Pobudka w sieci

śr, 4 lutego 2009, 02:47

To nie było przyjemne przebudzenie. Łapami dało się poruszać co najwyżej w zasięgu dziesięciu centymetrów, ogon, podkulony pod brzuch, w żaden sposób nie dał się wyprostować, a i łeb, chcąc się obrócić, napotykał na jakąś przeszkodę.
Pies szarpnął się jeszcze parę razy i znieruchomiał. Leżał na własnej, dobrze znanej kanapie, od koniuszka ogona aż po czubki kłapciatych uszu oplątany siecią. Nie było co marzyć o pogoniach za królikami, płoszeniu wron, a nawet o przekąszeniu czegoś z niezbyt odległej miski. Sieć była cienka, ale mocna i z każdym gwałtownym ruchem zamotywała się coraz bardziej.
Psu udało się przekręcić łeb nieco na bok i ujrzał, że końce sieci wychodzą ze stojącego na stoliku obok kanapy komputera. Było w tym coś niezrozumiałego. Przecież pozostawali z komputerem w jak najlepszych stosunkach, spędzali razem dużo czasu i nigdy jeszcze z jego strony nie doznał żadnej zamierzonej przykrości. Owszem, zdarzały się jakieś nieporozumienia z Wordem czy Windowsami, ale komputer jako taki nie miał z tym nic wspólnego. Tak, to musiało być po prostu jakieś idiotyczne nieporozumienie.
– Ty, słuchaj – poprosił Pies. – Nie mógłbyś tego świństwa odrobinę rozluźnić? Wrzyna mi się w różne wrażliwe miejsca. A w ogóle, co się wygłupiasz? Przecież jeszcze do wczoraj byliśmy najlepszymi kumplami!
Komputer zarechotał i złośliwie łypnął ekranem.
– Co było a nie jest, nie pisze się w rejestr! – wybuczał dość podłej jakości głośnikiem. – I nie próbuj mnie brać na kumpelstwo. Nie wiesz, że jestem maszyną i nie mam żadnych emocji?
– Mnie też do nie tak dawna uważano za maszynę i mówiono, że nie mam uczuć – zauważył Pies. – A teraz się z tego wycofują. Może i na twój temat zmienią zdanie?
– Co będzie, a nie jest, też się nie pisze – autorytatywnie oświadczył komputer. – A poza tym, pomyśl logicznie. Chyba nie po to cię oplątywałem, żeby teraz nagle odplątywać. Nie jestem człowiekiem, żeby robić rzeczy kompletnie pozbawione sensu ot, tak, dla jakichś zachcianek, czy pod wpływem nagłych odpałów. Ja mam cel i zmierzam do niego najkrótszą, zerojedynkową drogą. Miałem cię oplątać siecią, to cię oplątałem i wszelką dalszą dyskusję na ten temat uważam za stratę czasu.
Pies zaczynał czuć się coraz bardziej nieswojo. Komputer sprawiał wrażenie zdeterminowanego i nieskłonnego do ulegania prośbom. Trzeba było spróbować z innej strony.
– Wiesz co, jak cierpliwie, centymetr po centymetrze, będę się przesuwał w twoim kierunku, to w końcu dotrę na tyle blisko, żeby cię wyłączyć. W końcu pazur przez tę sieć mogę wystawić – spróbował delikatnego szantażu.
– A wyłącz, wyłącz – łaskawie zgodził się komputer. – Jak chcesz się osobiście przekonać, że to nic nie da, to nie widzę przeszkód. Eksperyment jest bardzo dobrą formą sprawdzenia hipotezy.
– Przecież ta sieć jest wirtualna! – oburzył się Pies. – Chyba nie chcesz mi wmówić, że jesteś ją w stanie przenieść do realu? Nawet nie muszę cię wyłączać, żeby się jej pozbyć. Wystarczy, że na przykład zasnę. Albo że po prostu zamknę oczy i przestanę o tobie myśleć.
– Próbuj, próbuj – zachichotał komputer i patrząc na jego rozweselony ekran Pies zrozumiał, że jest uwikłany znacznie bardziej, niż mogłoby wynikać z jakichkolwiek prostych, zgodnych z dotychczasowymi przekonaniami interpretacji rzeczywistości. A najgorsza ze wszystkiego była świadomość, że nawet wycie do księżyca w żaden sposób nie gwarantowało wyjścia z sytuacji. Zresztą, skąd wziąć księżyc tuż po przebudzeniu?