Pan Chudeusz

sob, 2 stycznia 2021, 17:00

Poszła Zosia do ogrodu,
kupa była tam narodu.
Stali i wąchali kwiatki,
poprawiając przy tym gatki.
bo widzieli u sąsiadki
jak się robi to bez wpadki.
Był w tej ciżbie pewien młodzian,
skąpo odzian syn powodzian,
wdzięku tyyyyle z sex-appealem
miał, choć był zaledwie szczylem.
Kiedy spojrzał w oczy Zosi
rzekł: o nic nie będę prosił,
niech się Zosia wypcha sianem,
inną będę miał nad ranem
W siana stogu, albo w szopie
Zosię w stawie zaś utopię,
bo nad wyraz jest szkaradna.
Siła mnie nie wstrzyma żadna,
wolę w stawie pieścić żaby
niż się tykać takiej baby!
Jest to najzupełniej pewne:
Rano będę miał królewnę
z żabim udkiem i z płetwami.
A jak Zosia z ułanami
chce się zadać, kij jej w bary –
mam po uszy tej poczwary!
Stała sie rzecz niespodziana:
Zosia nie chce wrecz młodziana –
Jest zajęta nieprzytomnie,
Bo studiuje astronomię,
łez nie roni, nie jest w stanie,
zna swą wartość mocium-panie
zna pochodne i granice
nieskończoność i księżyce.
Młodzian duma- jam nie skory
wdawac się w takie amory,
bym dostawał miast całusów
nędzną garstkę cumulusów!
Na to Zosia- „głupiś srodze!
Ja ku Mlecznej patrzę Drodze,
gdzie planety wprost szaleją
i słoneczne wiatry wieją.”
„Na cóż ci słoneczne wiatry?
Czyż tak mało jestem warty?
Porzuć te niebieskie ciała
poczuj, jak mi dusza pała
chęcią ciebie przytulenia
a jak da się – zniewolenia….”
Zosia śmiać się tu zaczyna:
“pałać może dzięcielina!
Bredzisz jak bez piątej klepki –
w duszy twoje mam zaczepki!”
Powiedziała, co wiedziała
ironicznie nań spojrzała,
miotlę wziela i do dzieła –
trzy hektary już sprzątnęła,
różniczkując przy tym całki,
aż bolały oczne gałki.
Potem na tę miotłę wsiadła,
mówiąc: “klamka już zapadła!
Odlatuję za granicę,
choć pisali w “Polityce”,
żeby zostać. A ja czniam to,
chcę zobaczyć to i tamto,
użyć sobie jak pies w studni…
Może mnie tam kto zatrudni?”
Młodzian, mając Zosię z głowy,
Znowu w stawie wszczął połowy.
“-Czapkę sprzedam, pas zastawię,
lecz królewnę złowię w stawie !!
Jest to bowiem bardziej pewne,
by na kryzys mieć królewnę!
Ma koronę i brylanty
i nie grożą żadne kanty.
Nagle w dłoniach trzymał żabkę
niezbyt dobrą na obłapkę,
była bowiem bardzo chuda,
nie królewna! Barrakuda!!
Tu Zosine serce czułe,
cholesterolowym mułem
otoczone jak kokonem,
innym słowem otłuszczone,
STOP – krzyknęło i stanęło,
w dziwny kabłąk się wygięło,
znów ruszyło, choć ospale,
ale potem, w jętyszale
zaiskrzyło, zazgrzytało,
zaśpiewało arię całą
i pół drugiej, by po chwili
znów tłuszczykiem się posilić.
Obserwując te zdarzenia
Pan Chudeusz zbladł, zzieleniał
i krzyknąwszy “ach! niestety!”
udał się do toalety,
z której wyszedł na czworakach
i chwilowo dał drapaka.
Niezbyt chlubna była rola
w sprawie tej Cholesterola –
siedział z boku typ ten brzydki
ciągnąc tu i tam za nitki,
zachęcając, by jeść frytki
i figurę mieć lolitki
bohaterów robiąc w konia,
albo w kota? Któż by poniał.
Zanim Kota im pogoni
wpierwej musi ze swej skroni
wyjąć kolec, haczyk, żyłkę
co je włożył przez pomyłkę,
na dodatek tam gdzie nie trza.
A z powietrza patrzy Zosia:
kto te wątki tutaj posiał?
Kto tu burdel robi taki,
że się przewracają flaki?
Ja tu sprzątać ciągle muszę!
Co się dzieje z Chudeuszem?
Czego on w tych stawach szuka?
W czoło trzeba go popukać!
W takich czasach żaby łowić?
On się winien zastanowić!
Kryzys ciągle się rozszerza,
to już lepiej siąść na jeża,
niż flirtować z tym palantem.
Ja go jednak puszczę kantem,
bo to jest zwyczajne prosię,
jakich mało jest w kosmosie.
Ja mam konto, dywidendy,
zbiję duży szmal w te pędy,
jak w Irlandii popracuję.
Nie przejmuję się tym zbójem!
Daję w prasie ogłoszenie,
kto odpowie:”ja się żenię”
zyska moją wkrótce rękę,
mego Taty zaś podziękę.
Albo zacznę nowe życie,
bo mnie jakoś ciągnie skrycie
świetny zawód: stripiserka
(choć magistra mam w papierkach).
Niech Chudeusz chodzi struty,
że do stawu szedł na ksiuty –
ja odsłonię wdzięki w pubie,
konkurencję robiąc żabie!
Końcem tym zwieńczyła dzieło,
Chudeusza za to wzięło
by do pubu wpaść na piwo.
Szło mu się tam nieco krzywo
bo przed piwem, nad jeziorem
trunki lizał swym jęzorem.
No a w pubie – Zosia gnie się
i się mizdrzy przed kolesiem,
który jej banknotów wiązkę
właśnie wsuwa za podwiązkę.
Chudeusza lekceważy,
choć on trochę się rozmarzył,
myśląc przy tym bez ogródek:
“chrzanię ja tę barrakudę,
niechby w czarną dziurę wpadła,
milsza mi jest porcja sadła!”
O życiowych Zosi planach
zawiadomiono ułana,
więc się przestał gzić po krzakach,
wskoczył szybko na rumaka,
by nie stracić przedstawienia
(wdzięki Zosi on doceniał!)
i zaledwie po godzinie
siedział w pubie już w Dublinie,
gdzie się działa akcja cała.
Zań ten rumak, to był wałach,
w przeciwieństwie do ułana,
który wszystkie miał organa.
Pub dubliński, jak wieść mruczy
od plot świata cały huczy,
co w Afryce, co tam w Chile
wie wsza gawiedz już za chwilę.
Zatem dziwić to nie może,
że przed pubem, już w oborze
na ułana czeka z wódką
Zosia mini mająć krótką
i powiada, nim do środka
wejdziesz, czeka cię robotka
musisz swe ubłocić łapki
i mi przynieść cztery żabki.
„Spoko, spoko” – ułan na to.
„Ty się lepiej zajmij chatą,
masz ją cudnie przysposobić,
a ja entree muszę zrobić.”
Gdy do pubu ułan wchodził,
to ogólny wzbudził podziw,
bo nie użył wprawdzie mydła,
lecz pożyczył sobie skrzydła
od husarza i z łopotem,
krzycząc “hu-ha! Bij hołotę!”
“Bronić będziem ojców mowy!”
zrobił happening narodowy
i bojowe trącił struny.
Rozczuliły się kołtuny,
co na sali w pewnej masie
gdzieś tam stały przy szynkwasie
i wpatrując się w ułana
z hukiem padły na kolana.
Tu się Zosia już wpieniła,
“Na mnie jedną złego siła!
Show mi ukradł ten dziadyga,
i od żabek coś się miga!”
Do ułana Zosia bieży,
lu go w pysk, że zaraz leży:
“Któż artystą w tym lokalu?
Chyba ja, nie ty, kapralu!
Za swój tytuł magisterski
dałam cenny dywan perski,
pięć tysięcy, coś w naturze,
a dziś tańczyć chcę na rurze
i to moje święte prawo!
Chcesz je zepsuć swą postawą?
O, niedoczekanie twoje!
Choćby niedźwiedź, to dostoję!”
Nagle chudy przetarł oczy:
“Człowiek zawsze coś przeoczy”!
Jeśli Zosia jest magistrem,
Może tu jest winien system?
A ja winię ją o wszystko?
Że jest gruba,że artystką…
Ułan typ to niebezpieczny
Ma on pałasz obosieczny!
Usiec mnie w co może cichcem
Albo Zosię porwać żywcem “
Trza się w sytuację wstrzelić,
z rodakami się podzielić!”
Wnet skrzyknęli się sarmaci:
Zosia jest dla panów braci!
Dublin , Cork, czy inna wiocha,
tylko dla nas tańczy Zocha!
Tu się wściekli Irlandczycy:
“A my co? Nie katolicy?!
Nie z Europy? Czy niegodni?
Chcą nas tu pozbawić spodni!
Odciąć od gołego cyca
kreską grubą jak granica!
O, nie będzie na to zgody,
wszak nie mamy w żyłach wody,
lecz – od grobu do kołyski –
czysty nurt irlandzkiej whisky!”
Już Irlandczyk na Sarmatę
grubym się zamierza batem,
inny mu podstawia nóżkę,
obierając przy tym gruszkę,
trzeci, zanim słowo powie,
pałkę strzaska mu na głowie,
a gdzieś z kąta wrzeszczy czwarty
“To rozumiem! To jest party!”
Krew się leje, zęby lecą,
Zosia broni się kobiecą
bronią, ułan skrzydłem szumi,
z herbacianych pól Batumi
leci wsparcie od Gruzinów:
„A przetrzepać takich synów!”
Serce rośnie, krew się burzy
Ilu Zosia zyska stróży !
Tłum brewerie już wyczynia!
Jedni krzyczą”Arka- Gdynia”
Na to z baru chór Rodaków
Grzmi donośnie-”Wisła-Kraków”!!
Fruną kufle, iskrzą styki,
trzeba jeszcze by muzyki…
I już czwórka z Manchesteru
przygrywa jak na weselu,
w rytm uderzeń i okrzyków,
tchnień ostatnich od umrzyków…
A na wszystko to spoziera
hollywoodzka aż kamera,
i powoli czuje wiara:
w boju droga do Oscara!
Nasz Chudeusz, mądre chłopię,
z żadnym koniem się nie kopie,
tylko rzecze: „Ja się boję,
więc o Zosię już nie stoję,
ale Oscar… To mnie nęci!
Koło niego się zakręcić,
to idea znakomita –
lepszy Oscar niż kobita!
Szybko jadą więc chłopaki
w Hollywoodzie robić draki,
zostawiając w pubie pustkę
(tylko barman smarka w chustkę)
i krajobraz już po bitwie.
A kalifornijskiej sitwie
portki trzęsą się i tyłki
i szykują już baryłki,
by powitać wśród wiwatów
Irlandczyków i Sarmatów.