotkal sie z taka, ktpra byla tak przenikliwa. Nie powinienem niedceniac tej staruchy – powiedzial sobie w myslach.

Kot pędził przez upalne ulice Mniamniami, zręcznie wymijając homary, które wylegiwały się na trotuarach. Narzeczona Rudego ledwo mogła za nim nadążyć, choć już dawno od szpilek odpadły jej obcasy. Minęli przedmieścia z wypielęgnowanymi domkami, gdzie zdesperowane panie domu trawiły życie na oglądaniu niewłaściwych seriali, przeskoczyli kilka pełnych krokodyli cieków wodnych, wreszcie znaleźli się w pozornie bezludnej okolicy z jednym pozornie opuszczonym ranczem na horyzoncie. Kot przyhamował nagle i zaczekał, aż Narzeczona się z nim zrówna.
- To tu – miauknął konspiracyjnie. – Tu przywieźli Rudego. Posadzili, trzymają i basta. Ale gdybyś miała ochotę pomieszać im szyki…
Narzeczona, nie czekając dalszego ciągu, pomknęła jak burza w stronę rancza. Wbiegła w na wskroś otwartą bramę, która wydawała się wręcz zapraszać przechodniów i – wiedziona nieomylnym instynktem – chciała skierować się ku niepozornej, krytej strzechą chałupce, kiedy znienacka poczuła na pośladku rozgrzaną lufę rewolweru.
- A pani dokąd? – zapytał uprzejmie jeden z dżentelmenów z gangu.
- Prowadź mnie do szefa, łajdaku! – krzyknęła Narzeczona, próbując dramatycznym gestem odrzucić w tył włosy, co uniemożliwił jej nadmiar lakieru.
- Szefowej – poprawił automatycznie gangster i szarmancko przepuścił Narzeczoną przodem, dodając dla wyjaśnienia – ladies first.
Mimo panującego w chałupie półmroku, sytuacja dla wszystkich była od razu koszmarnie jasna.
- To ty?! – jęknęła zaskoczona staruszka.
- To ty? – z opanowaniem zapytał Rudy, na wszelki wypadek wkładając okulary.
- Babcia???????? – wybąkała osłupiała Narzeczona i miękko osunęła się na przypadkowy szezlong, w locie strącając z kolan staruszki książkę o tajemniczym tytule Mister Tadeo

Zdołowana brakiem robaków Natalia rozejrzała się po laboratorium, w poszukiwaniu jakiegokolwiek DNA, które mogłaby zanalizować. Wystrzępiony kawałek DNA morskiego, poDNAwka (Echeneis naucrates) przyczepiona do rekiniej płetwy, Żona moDNA, pierwsze wydanie z 1784 roku, narzędzia beDNArskie… Nie, szkoda gadać, to wszystko nie przybliży jej do rozwiązania zagadki miejsca pobytu Rudego.
Z każdą minutą nadzieja na ocalenie porucznika była coraz mniejsza. Natalia miotała się po laboratorium, na przemian lejąc łzy i rzucając mięsem, kiedy nagle jej wzrok padł na pękatą butlę spirytusu, stojącą w szafce z odczynnikami.
- Eureka! – sapnęła z przejęciem, nalała sobie sobie sporą probówkę spiru i wychyliła do DNA…

Sytuacja na ranczu komplikowała się z sekundy na sekundę i nikt nie wiedział, jak z niej wybrnąć. Sprawę chwilowo uratował Stasiek, posyłając do domku Oberkapy delegację Meksykanek w krakowskich strojach, z głębokimi talerzami pełnymi zupy ogórkowej. Uciszyło to przynajmniej kiszki Rudego, oddalając na chwilę groźbę zgarnięcia przez FBI całego towarzystwa, łącznie z pracownikami FBI. Wszyscy zdawali sobie jednak sprawę, że jest to rozwiązanie tylko prowizoryczne, nie gwarantujące poskładania do kupy wszystkich wątków.
Na domiar złego pod bramą dał się słyszeć ochrypły damski głos, głośno i fałszywie wyśpiewujący posępną pieśń, z dziwnymi słowami, brzmiącymi jak „gooraloo, chi chi nja djal”. To Natalia, ośmielona udaną analizą, znalazła wreszcie drogę do Rudego. Dżentelmeni pilnujący bramy przepuścili ją z początku dosyć indyferentnie, ale kiedy tuż za nią nadbiegł, ciężko dysząc, jej biust rozmiaru DD, ożywili się nagle, porzucili swój posterunek i kurcgalopkiem puścili się za Natalią, którą analityczna intuicja wiodła prosto do porucznika…

Atmosfera w chałupie zrobiła się gęsta, dosłownie i w przenośni. Meksykanki w krakowskich strojach tańczyły poloneza, chlapiąc wokół zupą ogórkową. Dżentelmeni z gangu uganiali się za biustem Natalii, który chichocząc wymykał im się z rąk jak silikonowy węgorz. Babcia nurkowała pod stołkami, żeby pozbierać rozsypane w zamieszaniu szczątki Mister Tadeo i powtarzała nikomu nieznaną mantrę „jak zgrzyt żelaza po szkle przejął wszystkich dreszczem”. Narzeczona, oszołomiona oparami ogórkowej, stoczyła się pod szezlong i zaczęła oddawać się nieobyczajnym uciechom ze Staśkiem. Zewsząd dobiegały odgłosy strzałów. To Muszka, która wisiała na ścianie w pierwszym akcie, postanowiła wreszcie wystrzelić.
Rudy stał w środku tego pandemonium dość bezradnie, na przemian wkładając i zdejmując okulary. W pewnym momencie poczuł raczej niż posłyszał dochodzące gdzieś z okolic jego kolan ciche „miau!”. Pochylił się i dojrzał Kota, który poważnie, bez uśmiechu strzygł do niego uchem.
- Masz jaki pomysł? – szepnął Rudy.
- No jasne! – odszepnął bez wahania Kot. – Dajemy chodu!
Olśniony prostotą tego rozwiązania Rudy niepostrzeżenie zaczął przesuwać się w stronę drzwi. Kot podążał za nim udając, że ociera się o jego nogi. Kiedy zbliżyli się do leżącej pod szezlongiem Narzeczonej, dał nagłego susa, wyrwał jej spod pachy tkwiący tam ciągle ślubny kobierzec i wyskoczył za drzwi, pociągając za sobą Rudego. Zabarykadowali drzwi od zewnątrz i odetchnęli z ulgą. Teraz już nikt nie mógł im przeszkodzić.
Ogarnęła ich zdumiewająca cisza, z rzadka przerywana ćwierkaniem sępów. Kot rozciągnął na soczystej trawie kobierzec, wygładził wszystkie fałdy, starł ślady ogórkowej i zachęcająco skinął łapą na Rudego.
- Stawaj! – powiedział krótko, bez zbędnych ozdobników.
Rudy poczuł, że wszystko jest tak, jak ma być na tym najlepszym ze światów. Stanął na ślubnym kobiercu, włożył okulary, charakterystycznym gestem przechylił głowę w stronę Kota i od niechcenia zaproponował:
- To co, wracamy?
Ruszyli zgodnym krokiem, ale Kot znienacka zboczył z prostej drogi, wskoczył na parapet tkwiącego niemal pod dachem chałupy okienka i z mściwym błyskiem w oku rzucił do uwięzionych w środku bohaterów drugiego planu donośne „hau!”.
A potem poszli dalej w stronę Mniamniami, ścigani pełnym satysfakcji wrzaskiem Narzeczonej – „wiedziałam, że ten Kot jest fałszywy!”.