Prawdziwie narodowy sport

wt, 5 czerwca 2012, 13:40

Nadciągające coraz nieodwołalniej Dni Piłki Kopanej odwróciły nieco uwagę od prawdziwie narodowej dyscypliny, którą uprawiają – bez żadnej przesady – niemal wszyscy Polacy, od przedszkolaka po najstarszego seniora. A przecież narzekanie sportowe jest niewątpliwie mocniej osadzone w naszej historii i codzienności od importowanego, obcego futbolu. Trudno wręcz wyobrazić sobie dzień Polaka bez krótkiego chociażby treningu narzekania, trudno wyobrazić sobie naszą rzeczywistość bez regularnych, ligowych rozgrywek narzekackich. Przypomnijmy więc pokrótce historię i reguły tego pasjonującego sportu.
Pierwsi zawodnicy-narzekacze pojawili się na terenach obecnej Małopolski już za panowania króla Kraka, skupiając się wokół jamy niejakiego Wawelskiego, którego nieortodoksyjny jadłospis i ponadnormatywna emisja wyziewów (tzw. smog wawelski) stwarzały znakomitą bazę dla rozwoju narzekania. Kolejne doniesienia mówią o utworzeniu klubu sportowego „Piast” w okolicach Gniezna, skąd narzekanie rozprzestrzeniło się na cały kraj i wkrótce, za sprawą Mieszka Pustego, stało się obowiązkowym elementem życia społecznego. Współcześni badacze nie wykluczają, że sporą rolę w upowszechnieniu się narzekania sportowego odegrała chrystianizacja Polski, trzeba jednak uczciwie zaznaczyć, że nie wszyscy historycy są zwolennikami tej tezy. Znane są również prace wiążące popularność tej dyscypliny z szeroko zakrojoną akcją działacza o nazwisku Szatan.
Narzekanie sportowe, zarówno amatorskie, jak i profesjonalne, dzieli się na indywidualne i zespołowe. To pierwsze jest łatwiejsze do opanowania, ale nie dostarcza takiej satysfakcji, jak umiejętnie rozegrany turniej narzekania zespołowego. Grę rozpocząć może którakolwiek z drużyn, rzucając dowolną wypowiedź wyrażającą niezadowolenie z istniejącego stanu rzeczy. Drużyna przeciwna zobowiązana jest do kontry „To jeszcze nic! U nas to dopiero…”, po której rozpoczyna się właściwa rozgrywka. Jej przebieg jest uzależniony od dnia, nastrojów i konsekwencji graczy. Wygrywa ta drużyna, której uda się doprowadzić przeciwników do wypowiedzianej lub niewypowiedzianej konstatacji „może nam jeszcze nie jest tak najgorzej”. Konstatacja taka jest równoznaczna z poddaniem się i uznaniem wyższości skuteczniej narzekających. Analogicznie przebiegają mecze narzekania indywidualnego, ich dużą wadą jest jednak znacznie słabszy stopień wzajemnego nakręcania się i brak wsparcia teamu. Sportowcy muszą tu liczyć tylko na własne, często niewystarczajce siły.
Zgodnie z wytycznymi Polskiego Związku Narzekania Sportowego liczba zawodników w drużynie nie jest ściśle określona, nie zaleca się jednak tworzenia drużyn liczących ponad 15 osób, grozi to bowiem założeniem partii politycznej, co wprawdzie podnosi narzekanie na poziom profesjonalny, zabija jednak jego spontaniczny, niewymuszony urok.
Jak w każdym sporcie, również w narzekaniu istnieją niekorzystne zjawiska w postaci dopingu, zwłaszcza medialnego, czy korupcji. Nie powinny one jednak przesłaniać piękna tego sportu i jego znaczenia dla narodu. Z rzadka rozgrywane międzypaństwowe zawody pokazują wyraźnie, że kultura narzekania jest w Polsce nieporównanie wyższa niż np. u Anglosasów bądź w krajach niemieckojęzycznych. Nie może to zresztą dziwić, zważywszy na wielowiekowość i niewzruszoność naszej tradycji.
PZNS już od lat postuluje wprowadzenie narzekania sportowego do rozgrywek olimpijskich. Niestety, starania te są blokowane przez określone kręgi, które świetnie zdają sobie sprawę, że Polacy byliby w tej dyscyplinie bezkonkurencyjni.