No i co tak węszysz? - odezwała się zrzędliwie Labradorka, widząc Bobika kręcącego się z nosem przy podłodze i obwąchującego z niezwykłą u niego dokładnością nogi od stołu.
- Szukam - odpowiedział zgodnie z prawdą Bobik. - A podobno jak szukam, to znajdę.
- A tak konkretnie, to czego szukasz? - wykazała niezbędne dla podtrzymania rozmowy minimum zainteresowania Labradorka.
- Nie wiem - przyznał się Bobik. - Ale to chyba nie wyklucza znalezienia?
Na pysku Labradorki odmalowała się intelektualna bezradność. Z urażonym machnięciem łapy zaczęła wylizywać miskę, ostentacyjnie ignorując bobicze wysiłki. A Bobik nie ustawał. Wetknął nos za komodę, spenetrował przestrzeń pod łóżkiem, odwinął nawet róg dywanu, żeby sprawdzić, czy coś się pod nim nie ukryło. Potem przeniósł się do ogrodu i skontrolował centymetr po centymetrze odtajały kawałek ziemi obok pryzmy kompostowej, który służył do zakopywania największych psich skarbów.
- Znalazłem! - wykrzyknął wreszcie uszczęśliwiony. - Znalazłem!
- Co takiego znalazłeś? - bez przekonania spytała Labradorka.
- Coś bardzo ciekawego! Kość, którą zagrzebałem tutaj w jesieni. Tylko coś już zdążyło ją pożreć.
- No to chyba nie znalazłeś - spróbowała sprostować Labradorka.
- Nieprawda! - zaperzył się Bobik. - Właśnie że znalazłem! Kość jest kością, jest kością, jest kością. Co z tego, że zjedzoną? Dalej można jej szukać, a nawet ją znaleźć.
- No, ale co ty z tego masz? - postanowiła odwołać się do praktycznego rozumu Labradorka. - Jaki pożytek jest z takiego znaleziska, którego zwyczajnie nie ma, cokolwiek byś mi tu opowiadał?
Bobik zamilkł. Wiedział, że rozmowa o czystej radości szukania i rozkoszach znajdywania czegoś, o czym się wie, że jest, choć tego nie ma, byłaby z góry skazana na niepowodzenie. Labradorka niewiele miała zrozumienia dla takich myślowych akrobacji. W głębi ducha czuł wprawdzie, że pewien subtelny rodzaj racji jest po jego stronie, ale nie chciał dla czegoś tak błahego jak racja narażać na szwank dobrosąsiedzkich stosunków.
- Wiesz co? - zaproponował pojednawczo - Na przyszły raz postaram się szukać takiej kości, która zwyczajnie jest. Ją wprawdzie trudniej znaleźć, ale przynajmniej ty nie będziesz patrzyć na mnie takim wzrokiem. A to jest niewątpliwy pożytek.
czwartek, 18 luty 10 | Autor: Bobik
Możesz śledzić komentarze do tego wpisu, korzystając z RSS 2.0
Możesz dodać komentarz, albo dać trackback z twojej strony.
Możesz dodać komentarz, albo dać trackback z twojej strony.
Jeśli chcesz dodać odnośnik do komentarza, wykopiuj jego link, klikając (prawym przyciskiem myszy)
na datę komentarza.
na datę komentarza.
544 komentarzy
544
dodaj komentarz
do Bobika
Ach, ten erudyta pinkwolony! “Kość jest kością, jest kością, jest kością”! Indeed.
No, z tą erudycją to umówmy się… Ten cytat akurat każdy zna, więc nie ma się czym szczególnie podniecać. I pożytek z niego średni.
Gdybym napisał np. tarde venientibus ossa - o, to co innego. Po pierwsze nie po naszemu, więc wiadomo, że erudyta guglał, a po drugie, jakaż to cenna informacja, że nie należy przesadzać z punktualnością.
Поздно приходящим (к обеду) - кости. …????????????
Okrutni ci Rzymianie.
Ona byla ulubiona studentka James’a (Williama), wiec wszystko sie zgadza, Bobiku… (Nawet jak mu podczas egzaminu napisala, ze dzisiaj jej sie nie chce pisac egzaminu z filozofii, to jej odpisal: “Dear Miss Stein, I understand perfectly. I often feel like that myself.”)
Na razie musze isc przygotowac cos apetycznie parujacego, co Pies oczywiscie zrozumie.
Czemu okrutni? Bardzo rozsądni. Gdyby nie to przysłowie, siedziałbym czasem pod stołem przez cały nudny i mało efektywny obiad, żeby wreszcie po kilku godzinach doczekać się łaskawego rzucenia mi kości. A tak - przychodzę na sam koniec obiadu i wychodzę na swoje z kością w zębach.
Pies w sprawach parujących jest tak pełen zrozumienia, jak miczurinowska krzyżówka Jamesa (Williama) z Freudem (Zygmuntem) i dalajlamą na dokładkę.
Gdyby nie to, że się przeżarłem na kolację, może nawet sam bym coś zaparował.
Pamietam jak probowano mi rzucac kosci, ze niby na zeby -no! Obrazilem sie na trzy godziny i wiecej z moja dentystyka nie eksperymentowano.
Co innego jak sam pojde do kuchni, znajde talerz z kosciami i przeniose je wszystkioe co do jednej na podloge w korytarzu i do salonu. Wtedy jest to happening. I przypomnienie, ze czas powynosic smiecie, bo sie w kuble przelewa.
A bo tych wszystkich Jamesow i Freudow sie troche namnozylo… (Lam tez jest sporo, zwlaszcza w Kaliforni.)
Ha! Wyszło szydło z worka! Niech Stara Mordki już nigdy nie próbuje twierdzić, że u niej się nie przelewa.
U niej sie nie przelewa tylko wtedy kiedy chodzi o Kota. Na siebie zawsze sie znajdzie.
No dobra, ale kto tę kość pożarł? Bo może Bobik ma słabą pamięć…
Dzień dobry
Czy Hoku się wydaje, że w świecie ogrodowym mało jest chętnych do pożarcia mojej kości? 

Skoro ja się potrafię nieodkrytym dotąd sposobem przedostać, mimo ogrodzenia, do ogrodu sąsiadów, to równie dobrze stamtąd mogło coś się wśliznąć i pożreć.
Miko do dziś każe się bawić autem zgubionym latem w piaskownicy.
- A pobawimy się autem które zgubiłem w piaskownicy?
- Mikołaj, zgubiłeś je i nie można się nim bawić.
- Ale po co zgubiłem?
- No właśnie, po co? Zgubiłeś i nie ma.
- Ale po co nie ma?
Zgubione auto jest autem jest autem jest autem…
Odnalazłem odnośny wpis w sciaga.pl:
Autor eseju metaforycznie wskazuje na niemożliwość znalezienia szczęścia (symbolizowanego przez archetyp Kości) gdy liryczne ja poematu oddala się od społeczeństwa i zamyka się w sferze poddywanowej (symbol kapitalistycznych poszukiwań miliona) lub wokółkompostowej (stłamszone ego erotyczne). Uderzają głębokie treści humanistyczne mimo nieludzkiej przeszłości autora.
Lata ossa koło nossa
Nie tylko przeszłość autora jest nieludzka, ale również teraźniejszość, a nawet i przyszłość tak się zapowiada. Nie jestem w końcu żadnym transgenerystą i nie mam zamiaru dać się przeoperować na człowieka, mimo że moje ego erotyczne zimą rzeczywiście bywa stłamszone, z powodu braku apetycznie pachnących psic.
Foma, ja myślę, że z Mikiem w niejednej sprawie świetnie byśmy się zrozumieli.
O mamo! Ale się tu porobiło


Z życia zwierząt:
dwa dni temu Sokrates dokładnie obszedł i obwąchał muszlę klozetową, potem wskoczył na deskę i kulturalnie zrobił siusiu, niestety nie spuscił wody
Wczoraj przyniósł reszki upolowanego ptaka, ale jakiś chudy był ten ptak. Zastanawiam się czy nie zwrócić uwagi sąsiadce żeby lepiej karmiła swoje ptaki, coby Sokrates nie musiał jeść takiej chudzizny
Ja znałam kiedyś takiego kota (pięknego, czarnego), który siusiał do klozetki i spuszczał wodę, ale tam było spuszczanie na łańcuszek
Nie od dziś wiadomo, że czarne koty się nawet na magii znają. Spuszczanie wody to dla nich mały pikuś.
Jotko, czy aby na pewno ze względu na Sokratesa chiałabyś dotuczyć ptactwo?

Bo mnie się przypomniał ten przedwojenny dowcip, w którym służąca prosi w sklepie o dziesięć deka okrawków z szynki dla pieska, “tylko chudych, bo mój pan tłustego nie lubi”.
Dotychczas tylko ze wzgledu na rudzielca, ale teraz, kto wie … w każdym razie dzięki za podpowiedź
miekko i mokro,chodniki plyna
teraz przyjdzie wiosna
widziałam dziś bazie w ogrodzie u sąsiada
http://www.youtube.com/watch?v=jYzhpH2nN8c
mile
jotko,do bazi to u nas jeszcze wiecej ciepla
moje tereny zielone ledwie lekko namokniete
Jotko, dobrze radzę z dobrego serca i z doświadczenia. Ja też wolę, żeby ten dziki drób miał coś na żebrach.
Baca Rottweiler (ten spod fortepianu) regularnie donosil swojej pani tluste kurczaki z sasiedztwa (juz uduszone, ale niestety nieoskubane i niewypatroszone). Musiala sie tez regularnie wyluszczac sie na splacanie sfrustrowanych sasiadow, wiec finansowo to sie jednak srednio oplacalo.
A tu dla Heleny - kolejny koniec swiata: Komitet Pulitzera juz zupelnie oficjalnie rozpatruje tabloidalnego The National Enquirer, jako powaznego kandydata do tegorocznej nagrody w dziedzinie dziennikarstwa. Sledze to, jednoczesnie przygladajac sie z zainteresowaniem dyskusji w polskich mediach na temat publikacji/niepublikacji nowej ksiazki o Kapuscinskim. Ciekawa taka jednoczesnosc swiatow…
http://www.huffingtonpost.com/emily-miller/national-enquirer-officia_b_467932.html
Ja też śledzę tę historię Kapuścińskim i - prawdę mówiąc - nie bardzo ją rozumiem. Ujawnienie, że pisarz nie opisywał rzeczywistości w skali jeden do jeden, że miewał romanse, czy że był odrobinę próżny i kreował własną legendę, nie jest dla mnie nawet odbrązowianiem. Żadna z tych rzeczy nie uwłacza pamięci, to nawet nie jest skandalizujące - ot, w miarę niewinna, jak na pisarza, biografia.
Dlaczego tak straszne wokół tego zacietrzewienie, jest dla mnie trochę niepojęte.
No wlasnie, Bobiku, dla mnie tez niepojete. Dlatego staram sie zrozumiec, co sie wlacza w glowach, ze tak sie dzieje - przeciez to raczej normalna dyskusja, ktora w sumie powina sprowokowac lepsze zrozumienie jego pisarstwa, i raczej wywolac dalsze nim zainteresowanie. Mysle, ze czesc nieporozumien, abstrahujac od spraw osobistych, polega na migotaniu gatunkow - czy to juz jest osobisty esej, fikcja, czy jeszcze dziennikarstwo. Dlatego, gdy mowi sie o Kapuscinskim jako o pisarzu, to wszystko sie uklada, a jak o dziennikarzu, to zaczynaja sie nieporozumienia.
Rysiu, jeszcze mi sie tak przypomnialo, nim wyruszysz do Szczecina na podboj ksiegarn,
ze jesli nie czytales, to we wczoraj przeze mnie wspomnianym watku, jeszcze bym zapolowala na “Szerokie Morze Sargasowe” Jean Rhys (ciekawe sie tez laczy z watkiem post-kolonialnym i feministycznym).
Ale przecież istnieje bardzo poręczne określenie “reportaż literacki”. Aż z ciekawości sprawdziłem w Wiki, jaka tam jest jego definicja i stoi jak byk - gatunek literacki z pogranicza publicystyki, literatury faktu i literatury pięknej. I mnie się tak zdawało, że dla każdego w miarę inteligentnego czytelnika powinno być dość oczywiste, że książki Kapuścińskiego, zwłaszcza te późniejsze, były mieszaniną fiction i non-fiction. Jako żywo, nie wpadłbym na to, że można było z tym mieć jakikolwiek problem, do czasu rozpętania się tej dyskusji.
Mysle, ze gatunki z pogranicza zawsze troche sie podkladaja, zwlaszcza mniej wyrobionym czytelnikom. O Kapuscinskim, nawet z ta poreczna definicja mozna przeciez sporo interesujacych rzeczy powiedziec, ale mysle, ze strach przed dyskusja jest wlasnie przesada. Chyba najgorzej dla pisarza, jak o nim milcza, zamiast sie zastanawiac, jak odczytywac jego pisarstwo…
No, fakt, że w Polsce ostatnio bardzo często zamiast pisarstwa odczytuje się życiorysy i to pod nader określonym kątem. A od tego czasem lepsze milczenie.
Ale ja i w życiorysie Kapuścińskiego nie widzę niczego naprawdę bulwersującego, nawet po ujawnieniu rzekomych “sensacji”. Dlatego nie uważam, żeby należało go za wszelką cenę bronić i osłaniać, bo bez tej obrony wszelkie ataki poszłyby, jak sądzę, w próżnię. Tak jak to było w wielu innych przypadkach. Więc jeżeli wdowie chodzi o dobre imię pisarza, to podejrzewam, że walcząc o zakaz publikacji robi mu niedźwiedzią przysługę.
Bobiku, Twój skecz o szynce dla pieska został tu kiedyś odegrany na żywo przy moich znajomych. Miejsce: churrascaria tipo rodízio (niby “grillowisko”, je się niepojęte ilości roznoszonego na okrągło mięsa) i jest zupełnie normalne, że się prosi o kości dla członków rodziny, których zostawiono w domu ze względu na barytonowy szczek. Ale przy tych podsmażonych kościach pozostaje zupełnie sporo dobrego mięsa, bo w takiej prawie przemysłowej skali kto by miał czas na wykrawanie ostatnich 100g. Więc przy stole obok znajomych siedzi rodzina i głowa czyli posiadacz grubszego głosu mówi do kelnera: “czy mógłby pan nam zapakować parę kilo kości dla psa?” a dzieci wybuchają głośnym entuzjazmem: “hura! tata nam wreszcie kupi psa!”
Dla pełnej jasności: wpisana anegdota nie jest z wątku o Kapuścińskim, który też śledzę z niepomiernym zdumieniem.
Breaking News: Tiger Woods apologizes for marital infidelities. Znowu??! A przecież niedawno przeprosił i obiecał, że już więcej nie będzie! Nie można ufać golfistom.
Moniko.dopisuje do listy,dziekuje
andsol,czasami lepiej nie czytac “sportowych” stron gazet,
lepiej smakuja grzanki,a i golfistom latwiej ufac
Bardzo ładna opowieść z grillowiska.
Dopisuję golfistów do listy tych, którym nie można ufać.

Na pierwszym miejscu są hycle!
Bobiku,hycle
ksiazki na marzec
niemiecka:
Helene Hegemann
“Axolotl Roadkill”
literacki debiut siedemnastolatki znanej juz z tworczosci filmowej,przedstawicielka wydawnictwa “Ullstein”zadzwonila z
) do przepisow,ale czy warto,moze lepiej pogodzic sie z faktem nowego “zycia” tworczego?
wiadomoscia, ze poleca wziac cale zamowienie w pierwszym terminie, moze zabraknac,to bedzie hit twierdzila.
I to jest hit literacki i medialny-plagiat!!!
Mlody jezyk,mlody ale juz wypelnionymi slowami doroslymi,
to troche jak my w wieku tym samym w rozmowach przechwalalismy sie interioryzacja i innymi podobnymi zwrotami przepisanymi ze “wstepu do psychoanalizy”
zepsute zycie dekadenckiej mlodziezy i wszysko byloby dobrze gdyby nie konpilacje,okazalo sie ze autorka posilkowala sie
nie tylko inspiracja ale przepisala z innych mniej znanych zrodel.
nie ma problemu- twierdzi-tak robiono zawsze,ktos cos ktos kogos
i patrzac na jej wiek,mysle ze wierzy w to-bo czy internet nie jest tym anonimowym zrodlem wszystkiego,z ktorego mozna czerpac dowoli na zyczenie?-teraz wydawnictwo stara sie
dodac zrodla(odkryte
kto ma czas moze poczytac stron kilka
po polsku
z wydawnictwa “czarne”
André Aciman “Wyjscie z Egiptu” (”Out of Egypt”)
czarujaca,dowcipna,ciepla saga rodzinna.
dawno(lata 30,40,50 XXw) temu w egipskiej Aleksandrii zyla sobie zydowska rodzina i ona jest glownym bohaterem nostalgicznej opowiesc w nieistniejacym juz swiecie,czasie i
przestrzeni
wciaga
a teraz: zegnam!
Tam z Kapuscinskim jest troche wiecej niz obyczajowka - mam wrazenie. Chodzi o jego wspolprace z bezpieka. Uzywam specjalnie slowa “wspolpraca”, a nie “podpisanie” jakichs papierow, bo sama mialam w zyciu jeden epizod, z Kpuscinskim, ktorego do dzis kompletnie nie rozumiem, ale odnioslam wtedy wrazenie, bardzo silne, ze on jest na uslugach bezpieki. Bylo to w roku 1980 lub 81, w lecie. Sorry, ze nie moge opowiedziec wiecej, ale to bylo jedyne dla mnie wtedy wytlumaczrnie dziwnego zdarzenia. Moge sie oczywoscie mylic, ale wiem co wiem i wierze, ze wlasnie wspolpracowal.
Po drugie, kilkanascie lat temu nie pamioetam gdzie (Times Literary Supplement? ) ukazal sie bardzo duzy i napisany przez kogos powaznego artykul o Kapuscinskim, na kilkanascie stron, w ktorym autor, bodaj historyk wykazywal punkt po punkcie jak naprawde niewiele Kapuscinski rozumial kraje, ktre opisywal, zwlaszcza Etiopie. Wytykal mu spora ignorancje i arogancje w ferowaniu wyrokow. . Nie zajmowal sie literacka fikcja, tylko sie skupil na tej stronie dokumentalnej, puib8icystycznej. Byl to druzgocacy tekst, ktorego nie chcialo i sie doczytac do konca, ale wszyscy wtedfu p nim mowili i wywolal on duze poriszenie. I posypaly sie wtedy nastepne glosy akademickioe wspierajace autora artykulu. Specjalistiom jakby se kurek otworzyl.
Z tego co pamoetam (naprawde malo sie tym interesowalam) RK nigdy na te zarzuty nie odpowiedzial merytorycznie.
Ale ja coś tak podejrzewam, że p. Alicji bardziej przeszkadza wywlekanie spraw osobisto-rodzinnych niż ta reszta, czyli konfabulacje i kolaboracje. Żadna wdowa nie czułaby się dobrze w takiej sytuacji…
Może coś takiego powinno być wydane za parędziesiąt lat, kiedy by nie sprawiło bólu nikomu osobiście…
Rysiu, Acimana czytalam. Rzeczywiscie, jest jak piszesz.
Heleno, czytalam to wtedy TLS, potem bylo wiecej artykulow, takze w prasie amerykanskiej, i w sumie to raczej ciekawy punkt poczatkowy do dalszej dyskusji na temat dziela, w tym jego przynaleznosci gatunkowej i wyrazanego posrednio lub bezposrednio podejscia do opisywanych przez niego kultur (pamietam, ze afrykanisci, takze amerykanscy, zawsze podkreslaja ogromne zroznicowanie w zaleznosci od miejsca na mapie Agryki, a i czasy sie zmienily, i orientalizm juz nie jest tak w modzie na Zachodzie, choc czesto jeszcze jakos go wyczuwam w polskich publikacjach). Jednym slowem, moglby z tego wyjsc interesujacy “teaching moment”.
A zaplatania osobiste, w tym we wspolprace z roznymi sluzbami - no coz, jesli autor ma na to dowody, to tez jest to czesc prawdy o autorze, jakos rzutujaca na jego osobisty punkt widzenia, a wiec nadal w domenie debaty publicznej.
Co do Woods’a to podswiadomie raczej stosuje regule Rysia (obecnie, pod wplywem Bobika, poszerzona o hycli).
Natomiast ten ewentualny Pulitzer dla tabloida dal mi sporo do myslenia, bo wbrew pozorom (tropienie zycia osobistego polityka), tabloid zastapil powazna prase, ktora powinna byla jednak o czyms takim doniesc (mozliwy szantaz, poza tym Edwards dopuscil sie malwersacji i powaznych oszustw, co teraz rozpatruje sad, i cynicznie uzywal calej rodziny do ocieplania obrazu “wzorowego meza i ojca” - mysle, ze o tym ewentualni wyborcy powinni jednak wiedziec).
Bo właściwie dobry obyczaj by nakazywał albo stawiać zarzuty za życia zaiteresowanego, albo zamilknąć na taki czas, by Ci, których osobiście mogłyby dotknać, juz by z tego świata odeszli, a cały dyskurs nabrał bardziej naukowego, historycznego charakteru. Przypinanie łatek osobom, które w żaden sposób nie mogą się już obronić, zawsze mnie zniesmacza.
Vesper, w zasadzie - w zasadzie masz racje, tylko, ze postawienie Kapuscinskiemu jakochkolwiek zarzutow za zycia W POLSCE nie wchodzilo wlascowie w rachube. Dlatego ze wplatywaloby go to natychmiast w biezaca polityke, a wiemy czym sie to w Polsce konczy i jak bardzo jest to “merytoryczne”. Nalezalo zatem odczekac az umrze i odczekac jeszcze troche. Jak dlugie powinno byc to “troche” mozna oczywoscie dyskutowac.
W polskiej tradycji kulturowej ponadto nie sposob byc dobrym pisarzem i jednoczesnie slabym, ulomnym czy grzesznym czlowiekiem. Mozna byc wylacznie pomnikiem albo lajdakiem. I nic posrodku.
Nie wiem sama, ale moze czas powycigac jakies nauki z Gombrowoicza, ktory sobie gebe zdarl - na prozno…
Chyba duzo zalezy jeszcze od warsztatu dziennikarskiego, historycznego, czy krytyczno-literackiego (z tej dziedziny zreszta pochodzila czesc zarzutow wobec Kapuscinskiego ze strony afrykanistow, z ktorymi mozna sie przeciez wdac w interesujaca debate). Kazdy zarzut nalezy uczciwie udokumentowac, podajac zrodla, i biorac odpowiedzialnosc za wlasne slowa - zeby nie wpasc wlasnie w tabloidowosc. A czekanie wiele lat - no nie wiem, czesto wlasnie wtedy badacze traca niejeden interesujacy, goracy slad, ktory potem przydalby sie tym, co na nowo sie wszystkiemu przygladaja po kilkunastu, lub kilkudziesieciu latach. Poza tym, Kapuscinski byl w jakims stopniu osoba publiczna, a osoby publiczne mimo wszystko maja nieco mniejsze prawo do zupelnej prywatnosci…
A nawet znacznie mniejsze prawo do prywatnosci, mowiac britalnie.
Ale czy koniecznie trzeba mu zaglądać, za przeproszeniem, w gacie?
i tu ma Pani Kierowniczka racje,co w gaciach to prywatne
a tak po prawdzie to nikt dokladnie nie wie o co chodzi i dlaczego
wdowa po Kapuscinskim zdecydowala sie na ten krok!
Ja się do zarzutów o współpracę celowo nie odniosłem, bo obecna dyskusja toczy się właśnie wokół obyczajówki. A od tej strony - no, sorry, a cóż takiego mu wyciągnęli? Że miał romans? Mój Boże, aż się chce zapytać - a kto nie miał?

Rozumiem, że wdowie nie jest zbyt miło o tym myśleć lub czytać. Ale też mam dość mocne przekonanie, że żądaniem zakazu publikacji sprawę tylko rozdmuchała. Chyba bez tego ciszej by było nad tą trumną, choć pewnie nie całkowicie cicho.
Pewnie, że w gacie zaglądać się nie musi i ja bym tego nie robił, ale w dzisiejszych czasach oczekiwanie, że nie znajdzie się taki, co zajrzy, jest trochę nierealistyczne.
Jak chodzi o zarzuty warsztatowe wobec RK, to coś mam do doszczekania, ale na pewno nie przed kolacją.
“W dzisiejszych czasach”… Ja to chyba niedzisiejsza jestem. Przynajmniej pod tym względem.
Tu chyba lezy roznica miedzy tabloidem a powazna gazeta, literatura a pornografia, i dzielem historyczno-krytyczno-literackim a pozycja, ktora chce zostac bestesellerem poprzez skandalizowanie publicznosci przez wchodzenie w pikantne, ale nie wnoszace nic w kwestii intepretacji pisarstwa szczegoly. Jesli nic nie wnosza, to jest to tylko niesmaczne. Jesli odkrywaja na przyklad, ze pisarz w stylu wybitnie macho nosil w chwilach wolnych damskie sukienki, a erotyki poety byly skierowane do zupelnie innej osoby, zupelnie innej plci - to jednak cos wnosza, i komplikuja w interesujacy sposob intepretacje ich pisarstwa. I niekoniecznie to jest niedobre, bo przeciez pisarze tez ludzie…
Tylko, jak juz zauwazyli Bobik i Helena, jakos sie to niepomnikowe czlowieczenstwo tworcow trudno przebija w polskiej kulturze.
Oj piękne, że nawet Bobik wie, ze nie trzeba złapac króliczka, wystarczy go gonić
Ooo! Mamy Nowa - Fioletowa!
Witaj i rozgosc sie.
@rysberlin: a to ”Out of Egypt” zbiegło mi się z Tobą - parę dni przed karnawałem doszło, ale jeszcze nie tknąłem, siedzę u Alaina Daliélou (The Way to the Labyrinth). Aciman jest w jakiś sposób wynikiem niedawnego czytania Dalii Sofer “The Septembers of Shiraz”, przynajmniej przed czytaniem tak mi się zdaje.
R.K. usunięty na bok jako TW? No, nie u mnie. Owszem, Cesarz od pierwszej do ostatniej chwili nie leżał mi, jakoś był pastiszowaty, ale Imperium, Heban czy Podróże z Herodotem (a także sporo kawałków Lapidarii) weszło do środka i nic stamtąd nie wyciągnie. Wywiad z Beresiem dopiero nadczytany i zostawiony “na potem” też już wiele dał.
Nie znam Afryki i jeśli trzeba będzie, uwierzę (o ile przymuszony do tego), że była tam doza ignorancji. W arogancję uwierzyć trudniej, bo to i zwykły czytelnik, nie tylko specjalista, potrafi dostrzec. Tym bardziej, że jak mało kto pisał o zwykłych ludziach stamtąd z sympatią i szacunkiem. Przecież po czytaniu go nie da się czytać Mirosława Żuławskiego, bo to taki bwana kubwa…
http://www.richardwebster.net/johnryle.html
Pytania w sprawie reportazy Kapuscinskiego, zadawano od lat. Zaczelo sie chyba od artykulu Johna Ryle z 2001.
Jest piatek popoludnie a ja wciaz w pracy.
Dobry pisarz niekoniecznie musi byc krysztalowy. Nie wiem czy czytaliscie biografie zyjacego pisarza V. S Naipaul napisana przez Patricka Frencha ostatnio. Pisarz udostepnil mu swoje listy i archiwa wiedzac, ze rezultat bedzie swiadectwem jego najgorszych cech/ postepkow. Well.. dobre pisarstwo sie jakos obroni. Informacja jest tak latwa do zweryfikowania w dzisiejszych czasach. Przekonal sie o tym tez Jerzy Kosinski.
Szkoda zony, ale mam nadzieje, ze ksiazka bedzie opublikowana. Ja bym raczej brala przyklad w tym wzgledzie z Naipaula.
Do pogadania wieczorem.
Pozdrawiam.
Kroloku, serdeczne dzieki za odgrzebanoa tego artykulu, ktory teraz przeczytalam uwaznie, dziwiac sie jednak, ze RK mial odwage tak zmyslac, jakby tego nikt poza POlakami nie mial przerczytac i zweryfikowac. Chyba jednak nie na tym polega reprtaz literacki. To jest ” w Etiopii czyli nigdzie”.
Ze dwa tygodnie temu ogladalam przepiekny dlugi reporetaz o Etiopii, o jej starozytnej historii, oszalamiajacej pieknem sztuce i jej spoleczenstwu, od ktorego wile mozemy sie w uczyc. . Jest to jedyny kraj w Afrtyce do ktorego MUSZE pojechac zanim umre, nawet myslalam aby Bobika namowic. . Ale nie dzieki Kapuscinskiemu.
Chetnie sie z wami do Etiopii wybiore. Etiopczycy i Somalijczycy to tez sa wyjatkowo wizualnie piekni ludzie.
Stamtad tez nasza prapraprapraprapra-matka Lucy.
Polnocna i polnocno-zachodnia czesc Etiopii sa tak bogate w zabytki (zywe, czynne) i tak piekne, ze mozna dostac zawrotu glowy. Tak, i Etiopczycy sa piekni.
To co? Planujemy wycieczke do E.?
Dla mnie E. jest jeszcze i z tego powodu bliska, ze pochodzil stamtad dziadek ukochanego Puszkina. Chyba tez i dziadek Aleksanda Dumas? Czy byl on Somalijczykiem?
Dla mnie szokiem było odkrycie, że Bułhakow był draniem dla “swoich” kobiet i że w ogóle żaden z niego ze spiżu pomnik. No i nic się nie stało, jak miałam bzika na punkcie M. i M., tak mam. Myślałam wtedy, co tak naprawdę i czy cokolwiek wiem o autorach uwielbianych książek. Guzik wiem. Ale gdy czuję, że w głębi ciemnego znalazłam się lasu albo gdy zamęt w domu Obłońskich staje się moim zamętem, niewiele mnie to nie obchodzi.
Biografię V. S Naipaula czytałam i zgadzam się, że dobra literatura nie musi iść w parze z kryształowym charakterem jej autora. Tez ubolewam, że u nas dobry pisarz, dobry kompozytor, dobry naukowiec musi być koniecznie człowiekiem o nieskazitelnej biografii, bo jak nie, to go z błotem zmieszamy. Jesteśmy niestety takim małym, biednym, zakompleksionym narodem z wielką a niezaspokojoną potrzebą posiadania Autorytetów. Tak niewielu Wielkich było w naszej historii (byłoby może więcej, ale zanim stali się Wielkimi, to ich popodgryzaliśmy po kostkach, oskubaliśmy z piórek i zrównaliśmy do poziomu, bo odstawania od średniej nie znosimy), że jak juz się jakiś trafił, to musiał i musi pełnić rolę plastra na narodowe kompleksy.
No, wlasnie. A w Polsce przestali wydawac Iwaszkiewicza, bo choc swietny pisarz i poeta, to wiadomo, ze komuchom w d. wlazil. Nawet go z listy lektur skreslono. Ani jednego pinkwolonego wierszyka!
No i był nieodpowiedniej orientacji seksualnej. Niech młodziez lepiej czyta “Ogniem i mieczem”. Eeeech …
No tak, Vesper. Na Panstwowo-Koscielny pogrzeb Geremka nie zostala zapropszona partnerka jego zycia, z ktora mial dwojke doroslych synow. Zas w doniesieniach prasowych o wypadku samochodowym, nawet w Gazecie Wyborczej, nie miala ona zadnego imienia. Wystepowala jako “oraz kobieta”. Bo nie mieli slubu. Wiec jej na panstwowy pogrzeb zaproszenie sie nie nalezalo. Jeszcze by sie ktos dowiedzial!
Poważnie? Nie wiedziałam. Ani mnie ziębi, ani grzeje życie osobiste śp. profesora Geremka, ale wyobrażam sobie, że gdybym nie mogła pożegnac kogoś bliskiego, bo ktoś uznał, że moja obecność jest “nieodpowiednia”, to byłaby to dla mnie wielka osobista krzywda. Współczuję tej pani.
Drobiazg w sumie, ale sama pamiętam, jak mój własny kuzyn na zaproszeniu dla mnie na swój ślub napisał “wraz z osobą towarzysząca”, choć mojego ówczesnego narzeczonego a obecnego męża znał osobiście, z imienia i nazwiska również. Poczułam się naprawdę doknięta. To są nieprzyjemne, bolesne sprawy.
Obawiam sie, ze tak. I podobno to bardzo przezyla, slyszalam od przyjaciolki, ktora poszla ja w dniu pogrzebu odwiedzic. .
Jak to, u licha, Helenko, przestali wydawać Iwaszkiewicza. Ciągle wydają!
http://www.gandalf.com.pl/a/iwaszkiewicz-jaroslaw/
To na pogrzeb konieczne są zaproszenia?
Przecież każdy może przyjść. Nikt nie stoi i nie odgania.
To byl pogrzeb Panstwowy, za zaproszeniami. Synowie dostali, Pani Hania -nie. W panstwowych nekrologach tez nie istniala. Wyrazy wspolczycia wylacznie dla synow.
A ciesze sie, ze zaczeli wydawac Iwaszkiewicza. Czytalam, gdzies, ze nie wydaja.
Trochę czasu mi zeszło, zanim tę kolację nadtrawiłem. Ale chyba jeszcze zdążyłem, zanim wszyscy poszli spać.
Heleno, Fioletowa nie jest całkiem nowa, bo już tu zaglądała, co oczywiście w niczym nie przeszkadza, żebyś ją serdecznie przywitała.
Trochę z tego, co miałem doszczeknąć o Kapuścińskim, już zostało powiedziane, zwłaszcza przez Królika, ale swoje dwa grosze dołożę, a co. Ja mogę bez żadnych problemów dalej zachować niezmieniony sentyment do jego książek, bo nigdy ich nie traktowałem encyklopedycznie. U RK było widać, że to rasowy pisarz, który co rusz dominował reportera. I nie jest dla mnie takie ważne, czy nigdzie się nie rąbnął w sensie faktograficznym, bo rąbnął się nieraz. Ale on świetnie umiał wchodzić pod podszewkę zdarzeń, wychwytywać ich mechanizmy, mówić coś bardziej nawet o ludzkiej naturze, o ludzkich społecznościach jako takich, niż konkretnie o Afryce czy Azji. A poza tym - warto przeczytać głosy krytyczne na jego temat, a potem na przykład “Heban” czy “Cesarza”. Taka dziwna rzecz się wtedy dzieje: niby się wie, że to i owo przekłamane, niezgodne z faktami, a jednak - jak ma nie zachwycać, skoro zachwyca.
Bo to się czyta tak, że się w opisywany świat wchodzi z bebechami, widzi się to, słyszy, czuje nosem. I od tego właśnie są dobrzy pisarze.
A od innych rzeczy są naukowcy i można się przecież do nich zwracać, jak się chce solidnie, dokładnie i co do grosza.
Nie wszystkim warto wierzyć


Byłam kiedyś na pogrzebie państwowym, moja ówczesna redakcja w ramach dyżuru kazała mi iść na pogrzeb ministra kultury (Andrzeja Zakrzewskiego). Żadnych zaproszeń nie było…
Ale może Geremka potraktowano specjalnie
Łajza, oczywiście odpowiadałam Helenie
Co do Kapuścińskiego, nie będę się powtarzać, bo wspominałam już dziś o tym u sąsiada, ale jego twórczość to dla mnie zawsze była przede wszystkim literatura. I to bynajmniej nie faktu. Zwłaszcza “Cesarz”, który w owych latach był oczywistą alegorią, i nie interesuje mnie, na ile to przypomina historię Etiopii, tylko co Rysiu chciał dać do zrozumienia…
Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby pogrzeby za zaproszeniami urządzano właśnie w takich przypadkach, kiedy chce się uniknąć obecności “niepożądanych” osób.
Bo mnie w ogóle już coraz mniej dziwi. Taka - postępująca - choroba.
A tak w ogóle to owszem, pani Hania była partnerką Geremka i nie mieli ślubu, ale była nią równolegle ze ślubną żoną, też Hanią zresztą… Wygodnie mu było skubanemu, nawet imiona mu się nie mogły mylić
No, to Pani Kierowniczka powiedziała 00.11 innymi słowy to, co ja wcześniej.

A jeszcze jak chodzi o życiorys - właściwie pisarz (czy szerzej, artysta), który rzeczywiście byłby taki absolutnie czyściutki i pomnikowy, nie mógłby być dobrym pisarzem. Bo tyle by on wiedział o człowieku, co zakonnicy o seksie.
Autor tego artykulu w Times Literary Supplement przyznaje, ze jest to pieknie napisana ksiazka, ale czytelnik biorac ja do reki nie domysla sie , ze jest to jakas alegoria czy opowiesc podroznika tylko zapewniany kategorycznie, ze wszystko zostalo spisane ze stenogramow, ze jest to faktograficzny reportaz. Cesarz
” is presented unambiguously as factual reportage and it asserts its claim on the reader’s attention as such. The dearth of other sources on the subject — no member of the Imperial court of Ethiopia survived to write a memoir of Haile Selassie — means that the book would have considerable documentary importance if the information in it could be relied on. “
Na wycieczkę do Etiopii jak najbardziej się zapisuję. Rzeczywiście - tak piękni ludzie, że już sam ten powód by mi wystarczył.
A że jest jeszcze mnóstwo innych, to tym lepiej.
Tylko jeszcze najpierw mam w planie Kongo i deltę Okawango (ze względu na piękne zwierzęta). Ale jedno drugiemu, a drugie trzeciemu chyba nie przeszkadza?
Ludzie piękni. Na Saskiej Kępie jest knajpka prowadzona przez ludzi z tych okolic. Napatrzeć się na nich nie mogę, i na faceta, i na kobitkę
A teraz przyznam się, że w poniedziałek będę w Londynie! Ale tylko w poniedziałek…
Tylko, ze ze slubna Pania Hania nie zyl, jesli rozumiem, od cwierc wieku?
Heleno, ale przecież zapewnienie, że narrator opisał wszystko wiernie i zgodnie z prawdą (”i ja tam byłem, miód i wino piłem”) też bywa zabiegiem literackim, wcale nie takim rzadkim. I na odwrót, autorzy książek znajdujących niemal stuprocentowe odbicie w rzeczywistości często podkreślają, że “wszelkie podobieństwo jest przypadkowe”.
Auu?
W poniedzialek?
A bedzie troche czasu na … whatever?
Ponadto moj pokoj dla gosci stoi otworem! I wygodny dojazd wszedzie. W tym od i do Heathrow Airport 
No myślę, że czasu może troszkę być. Przylatuję w niedzielę późnym wieczorem, mam zarezerwowane jakieś wiktoriańskie cudo pt. Grosvenor Kensington Hotel, a główny cel przyjazdu odbędzie się w poniedziałek wieczorem. A co? Recital Zimermana
Resztę dnia mam prawdopodobnie wolną.
Wylatuję z powrotem we wtorek przed południem.
Bobik, czy ja napadam na Kapuscinskiego? Czy moze go chce skreslic z listy Wielkich Pisarzy? Ja tylko streszczam zastrzezenia wypowiadane tu glosno, a przemilczane o ile wiem w Polsce. Ktore moga miec cos wspolnego z tym, ze Zacna Wdowa nie chce tej nowej ksiazki o mezu dopuscic do ksiegarn.
I nie dziwi mnie, ze Afrykanczycy nie chca znac Kapuscinskiego i ze on ich boli. Jak sie nazywal ten XVIII-wieczny francuski podroznik, ktory napisal ksiazke o Rosji, bardzo ceniona w Polsce, ale rojaca sie od tylu anachronizmow, ze niektore weszly do jezyka rosysjkiego jako przekadla kiedy sie mowi o nierzetelnosci i banialukach, jak np “rozwiesistaja klukwa” (”Podano nam herbate pod rozlozysta borowka…”)
Kapuscinski chyba nie spodziewal sie takiej slawy. Bo jego odbiorca stal sie nie tylko obywatel polski, ale i np. Etiopczyk, a ten przeczytawszy Cesarza nie czul Afryki tylko myslal:- what the heck is this?
No markiz de Custine zapewne…
A klukwa to żurawina
Ano, Markiz.
A na co by Pani Kierowniczka miala w Londynie ochote w ciagu dnia? I czy nie prosciej przyjechac z miejsca do mnie. oszczedzajac czasu i ewentualnie zadzwonic do wiktorianskiego cuda, ze zjawi sie przed koncertem? How’s that?
Wiktoriańskie cudo jest, żeby było śmieszniej, w niejakiej odległości od koncertu, który jest w Royal Festival Hall
Szkoda, że nie w Royal Albert Hall, bo byłoby na piechotę. Ale pewnie mało co byłoby słychać 

Na co mam ochotę? No, zależy, jaka będzie pogoda. W tej okolicy Kensington) w sumie mało co byłam, a jest się na co pogapić… Na jakieś muzealne historie pewnie będzie mało czasu. No, chyba że w środku dnia się przejechać już w kierunku koncertu, do Tate Modern - Bałka tam jeszcze jest, no i w ogóle jest się na co pogapić
Co ja ciągle z tym pogapieniem, gapam czy co
To idę na razie spać, dobranoc
Z tymi zapewnieniami, ze historia jest prawdziwa to rzeczywiscie bylo juz jakis czas temu, i teraz nieco inaczej sie na to jednak patrzy. Kapuscinski to tez juz troche inny czas, a nawet miejsce (odizolowane, zamiast polaczone z reszta swiata). Ale to wszystko jest wlasnie raczej temat do rozmowy, raczej niz do zabraniania wydawania ksiazek.
A co do polaczonego obecnie swiata i fikcji, to Dora bedzie w poniedzialek Londynie, a moj maz - w Warszawie, w hotelu, ktorego moj pradziadek byl kiedys akcjonariuszem, co reprezentuje ladna symetrie, jak fikcja… A jeszcze na dodatek dzis przypadkowo natknelam sie w ulubionym sklepie na dwie sliczne figurki Ganesha, calego z czarnego kamienia - i jedna dostalam za darmo! Wiec sama czuje sie nieco fikcyjnie, jak kiedys Helena, gdy ja obdarowal wlasciciel eksluzywnej kwiaciarni.
Heleno, ja też nie odpowiadałem ad personam, tylko zastrzeżeniem na zastrzeżenie.
A że Afrykańczycy en masse, jako tacy, nie chcą znać Kapuścińskiego, to jest kolejne uogólnienie, które jest guzik prawdą. Zachęciłem kilku afrykańskich przyjaciół do przeczytania “Hebanu” w tłumaczeniu na angielski i francuski, kilku innym opowiadałem fragmenty i reakcje były typu- o, ten facet czuje Afrykę. Nawet jeżeli ktoś sprostował ten czy ów szczegół, to nie przywiązywał do tego większej wagi, bo istotniejsze było dla niego coś, co było właśnie pod powierzchnią faktów. Czucie, a nie szkiełko.
Jest oczywiście wielu naukowców afrykańskich, którzy czują się bardzo urażeni, kiedy biali próbują interpretować ich historię, albo przedstawiają ją niedokładnie i wolno im mieć swoje zdanie. Ale to nie są “wszyscy Afrykanie”.
I jeszcze jedno - niby wiadomo, że nie ma jednej Afryki, ani Europy, ani Azji. A jednak sami Afrykanie bardzo często używają tej opozycji: “bo wy Europejczycy” - “bo my Afrykanie”. Nie my, Etiopczycy, nie my, Kongijczycy, tylko “my Afrykanie” (dla ścisłości-dotyczy to tzw. Czarnej Afryki). Być może zresztą właśnie w zetknięciu z Europejczykami znajdują coś, co ich mimo wszystkich różnic łączy, jakiś “afrykański rdzeń”. I chyba byłoby z mojej strony arogancją, taką samą jak zglajchszaltowanie całego kontynentu, zlekceważenie tego poczucia wspólnoty i powiedzenie “nie mówcie my, Afrykanie, bo ja wiem lepiej, że między wami są ogromne różnice”.
Absolutnie wszystko w Londynie jest w niejakiej odleglosci od Royal Festiwal Hall procz Tate Modern*. Festiwal Hall znajduje sie w dzielnicyu znanej jako U Czorta na Kuliczkach. Ale bez przesady - wszystko tu jest bliskie w porownaniu z Nowym Jorkiem.
Kensington jest tez przyjemny.
KLukwa to zurawina, bardzo slusznie, ale po pierwsze zapomnialam slowa zurawina, a po drugie nie odrozniam jednego od drugioego. Jedno jest troche mniejsze od drugiego, ale ktore - wez mie i zabij!
____________________________
.* Who or what is Bałka?
Mirosław. Na pewno stoi w Wiki.
Moniko, a nie spróbowałabyś odzyskać tego hotelu, którego pradziadek był akcjonariuszem? Można by wtedy nawet zrobić jakiś zlot blogowy.
A tak, przyjemnie dostac Ganesza. Ja tez mam jednego malutkiego Ganesza-slonika - od osmioletniej wowczas Markizy, spotkanej w czasie wedrowki z taborem.
Te kwiatki z Richmond jeszcze mam, w przedpokoju.
Bobiku, lokalizacja jest dobra, ale wlasnie to juz sa inne czasy. Tyle, ze na zloty blogowe rzeczywiscie by sie przydalo.
A poki co moge praktykowac brak przywiazania do dobr materialnych.
Oprocz podarowanego Ganesha, ktory dobrze sie komponuje w salonie. 
Pamietem Markize, Heleno, i historie z malym Ganeshem od niej. Tez mogloby to byc w dobrym opowiadaniu, a akurat prawdziwe zdarzenie…
Ja od lat praktykuję brak przywiązania do dóbr materialnych, ale nie powiem, żeby to było z wyboru.

A tak teoretycznie, to przywiązania do salcesonu nie mam najmniejszego zamiaru się wyrzekać.
To moze ten zlot jednak w Etiopii? Tam tez z pewnoscia sa jakies zwierzatka. A jaka architektura! I rzezby!
Tak zupelnie z wyboru, to jednak malo kto, Bobiku… Ale czasem zycie popycha w tym kierunku, byle nie za ostro.
Natomiast strawa - duchowa i nie tylko - nie jest dobrem materialnym, a czyms absolutnie niezbednym do zycia, wiec sie nie wyrzekaj. Na szczescie dosyc masz wlasnego rozsadku, zeby tego nie robic. 
Wiesz, Heleno, ze Etiopia mi bardzo odpowiada. Znalam kiedys przemilego amharskiego poete, ktory potem niestety zniknal mi z oczu, ale pozostaly mile skojarzenia. I moze jednak cos Kapuscinski wyczul, bo on pisal dosc formalnym jezykiem, tak ze notki do mnie konczyl zwykle po angielsku uprzejmym pozdrowieniem, pewnie tlumaczeniem z amharskiego: “I adore with respect”.
Nareszcie w domu.
Bobiku, salceson jak najbardziej… ja osobiscie wole czarny…
Jesli chodzi o dobra materialne to brat mojego meza to jest obiezyswiat, hulaka i bawidamek co to nie ukrzywdzi muchy. Poniewaz nie ma domu od 30 lat wiec nie posiada wiele rzeczy materialnych. Zwykle mowi ” ja tam fantow nie zbieram”. Trudniej sie z nimi przenosic z miejsca na miejsce, a i Do Krainy Wielkich Lowow wiele sie ze soba przeciez nie zabierze…
W sprawie pogrzebow i komu wypada na nim byc to ja, jako francuski snob, pamietam pogrzeb panstwowy Mitteranda, na ktorym byla zona, kochanka i dorosla corka (wspolne dziecko z kochanka czy jak to sie teraz nazywa). Kochanka dosc dyskretnie, nie w pierwszym szeregu pod pache z zona oczywiscie. The French!
Mitterand to wlasciwie tez byl kawal drania. Byla na ten temat jego wspaniala biografia.
“I adore with respect”, bardzo pieknie! Ja tez takie pozdrowienia czasami dostaje. Bywa, ze pare razy w tygodniu, a czasami dostaje je tez Most Respectful Kot Mordechaj. Zawsze z propozycja przelania na moje lub jego konto sporej sumu pieniedzy po naszych zaginionych w katastrofie samolotowej krewnych.
Ale byśmy się nudzili bez tych drani, co?
Z RK i amharskim poetą skojarzył mi się amharski książe krwi, prasiostrzeniec, czy też prabratanek Hajle Selasie, Asfa Wossen-Asserate, który od lat żyje w Niemczech i napisał po niemiecku dość popularną przed kilku laty książkę pt. “Manieren”. To nie jest podręcznik savoir vivre’u, tylko takie historyczno-socjologiczno-literackie spojrzenie na europejskie maniery, chwilami w zestawieniu z pozaeuropejskimi. W przedmowie Asserate zastrzegał się nieco kokieteryjnie, że być może jest pewną bezczelnością ze strony nieeuropejskiego autora pisanie historii europejskich (zwłaszcza niemieckich) manier, ale z drugiej strony być może właśnie mieszanka dystansu i współuczestnictwa pozwala je opisać nawet lepiej.
A ja czytając to myślałem chwilami o “Cesarzu” i o tym, że Etiopczyk z okolic dworu nawet po zgermanizowaniu, zeuropeizowaniu i zdemokratyzowaniu karierę zrobił jednak na etykiecie.
Bobiku, to samo jest z Mandela i manierami (podobno przed pobytem w wiezieniu nie umial sobie nawet zawiazac sznurowadel, a podbil i oczarowal nawet swojego straznika, bo od urodzenia chowano go na przywodce). Mozna zgubic fanty, i przeniesc sie kilka razy, i funkcjonowac w zupelnie innym miejscu i jezyku, ale cos tam z zaciecia rodzinno-zawodowego jednak zostaje. Na pewno i Mandela, i Asfa Wossen-Asserate dobrze lepiej by doradzili w sprawie pogrzebu prof. Geremka… Podobnie, jak Francuzi, jak zauwazyl Krolik.
Och, Francuzi byliby chyba ostatnimi, którzy by niegrzecznie potraktowali femme de ménage à trois (o ile nikt wcześniej nie wymyślił takiego określenia oficjalnej kochanki, zastrzegam sobie copyright).
To by było absolutnie wbrew nie tylko ich tradycjom, ale i najświętszym wartościom. 
Heleno, w Etiopii ciekawych zwierzątek jest co nieco, ale najchętniej poobserwowałbym pawiany-dżelady. One mają fascynujące życie socjalne, jak zresztą większość naczelnych (nie mylić z naczelnikami). Po angielsku nazywają się heart-bleeding-baboons i tu dobrze widać dlaczego:
http://awf.org/blog/wp-content/uploads/2009/09/Lion-Babboon.jpg
No widzisz, Bobiku - w Polsce tez tak gdzie niegdzie bywalo, ale zapomniano w ramach powrotu do zupelnego mlodziankowatego niwiennego dzieciectwa.
Maskotka dla Parii Krwwiacych Serc.
Jeszcze jeden powod wiecej Bobiku, zeby podziwiac Francuzow! Skomplikowane prywatne zycie, jak oni maja na to wszystko czas? Jak sa w stanie meandrowac pomiedzy malzonkiem, kochankiem, randkami, schadzkami? To moze byc jakas dodatkowa umiejetnosc czy talent. Moj maz mowi to z powodu tej francuskiej pokretnej gramatyki jakos sie Francuzi w pokretnosci dobrze odnajduja. Mysle ze po prostu im zazdrosci!
A ja dostalam wlasnie wsciekly list hmmm… ze swiata, ze Pani Hania nr2 jednak byla w koncu na pogrzebie!
A ktoz inny jak nie ksiaze z Domu Dawidowego napisalby taka ksiazke! Wyszla ona tez i po angielsku i przez wiele tygodni utrzymywala sie na liscie bestsellerow. Nie czytalam, zaluje. Moze sie rozejrze, jesli jeszcze jest w druku, bo to akurat moze byc bardzo fajna lektura.
Mandela ma nieskazitelne maniery. Pamietam specjalne wydanie popularnegio niegdys programu ogrodniczego BBC, kiedy to ekipa specjaloistow na prosbe ktoregos z domownikow zjawiala sie i pod nieobecnosc jakiegos innego domownika, przerabiala i przebydowywala ich ogrod. Otoz w “specjalnym” wydaniu tego programu mieli oni na prosbe drugiej zony Mandeli przereobic w ciagu dwoch dni ich ogrod wokol nowo zbydownego domu, pod nieobecnosc Pana Domu.
Kiedy olsniony Mandela zobaczyl swoj nowy ogrod, i dziekowal ogrodnikom, specjalny komplement zostawil dla jedynej w zespole kobiety. Ona o malo nie upadla z wrazenioa na ziemie, kiedy uslyszala od prezydenta RPA: Madam, you are very beautiful and you look like a… Spice Girl!
A, faktycznie, Partia Krwawiących Serc jak najbardziej może sobie dżeladę wyhaftować na sztandarze.
Teoria o wpływie pokrętności gramatycznej na stosunki rodzinno-uczuciowe jest fascynująca, ale jak wobec tego musi wyglądać prywatność na przykład Węgrów?

Niesamowity ten pawian! To krwawiace serce wyglada bardzo jakos tak… nieprzyjemnie. Disturbing.
Ciekawe dlaczego Ewolucja mu ten trojkat wyciela?
Heleno, możesz zajrzeć do poczty? Pewnie jest tam też jakiś mail niewściekły.
Moniko, co do braku przywiazania do dobr materialnych tego (jak i innych rzeczy) najlepiej uczyć się przez naśladownictwo. Odbieramy bliźnim co mają, patrzymy jak reagują, a po jakimś czasie przejmujemy (oprócz ich dóbr) także ich reakcje.
Bardzo ciekawa dzisiaj dyskusja i bardzo dobrze jest miec takie miejsce, gdzie jakos i glowy sa otwarte na innych i niekoniecznie trzeba myslec tak samo. Tu moje chapeau bas dla Bobika. Wyobrazam sobie, ze gdzie indziej, jak to juz vesper zauwazyla, potrzeba plastrow na narodowe kompleksy zaglusz dyskusje i veryfikowanie opublikowanych pogladow, a nawet odbiera sie to jako atak na narodowe swietosci. Albo malosc charakteru.
Jestem pewna ze Trynidad i Tobago nie cierpi tak z powodu biografii V. S. Naipaula i nie domaga sie, zeby dociekania zmiesc pod dywanik i udawac jak gdyby nigdy nic, bo tak najsluszniej.
Z Partia Krwawiacych Serc i jej sztandarem do Etiopii!
Do Etiopii, Kroliku!
A swoja droga, moze Partia Krwawiacych Serc podjelaby sie zrzutki na ksiazke o manierach i na filmy z Mandela, i podeslala to Czolowym Reprezentatom Inteligencji Zoliborskiej. Krwawiace Serca z reguly nie odmawiaja pomocy potrzebujacym…
Andsol, ten eksperyment juz przeprowadzono sporo razy, tyle, ze zwykle bez ostatniej czesci…
O Bobiku Hiszpanie…

No, tak. Rozmawiałem z Mordechajem. Szedłem spać trzeźwo…
Dobrze, że Pani Kierowniczka w Londynie dopiero w poniedziałek.
Inspirujący blog Andsola zainspirował mnie na dobranoc.
Stoi bliźniacza lokomotywa
i czasem w gumki sobie pogrywa
bo ją rozrywa.
Niechby się nawet w prasie czepiali,
byle porządzić choć trochę dali,
bo któż zbyt długo wytrzymać może
na bocznym, niezbyt ciekawym torze?
W wagonach pełno jest przeciwników,
lecz któż by pilnie słuchał ich krzyków,
kiedy splendorów rozkoszna złuda
pcha nas do czynu: a nuż się uda!
Nagle - sny!
Nagle - my!
Para buch!
Nas jest dwóch!
Ruszyła po torach wiadomych i starych…
ach, gdyby po drodze zabrakło jej pary!
A co to to, co to to
co to tak gna?
No, miejmy nadzieję, że wreszcie - do dna.
Na szczescie topiatek Bobiku, do poniedzialku wytrzezwiejemy wszyscy…
Moniko, obawiam sie ze Pokolenie Reprezentantow Zoliborskich i bez naszego wkladu wyginie wkrotce…
Bobiku, trzymaj sie dzielnie: jutro krupnik, bulion, rosol, herbata z cytryna, a na obiad szybkie lekkie chinskie danie: wolowina z baby bok choy i ryz.
Króliku, właściwie, w sferze faktograficznej, nie jest tak tragicznie. Może trochę podkoloryzowaem w imię tej tam… licencji. No, bo nie chciałbym, żeby mi ją odebrali przez takie głupie zaniebanie, jak niezaznaczenie w moim życiorysie telefonicznego romansu z Mordechajem.

Ale teraz to już spać grzecznie pójdę, żeby być chociaż o krok bliżej do kanonizacji.
Romansował raz pies z kotem
to historia jest prawdziwa
to i to – rasa chutliwa
chcecie znać, co było potem?
Ha! Robaczki, nic do tego
ani Wam, ani nikomu
nie robili wszak nic złego
choć jak spisać to pół tomu…
Tajemnicy ich romansu

nie wydam, nie bądźcie źli
jedno zdradzę z ich aliansu:
obaj byli jednej płci…
Jedna płeć, gatunek inny,
Ale poromansowali -
To czas nocny jest tu winny,
Winko, które popijali…
Dzień dobry.
No, czy to ładnie tak się z płci nabijać?
A co ja w końcu jestem winien, że ją mam?
A w ogóle to ostrożnie dziś ze mną, bo pogoda się zrobiła typowo nadreńska w lutym, czyli mokra glamdzia, co mi bardzo źle wpływa na humor. Zalecam przyjęcie w stosunku do mnie kursu “my się go boimy, na palcach chodzimy”.
Who’s afraid of the Big Bad Bob?
No, Obywatelu Bobik, doszły nas słuchy, że będziecie grzywkę rozjaśniać…
O, właśnie! Big Bad Bob. Taki od dziś będzie mój pseudonim artystyczny.
I żadne tam rozjaśnianie grzywki, to by nie pasowało do imydżu. Kolor zostawię czarny, ogon nabiję ćwiekami i dam się uwiązać na łańcuchu. I wydam płytę pod tytułem “Wrrrrrrr!!!!.
Taję
Ladies and gentlemen,
BIG BAD BOOOOOOB!
Ja, Bob wściekły pies
doprowadzę was do łez
nim nadejdzie życia kres
sprawię wam tu taki dżezzzz
że nie widział żaden bies
oh yeeeessss…!
Tu solo na zerwanej strunie g:
………………………….
Ja, Bob, very bad
mnie nie straszny żaden gad
wyrwę dziś wam po pośladku
pozbawię was waszych zadków
a kto jeszcze jakiś ma
wnet zobaczy złego psa!
Aaaaaaaaaa….!
Tu publiczność dyskretnie się wycofuje, nie czekając końca koncertu…
Kuuuuuurrrrrrtyyyyyna!
Haneczko, bo ja wiem, czy jest się z czego cieszyć?
Po zimie wszelki ślad już spłynął,
w karmniku brak frekwencji,
na odwilż patrzę z kwaśną miną
bez zbytniej rewerencji.
Nie lubię, gdy mnie w łapy mrozi,
lecz błoto? Kto to widział!
Pretensje ciężkie mam do bozi
o pogodowy przydział.
Niektórym to się na ryj krzywy
dostają smaczne kąski.
No, weźmy takie Malediwy -
czy toną w błocku grząskim?
Czy niebo mają szarobure,
z ołowiu wilgotnego?
Klnę się na ozonową dziurę:
daleko im do tego!
A u mnie plucha, zawierucha,
kałuże oraz chlapa.
Od tego mógłby nawet puchacz
do życia stracić zapał.
Gdzie sprawiedliwość, spytam prosto?
Po równo wszystkim klimat?
Ech, co tu gadać! Wokół roztop
i ni-to-pies-ni-zima.
Cholera, do tego tekstu zeena będę chyba musiał rozrywać futro na piersi.
Gitarę już strzaskałem, lecę po następną.
Bad Bob, syn szatana,
usłyszycie me oj dana
i przewrócą wam się flaki…
Jestem zły i będę taki!
Bad Bob, baba ryba,
dobrym być po kiego grzyba,
nie pomogą płacze, piski,
wszyscy precz od mojej miski!
Bad Bob, kawał drania,
nie był taki od zarania,
ale teraz zeń artysta
i z imydżu chce skorzystać!
Czuję do was dzisiaj miętę
płynie wartko ślina z pyska
zostanie z was krwawy strzępek
na moich zębiskach!
W trosce o imydż, powyższe utwory Bobik wykonuje tarzając się z pasją w błocie
Haneczka na ochotnika do robienia scenografii? Bardzo dobrze, każda para pracowitych rąk się przyda.
Bad Bob w strzępy was rozniesie,
w rozrywkowym on biznesie,
więc na rozrywaniu zna się
i ma spory jego zasięg.
Lepsza ciężka już choroba
od ukąszeń Złego Boba,
po występie jego ostrym
ne masz brata już, czy siostry,
albo masz, ale w kawałkach,
gdy ząb Boba słodko załka.
W błocie się na scenie tarza,
wyrazami się wyraża,
szczeka jak goły w pokrzywach
i z łańcucha się urywa,
wśród publiki robi jatkę,
po czym puszcza gadkę-szmatkę
(nieodzowną w takich razach),
że to imydż tak mu kazał,
że za sztukę trzeba płacić,
że to drobiazg - ucho stracić…
Krótko mówiąc - tego psiska
lepiej nie oglądać z bliska!
Poczytałam, kliknęłam pracowitą ręką i http://www.virtualshoemuseum.com/vsm/o.php?id=1216&col=person&sub=230
Aaabsolutnie widzę w czymś takim Mamę Bobika
But swietny, Haneczko!
A dla mnie Big Bad Bob jest nieprzekonujacy, dopoki nie ma porzadnego body-piercing i paru tatuazy (najlepiej z bledami ortograficznymi)…
Dla Heleny (jak Mordechaj dojdzie do siebie po nocnych romansach)
- mam nadzieje, ze sie otworzy. Eliot Spitzer o Obamie w programie Billa Mahera (ostatnio najlepiej podsumowuja obecna sytuacje w polityce amerykanskiej komicy, co tez zreszta o czyms swiadczy). A przy okazji odpowiedz Rysiowi, dlaczego Patrick Kennedy zrezygnowal z kolejnego kandydowania na czlonka Izby Reprezentatow: to juz nie sa czasy jego ojca, i w polityce panuje niemoznosc i paraliz. I to w polaczeniu z jego problemami osobistymi naprawde jest powodem jego wycofania sie z polityki. Wiele innych osob zreszta idzie w jego slady.
http://www.huffingtonpost.com/2010/02/20/eliot-spitzers-tough-word_n_470013.html
Mama już zaczęła planować skok na to muzeum, bo podejrzewa, że w wolnej sprzedaży takich psibutów nie ma.
” Professor-like administration”? jako wyzwisko pod adresem administracji Obamy? Kurcze, ta Ameryka juz zupelnie na skraju przepasci! Przydaloby sie wiecej Zoliborza, a mniej wszystkich tych princetonow, yale’ow i harvardow.
Moje polaczenie komputerowe siadlo. Mam nadzieje, ze rychlo powroci. A tymczasem oderwana od zlobu, nieszczesliwa
H.
Tatułarz pod fótrem na gżbiecie mam skryty,
czaróję nim grupies, czyli psie kobity,
karzda jedna za mnom poleci jak w dym,
kiedy jom pszywabię tatułarzem swym.
Na bukiety kiełbas nie marnuję kasy,
hociarz na psie laski jestem bardzo łasy,
włos tylko odhylam, niby nigdy nic,
a tam wielki mastyf szczeży się do psic.
Jak takiego widzi cizia ogoniasta,
szczeka: Big Bad Bobie, hyba się pohlastam,
bież mnie do chotelu, kokę w nos mi wsadź!
No to wtedy bierę, bo co nie mam brać?
A w charakterze piercingu chyba mikrochip obleci?
Bobiku, pomyliles sie chyba, w wierszu jest bukiety a powinno byc bokiety?
O, Bobiku
Microchip to jednak za delikatne i profersorskie Bobiku, i traci Harvardem, Princeton i Yale. Tu trzeba potrojnych kolek w wardze, na jezyku i w pepku, dobrze umiejscowionych agrafek i tym podobnych.
oddaję się cała błogiemu lenistwu

Czyżby w okolicach Poznania wszystkie żaby wymroziło?
Pępka nie oddam w szpony piercingu, choćby mi za to utratą imydżu przyszło zapłacić!
No, ewentualnie przez ucho mogę sobie coś nieprofesorskiego przewlec.
Bobiku, w przedostatnim poemacie literówka. Nie “gdy ząb Boba słodko załka” lecz “gdy ząb Boba słodko zakła”.
A skąd wiadomo, że to o kła chodziło? Ja mam też siekacze.

Poza tym to było twórcze nawiązanie do tytułu znanego hitu heavydogowego “When my tooth gently weeps”.
Nie wiem czy wymroziło, ja im daję dzisiaj, a nawet i jutro, stanowczy odpór
Jotko, gdyby przypadkiem wróciły, wyślij je na mój koncert. Jeszcze żadna żaba żywa z niego nie wróciła.

A jak wróciła martwa, to nie ma sprawy. Martwa żaba to jest dobra żaba.
A jednak: Big Good Bob Wyzwoliciel!!!
Dobroczynię w godzinach wieczornych. W pozostałych porach jestem sobą. Dzwonić pod Doktor Bobik lub Mister Bob.
Dogtor Bobik: przepraszam za podejrzenie o litrówkę, o siekaczach nie wiedziałem i bardzo ich gratuluję. W formie przeprosin zasyłam opis oglądanego rysunku. W sypialni pani pomaga nałożyć panowi piżamę na wyciągnięte ramię i delikatnie pyta: “a gdzie ty kupiłeś tę wiagrę?”
Tytuł bardzo mi odpowiada. Od łapy przekwalifikowuję się z doktora na dogtora.
Ja tu kiedyś wstępującym podziwem, zejdę ze śmiechu

Tutaj leży Haneczka. Zeszła w strasznych mękach,
bo nielekko jest ciału, co ze śmiechu pęka.
Los jej to dla publiki netowej przestroga,
czym się może zakończyć łażenie po blogach.
Bobiku, dzięki Tobie, non omnis moriar

Ziemia ta pokrywa zewłok, który gdy żył
do miana człowieka nawet się nie zbliżył
zresztą nie miał po co, bowiem od ludzkości
wolał gryźć świeżutkie i surowe kości.
Przejdź nie nadepnąwszy, bo gdy z nim się zadasz
wnet sobie przypomnisz, że się z kości składasz…
Przechodniu, nad zeenową pochyl się mogiłą,
bo truposz z niego zdolny jest, było nie było.
Który skrzywiłeś człowieka prostego

śmiechem okrutnym kiszki mu skręcając
nie bądź bezpieczny, on ci popamięta,
że ci w pięty pójdzie i twoim szczeniętom…
Pszykła to śmiełć umżeć od fłaszki
Lecz dużo gołsza w blogu od fłaszki.
(Łym pełfect).
Tutaj przy strumyku w głębokiej mogile
leżą już na wieki dwa okropne grzdyle
aż do granic kraju odtąd dla waszmości
rozciąga się strefa od grzdylów wolności
Tutaj na tym blogu, z dala od strumyka,
leżą snem zmorzeni wszyscy prócz Bobika.
Ale mógłbym przysiąc na me kręte futro,
że wrócą do życia nie dalej jak jutro.
Nie rozumiem, Bobiku, to Ty jesteś psiowiec? Ale nie martw się, nie ma krętych kudłów, których Coca-Cola nie wyprostuje. Codzienne kąpiele, niezbędne potem czesanie specjalnym grzebieniem (którego przypadkiem jestem jedynym hurtownikiem) “Just for You”. Grzebienie są gratis, lecz liczymy na finansowe poparcie naszych badań w dziedzinie odkudlania owiec i yeti.
Dzień dobry.
A jasne, że jestem typowym psiowcem i to czarnym. I ja sam to bym się chętnie odkudlił, ale Starzy chyba by nie pozwolili. Bo mam poważne podejrzenie, że oni na tych kilku wiaderkach wełny, które zostają po strzyżeniu mnie, robią niezły interes. Inaczej po co mieliby przeprowadzać tę akcję, która dla wszystkich zainteresowanych stron jest ciężką torturą?
Z Yetim gadałem, czy nie ma ochoty na odkudlenie, ale powiedział, że to by go, ze względu na warunki klimatyczne w Himalajach, zmusiło do noszenia garniturów, więc na razie uprzejmie dziękuje. Ale w przypadku szybkich postępów globalnego ocieplenia będzie skłonny wrócić do tematu.
Dzień dobry
Idzie wiosna - koty kłaczą, pierwsza mysz (martwa) na progu.
Czy ta wiosna jest aby poinformowana, że jej pierwszą oznaką są martwe myszy na progu?
Teraz już jest
a żywe pod progiem…
Helenę chyba odsieciowiło na dość poważnie.
Obawiam się, że będzie musiała wołać fachowca.
Jak nie urok, to sraczka, jak nie bojler, to net… Ech, życie!
Oj, fatalnie. Ale telefon działa?
Nieprawda, Hoko, żywe nie pod progiem, tylko za lodówką i pod kredensem. Służę dowodami akustycznymi.
akustycznymi? he he… przecież piesy mają słuch nie za bardzo, he he… a dowodów węchowych nie ma? to nie myszy w takim razie tylko szczypawki
O telefonie u Heleny nic mi nie wiadomo, iżby miał nie działać. Chociaż złośliwość przedmiotów martwych jest, jak wiadomo, przysłowiowa…

Ale Pani Kierowniczka chyba ma też numer komórki? Tak na wszelki wypadek…
Piesy mają słuch nie za bardzo?
Kto Hoku takich bzdur naopowiadał? 

To niby dlaczego ja potrafię w nocy, kiedy wszystkie drzwi i okna pozamykane, zrobić okropną awanturę z powodu przemykania się kota sąsiadów przez nasz ogród, hę? Przecież nie na podstawach węchowych!
A dowody węchowe na obecność żywych myszy jak najbardziej są, ale może mi Hoko powie, jak ja je mam nagrać i w razie czego zaprezentować P.T. Publiczności oraz organom śledczym? A z akustycznymi nie ma problemu. Kosa-komuszka już w ten sposób zdemaskowałem.
Ano dobra, mylnęło mi się - to widzą piesy kiepsko, a nie słyszą
Ale tak czy owak, pod chrobocącą mysz może się coś podszywać, może to być prowokacja CBA albo cuś w tym rodzaju. Ja bym uważał…
E tam, ostatnio CBA to najpierw dzwoni do delikwenta

Bobiczku, zajrzyj do poczty
Jedna rzecz Hoka całkowicie rehabilituje - prześliczny link, który dziś wrzucił u Pani Kierowniczki.
http://www.youtube.com/watch?v=f0KcJ9su_z4&feature=player_embedded
Do poczty już lecę zajrzeć.
Przez okno to wiosna, jak się patrzy, ale wyjdzie się na spacer a tu wiatr mroźny, przenikliwy

Fałszywa ona, jakaś taka, zdechłą mysza awizowana
Nie zdechłą, tylko upolowaną
a byli świadkowie polowania?
Jest dumna sprawczyni i corpus delicti
a ta dumna sprawczyni to chyba nie Ty haneczko

Jestem zbieraczem, nie łowcą
Jestem, ale jest touch and go, bo to jakas wieksza awaria serwera i uperzedzaja, ze moga byc jeszcze do jutra klopoty.
Wyskoczytlam na chwile z domu i mialam ciekawa przygode. Kiedy wyciagalam pieniadze z dziury w scianie, uslyszalam za plecami rozdierajacy krzyk: Only the blood of Jesus, only the blood of Lamb!
Odwrocilam sie i zobaczylam drobna kobiete, chyba po siedemdziesiatce, w bardzo minimalnej spodniczce, czarnych rajstopach, butach na wyskoch obasach i fikusnym kapeluszu na glowie.
I w tym samym momencie zbaczylam dawnego, bardzo przeze mnie lubianego kolege z pracy, ktory choc mieszka niedaleko, ale spotykamy sie tak mniej wiecej raz na rok, chyba, ze na kolejnym pogrzebie.
Kiedy wiec wymienialismy radosne piski i usciski, kobieta podbiegla do mnie, szarpnela mnie za rekaw i zapytala bardzo surowym glosen: a czy jestes jego zona? Czy jego zona wie, ze calujesz jej meza? ‘Cause only the blood of Jesus! Only the blood of Lamb!
Kolega, slynny na caly Londym ze swej… hmmm… ostroznosci w zetknieciu z bardzoej ekscentrycznymi przejawami obywatelskiej troski, a tez majacy surowa zone, natychmiast dal noge. Zostawiajac mnie w lapach tej kobiety.
Zdolalam sie wyrwac i tez podazylam w kierunku domu nieco szybciej niz normalnie chodze.
Mogłaś jej zrobić konkurencję, Heleno. Krzyknąć to samo, tylko głośniej i paść na kolana dla wzmocnienia efektu
Surowy mąż też by mi się nie podobał 
Nie podoba mi się surowa żona
A czy przynajmniej przestaniesz obcałowywać cudzych mężów w miejscach publicznych, Heleno?
Na jakis czas, z pewnoscia!
No to tymczasem zajrzyj do poczty
Haneczko, to jest ta sama zona, ktora mu kazala oddasc mi po dwoch latatch “ukradziony” aparat fotograficzny, choc jak sam przyznal bardzo sie opieral - kiedys to w tym miejscu chyba opowiadalam.
Może to i lepiej Heleno, że na jakiś czas tylko

Podobno kobieta się starzeje wtedy kiedy przestaje gorszyć a zaczyna śmieszyć, więc gorsz, nie żałuj sobie
Żony tylko gotowane. Co do mężów jeszcze się zastanowię, jaka forma przyrządzenia mi najbardziej odpowiada.
Duszeni pod przykryciem?
A popić Bobik będzie mógł tym: http://deser.pl/deser/1,97052,7585042,Piwo_dla_psow__Tylko_w_Czechach.html
Piwo z wywarem z kości jagnięcych!

Żeby mi od dziś tego piwa na żadnej imprezie nie zabrakło! Powiem bramce, żeby bez Bar-Kinga nie wpuszczała.
Helena z Mordechajem już szykują tromby na przyjęcie Pani Kierowniczki.

No, nie ukrywam, że zazdroszczę.
Tu widać, że nie tylko my się znęcamy nad politykami. Od “Polityki” też się biedactwom oberwało.
http://www.polityka.pl/kraj/analizy/1503398,1,bledy-jezykowe-naszych-politykow.read
Czasami to śmieszne, czasami mniej. Różnica między “najmniejszą linią oporu” oraz “linią najmniejszego oporu” jest z grubsza taka jak między gąbką z wodą i szarą masą.
Ja tam nie jestem jakimś trzepniętym językowym purystą, bo po pierwsze każdemu się coś czasem nie całkiem poprawnie chlapnie, a po drugie język żyje i różne rzeczy się w nim z biegiem czasu przyjmują i przestają razić. Ale niektóre w tzw. chwili bieżącej jednak rażą lub/i śmieszą, a najbardziej u rozjuszonych obrońców patryjotysu. Ciekawe, co by powiedzieli na propozycję, żeby za Prawdziwego Polaka mógł uchodzić tylko ten, kto potrafi się poprawnie posługiwać polskim językiem.
Pindowaty ten artykul. Oburzylo mnie pierwsze zdanie znecajace sie nad Nelli - o co chodzi, ona jest cudzoziemka, mowi najlepiej jak potrafi, mowi najczesciej glupoty, ale mowi przynajmniej barwnie. Daj boze innym mowic tak barwnie jak Nelli.
Z bledow popelnionych przez sama autorke, odnotowalam dwa, za to powazne - “mialo miejsce” zdecydowanie nie jest rusycyzmem - taka kalka w rosyjskim nie istnieje i gdybysmy “mieli miejsce” chceilo doslownie przelopzyc na rosujski, byloby to kompletnie niezrozimiale.
Ponadto “pod riad” (nie “pod rjad”) pisze sie i zawsze sie pisalo razem, nigdy oddzielnie.
Co do samego pod rzad versus z rzedu, to byc moze pierwszy zwrot zaczynal jako zappozyczenie i kalka z rosyjskiego, ale dawno juz te dwa wyrazenia obrosly nieco innymi konotacjami i czasami “pod rzad” nie da sie wymienic na “z rzedu” aby nie brzmialo to sztucznie. Ma to zwyczajnie dzis inna stylostyczna wymowe (np. “Wyrzucic z tej komisjio wszystkich pod rzad!”)
“Poltorej tysiaca ” o “ilosc ofiar w ludziach” jest faktycznie nagminne i samej mo sie zdarzalo poprosic kolege/kolezanke o powtprne nagranie, z powodu tych razacych mnie bledow, a ku wsciekloscio jednego z moich szefow, ktory tak wlasnie laskkaw byl mowic.
Tez nie czepia;abym, sie “napotykac na tridnosci”.
Dalej mnie strasznie razi “RepbLYka Poludniowej AfRYki” .
A nie raza mnie zupelnie “unikalne zbiory”, na co sie wieli ludzi zzyma!
Natoniast dalej mnie bardzo razi tom zamoast te, wziasc, rozumieu.
“W miedzyczasie” choc to ponoc germanizm, uzywam bez przeprosin bo tez nie zawsze da sie wymienic na “tymczasem”, tak mysle.
Towarzyszu Bobik, zlozyLIsie barzo konstryktywnom propozycje.
A skoro już o pięknych wyrażeniach, to wpadło mi (niestety) w oko w sportowym reportażu to: Real Saragossa na gwałt potrzebuje bowiem napastnika.
A ja wczoraj w sportowym reportazu w Radiu TokFM slyszalam o “szczelaniu” i o “szczelnicy”.
Ja może właśnie dlatego, że czasem mam problemy językowe, zwracam uwagę na mówiących i potwierdzam obserwacje zawarte w artykule. Nie trzeba być purystą językowym, by odczuwać dyskomfort w trakcie słuchania wypowiedzi naszych wybrańców, niestety, z kadencji na kadencję dyskomfort rośnie…
I nie ma to nic wspólnego z barwnością języka tego czy owego gaduły.
Sfojom drogom zastanawiam siem: jak oni te studia pokończyły…
Alez oczywiscie, ze wielu z nich mowi koszmarnie, a najgorzej Haczynscy. Albo ja ich najczesciej slucham. Bo ich jezyk, wymowa, intonacja jest jakis taki ludzi z dolow spolecznych.
Kiedy zamieszkalam pierwszy raz w Warszawie, wynajmowlam kat u pani spod lubelskiejk wioski, z wyksztalceniem 3 klas podstawowki, ktora jako 16-latka przyjechala do Warszawy pracowac i pracowala cala wojne bodajze w “dobrych domach”. Jej polszczyzna byla nieskazitelna, poprawna i barwna, pelna znakomotych “wiejskich” wyrazen, ktore pamietala.
KOmpletnie nie rozumiem tej nieprzemakalnosci Haczynskich na jezyk inteligencji, jezyk ludzi z jakims wylsztalceniem. Jak ich mogli wziac do filmu?
Przekonywac- przekonywajacy
Przekonuje- przekonujacy
Przekonywujacy to takie skrzyzowanie obydwu slow i pewnie zdarza mi sie to chlapnac.
RepblLYka to chyba warsiawskie.
Jako dzieci z sasiadami dla zartu malpujac jednego sasiada zwracalismy sie do siebie per “Porebani”, “Porebana”.
Mowicie serio, ze wziasc nie jest jak usiasc i jest niepoprawne? No ladnie.
Moja ciocia, ktora jest bardzo na bieżąco z co niektórymi polskimi serialami, zwróciła mi uwagę na pewien językowy trend. Otóż znikają miękkie ś, ć, ź, dź. Aktorzy młodego pokolenia nie mówią już podobno “miłość”, tylko “miłosc”. Trochę to jest ponoć zmiękczone, jakby po sc postawić apostrof albo miakkij znak, ale ść to już niej jest. Trudno mi to było zweryfikować nausznie, bo tv oglądam bardzo rzadko, a seriali wcale. Ale dzisiaj posłuchałam chóru dziecięcego. Kurcze, ciocia miała rację! “Dź” zniknęło. Jest “dz” z miakkim znakiem. Skąd się to wzięło?
Panta rei, vesper. Zginelo tez l przedniojezykowe i nie ma roznicy w wymawianym ch i h.
Zanim zapomnę (bo w upale pamięć mam pokurczoną i małomówną), Heleno, a jak odszukać ową historię o żonie i o ukradzionym aparacie?
Bo chyba nie muszę oświadczać się ujawniając moje uczucia dla Twoich opowieści (jeśli jest tego mniej niż napisał Kraszewski to przeczytam z czasem; jak więcej, to przenegocjuję wynajęcie na dłuższy okres mojej aktualnej skorupy doczesnej) i trochę sobie poszukałem przy życzliwym pochrząchiwaniu pani Google. Ale klapa. To znaczy, nie klapna klapa, bo przeczytałem prawie w całości http://owczarek.blog.polityka.pl/?p=159
(very dog-oriented company?) jak i http://www.blog-bobika.eu/?p=90
- fenomenalne rozmowy i wiele smutnych wiadomości o Kraju - ale wspomnianej anegdoty nie wyherringowałem jeszcze.
A jako bonus mam informację o życiu pewnej osoby:
Helena Bobik (ur.1794 - zm.1864) z Kiełczewa.
Helena pyta: Jak ich mogli wziac do filmu? Nie “jak” a “za co”. Za urocze, szczere, obiecujące gębusie. Ścieżka dźwiękowa jest jakichś pań aktorek.
a czemu mój poprzedni komentarz czeka na akceptację? Za linki czy za to, że nie od razu dodałem 3 +7?
Też tak pomyślałam. Czasem z zadziwieniem słucham mojej własnej córki, która czasem zaciąga zupełnie jak Polka z Białorusi, choć w domu nigdy wschodniej polszczny nie słyszała - dzjęjkuję, mamo; nieszczęscje się zdarzyło, mamo, dzjeń dobry, mamo … To pewnie też część tego procesu
Co? Jak był casting do “Dwóch takich…” to jeszcze nie brali za zasługi dla Ojczyzny?

Albo ktoś tu celowo Haczyńskim taki ładny życiorys chce spieprzyć!
W tym mlodszym pokoleniu rozne rzeczy zanikaja. Mam warzenie, ze jeszcze tylko wychowane przed wojna pokolenie polonistow uczylo w szkole poprawnej wymowy, akcentowania, nie polykania kocowek, nawet zwiazku zgodym bo tego “poltporej tysiaca”, “poltorej dnia” nie spotykalo sie tak czesto, jak teraz . A potem coraz mniej tego uczono. .
W Ameryce hulala jakis czas temu taka szkola myslenia, ze dzieciom z gett nalezy pozwolic pisac i mowic tak jak mowia w domu. Wiec mowily: I ax him (ask), I ain’t got no money itd, you is stupid! . Potem zaczeto przebakiwac, ze sie im wyrzadza krzywde na przyszlosc, kiedy beda chcieli spolecznie awansowac i jezyk getta bedzie pierwsza powazna przeszkoda spoleczna. Nie wiem jak jest teraz.
Tytaj w szkolach prywatnych wciaz wykorzenia sie rozpalonym zelazem wszystkie regionalizmy, dialekty, nie mowiac o zwyczajnych bledach. I te dzieci mowoa ladna, staranna angielszczyna. POnadto ucza sie mowienia publicznego. Dlatego parlamentarzystow slucham zawsze z przyjemnoscia, nawet wtedy kiedy wscieka mnie CO mowia.
Andsol, to było za linki. Bez akceptacji Łotr się zgadza tylko na 1 linkę w poście. Ale już wpuściłem.
Nina Andrycz mowila z takim (kresowym?) akcentem. Y brzmialo jak cos pomiedzy y oraz i. Brzmialo to bardzo arystokratycznie i nie nadawalo sie, zeby grac np Jagne Boryne.
Mnie się tak widzi, że w pewnym okresie, zwłaszcza dla tzw. ludzi z awansu, szkołą dobrej wymowy było radio, a potem telewizja. Tylko że wtedy warunkiem zostania spikerem była poprawna wymowa, co się, niestety, nie przyjęło na stałe, sądząc po tym, co się teraz słyszy.
Andsol

) nie dziala.
Nie pamietam kiedy byla ta opowiesc i nie moge znalezc, bo na blogu funklcja “szukaj” (
Dobry wieczór
O najnowszym filmie Polańskiego: Joe - http://passent.blog.polityka.pl/?p=667#comment-151268
W ustach niespełna pięciolatki to kresowe zaciąganie brzmi uroczo
Poprawiam, ale przyznaję, że ucho tym raczę, póki trwa
Poza tym, Zosia pięknie akcentuje - mateMAtyka, MUzyka, wyraźnie wymawia końcówki - poszeDŁ (nie poszet), zrobiĘ (nie zrobiem albo zrobie) na przykład. Tylko to dzjękuję, szczęscje itp. 
Zgłosiłem Panu Administratorowi reklamację w sprawie szukania, ale mało dał nadziei, że w najbliższym czasie coś z tym zrobi.
Nawet przyznam uczciwie, że trochę się wnerwił i zaczął miotać obelgi pod adresem funkcji szukania w łotrowym systemie, czy jakoś tak. A potem wrócił do strony, którą właśnie robi za pieniądze, a nie w interesie społecznym i powiedział, żeby mu w tej chwili nie zawracać kalarepy. 
Wow, to jest dopiero interpretacja “Ghostwritera”! Byłam na tym filmie. Nawet dał się obejrzeć, choć narracja cokolwiek naiwna. Gdyby jednak dorysowac do tej opowieści drugie dno i uzasadnić ściganie Polańskiego zemstą CIA, to wszystko zaczyna się nawet kleić

Akurat jak chodzi o “ę” w wygłosie, to mnie nauczano, że wymowa “zrobie”, “pójde” jest jak najbardziej prawidłowa, a raczej wymowa z wyraźnym “ę” uchodzi za przesadną i afektowaną. Ewentualne zastrzeżenia do tej opinii proszę kierować pod adresem prof. Kurzowej. Niestety, już na tamten świat.
Bardzo maly, ledwo zauwazalny wyglos w ę na koncy slowa jest dopuszczalny. Silny nazywa sie hiperpoprawniscia i raczej nalezy sie go wystrzegac. Ale aktorzy maja mowic bez wyglosu na koncu slowa ( zglaszac do Kotlarczyka, kumpla Papieza z Teatru Rapsodycznego, ktory napisal podrecznik).
Ęęł jest śmieszne. Szczególnie w przypadkach “podaj mi, proszĘĘŁ, TOM ksiĄĄŁzkĘĘŁ. Ę i ą powinny być dyskretne, coś pomiędzy e i ę, a i ą. Ale często słyszane TOM, EM, jest naprawdę strasze. Od razu kojarzy się z Sejmem, Senatem i władzom wykonawczom.
No to juz wiem na jaki film zdecydowanie sie nie wybieram w najblizszych latach.
Z a i ą się zapędziłam. Ale to pewnie dlatego, że końcówka OM nie chciała przejść przez klawiaturę. Za bardzo peeselowska i haczyńska za razem.
Tak, to wygłosowe e w “zrobię” jest trochę inne od normalnego e, ma jakby “podwieszoną” nosowość, ale ona nie powinna być wyraźna. Końcowe ą normalne, pełne. Ale “eł”, “oł” to już kompletnie odpada.
Jeżeli przeraźliwa wymowa kojarzy się głównie z władzom, to może to jest objaw amerykanizacji społeczeństwa? Lud wybiera chłopaków z sąsiedztwa, którzy mówią “tak jak wszyscy”, a nie jak jajogłowe profesorki z jakichś uwów czy ujotów?
Jeszcze sobie coś uświadomiłem - na moje ucho akcentowanie niektórych wyrazów pochodzenia obcego, np. MUzyka, mateMAtyka, itd., jest już coraz częściej odbierane jako hiperpoprawne, lub po prostu staroświeckie i chyba zacznie zanikać. Nie chciało mi się sprawdzać, czy przypadkiem już teraz Rada Języka nie uznała akcentu na przedostatniej sylabie za poprawny, ale nawet jeśli nie, to prorokuję, że wcześniej czy później to się stanie.
Po moim trupie bede wymawiac matemaTYka czy oPEra.
Spadam, bo nie ma zartow - jestem jutro umowiona na 10 z Pania Kierowniczka.
Dobranoc!
Jestem gotowa zaryzykować posądzenie o naftalinę, ale w życiu nie powiem matemaTYka czy muZYka. Nie wyjdzie mi
Moze zalozymy Klub Wlasciwego Akcentowania Wyrazow (KWAW)? I pojedziemy do polnocno-zachodniej Etiopii?
Dobranoc wszystkim. Przebalaganilam caly dzien. Wlasciwie week-end.
O szukaniu, to chyba bardziej od Heleny niż od admina zależy, bo potrzebuję jakiegoś (niczym gej na plaży w Rio) stringa, niestety dokładnego - czy tam była nazwa aparatu? Imię własne? Brzydkie słowo?
Może czytając całe archiwa Bobika kiedyś do tego dotrę. Nawiasem, nie sądzicie, że jest coś bardzo smutnego w ilości ciekawych, ważnych, dobrze powiedzianych rzeczy w komentarzach blogowych, które są po prostu nieodszukiwalne, zaprzepaszczone?
Do królika: nigdy nie piłem cherbaty. Założę się, że to coś okropnego.
Troszkę jeszcze o wymowie i mówieniu nie w kuchni ze znajomymi. Pani Google mi pomogła i przypomniała co i kiedy. Był to rok 2004 lub 2005, ukazała się książka Jana Grabowskiego “Ja tego Żyda znam! Szantażowanie Żydów w Warszawie 1939-1943″ i wrzucono do Sieci dwugodzinne nagranie z dyskusji zorganizowanej przez wydawcę. Treść nagrania to jeden szok, a podanie treści - też szok, ale zupełnie inny. Mówił autor. Polszczyzna ok i nawet niebardzo używał przerywników w stylu “ę, ą”, ale to by było w pewnej mierze wybaczalne. Przecież wiedział pod jaki obstrzał wejdzie w przyszłości. Potem mówili inny, wszyscy utytułowani, ważni, wyspecjalizowani, a im dalej w las (czyli mniejszy związek z wydaniem książki) tym więcej stękania, ciamkania, ę- oraz ą-kania, celebrowania głosu swego, simple peppering nie na temat - chyba że za temat uznać fakt, że urodzony po wojnie mówca bardzo cierpi nad tym, że wojna była i była bardzo okrutna. A potem zabrał głos jeden pan, który krótko i prosto się przedstawił, a też był profesorem, ale z Jerozolimy i ze sposobu mówienia jasne było, że języka polskiego używa od wielkiego święta, zaciągał, odróżniał h od ch oraz ciemne l od ł, akcentował tak jak język tego wymagał, nie ciamknął ani razu, nie mówił więcej o sobie, a gdy powiedział, co uważał za ważne, skończył.
Chciałbym pochwalić się. Miałem wśród mistrzów parę osób taki robiących właśnie taki użytek z języka.
Pan Administrator najwyraźniej poczuł okropny wyrzut sumienia, że mnie tak spławił i wyszukał Heleny opowieść poprzez szukacza administracyjnego, co zajęło nieco mniej czasu, niż borykanie się z całym systemem.
Tu jest linka:
http://www.blog-bobika.eu/?p=93#comment-3772
Ja też bardzo często mam takie myśli jak Andsol - że w komentarzach blogowych (nie tylko tu oczywiście) kryją się czasem niezwykłe skarby, ale na ogół zasypane, zawiane i nikt ich nie ogląda. No, chyba że się jakiś pirat znajdzie.
A czy pani Googlowa to jest żona sierżanta Gugla (w mianowniku Gugiel)?
Króliku, w przebałaganianiu weekendów jestem mistrzem. Gdybyś chciała doskonalić się w tym zakresie, zawsze służę pomocą.
Do wszystkich, którzy prędzej umrą, niż zaakcentują matemaTyka, oPEra: i tak wymrzemy jak dinozaury!
Gratuluje andsolu!. Ja jakos pije te cherbate, ale za to nie ciamkam!
Bobiku, jak będziesz sobie jajniki robił z pani Google to dowiedziesz psiej niewdzięczności, ona dużo i dobrze o Tobie pisze. A przy okazji, nie wiem czemu ale andsol jest z… no, coż, jak dinozaur, to umierajmy z godnością, on jest z minuskuły (dzieci, zerknijcie do Kopalińskiego, nie pomylcie z Wykopalińskim). Aha, był w instytucie kolega, pisali go Gur Dial i wyglądał na to, ale po portugalsku mówił świetnie. I tutaj wszelkie spisy są po imieniu, nie po nazwisku, ale zrobili jakąś reklamówkę po angielsku i on stał się Dial, Gur PhD. Więc go zapytałem czy Gur to imię, a on powiedział, że on nie ma żadnego imienia, on jest Gurdial, ale jak pokazał ten swój indyjski paszport brazylijskiej policji, to się nie sublimowali ani transmutowali ani w ogóle nie smucili, ale uznali mały odstęp po r za znak , że zaczyna się nazwisko, życzliwie przerobili d na D i dostał imię oraz nazwisko.
Ja tez staram sie nie ciamkac, “cherbata” to juz jednak norma, jezyk sie zmienia, byle z wdziekiem, i nie za szybko. Inaczej do dzisiaj po angielsku mowilibysmy jezykiem Szekspira, a po polsku Kochanowskiego (co moze i nie byloby takie zle, ale tak juz jest). Tym niemniej od politykow i osob publicznych nalezalo jednak wymagac znajomosci norm jezykowych, i to raczej tych nieco bardziej konserwatywnych, choc nie siegajacych dinozaurow (jak slusznie zauwazyl Bobik).
Na marginesie, dzis dzwonilam do hotelu, w ktorym w Warszawie zatrzymal sie maz, i bylam zadziwiona szybko wymamrotana przez recepcjonistke formulka, ktorej wypowiadania musiala cwiczyc na czas, bo na pewno nie na prawidlowosc dykcji. I przypomniala mi sie moja Mama, ktora pamietam w moim dziecinstwie przechodzaca obok telewizora, i odruchowo poprawiajaca slyszana w nim wymowe (chyba, ze szedl Kabaret Starszych Panow). Teraz ja lapie sie na tym samym… A Ebonics moze sobie istniec, i czasem jest nawet calkiem zabawny, o ile jednoczesnie nauczy sie Standard lub the Queen’s English (tak moja przyjaciolka austriacka mowi jezykiem wlasciwym dla swojej doliny i wsi, a jednoczesnie klasycznym niemieckim).
Oj, sorry, ja jako szczeniak-dinozaur mam jakieś dziwne przywiązanie do pisania imion z majuskuły. Już mnie zeen i foma o to nieraz przewalcowali, a zeen używał nawet gróźb karalnych.
I pomogło - od tego czasu już nigdy nie napisałem Zeen, nawet na początku zdania. 

Z pani Guglowej niczego sobie nie robię, tylko po prostu chciałem wyjaśnić kwestię jej stosunków rodzinnych, żeby gafy jakiejś nie palnąć.
A z Gurdialem mi się skojarzyło pewne sublimowanie, z którym się dość często stykam. Niemieccy biurokraci doprowadzili do tego, że jednym z najczęściej spotykanych muzułmańskich nazwisk (a czasem, dla urozmaicenia, imion), bez względu na narodowość, jest Hadj/Hadji. Bo muzułmanie, którzy odbyli pielgrzymkę do Mekki, dodają sobie to w charakterze tytułu, ale Niemiec jak widzi wpisane w papierach, to automatycznie uznaje za imię albo nazwisko.
No właśnie, Moniko, ja zastanawiając się nad tym, czyją wymowę najchętniej bym naśladował, gdybym kiedyś nie był zadowolony z własnej, od razu pomyślałem o Starszych Panach.

Nie wie ktoś przypadkiem, czy ich wymowa została już zdeponowana w Sèvres jako wzorzec?
Zdeponowac ich koniecznie.
Jedna z moich licznych ciotek opowiadala mi, ze gdy oni pierwszy raz sie pojawili w telewizji, miala lzy wdziecznosci w oczach, bo uslyszala ludzi mowiacych podobnie do niej…
Zreszta oni tez kontestowali obowiazujaca razowosc swoja niewymuszona uprzejmoscia. Pomyslalam o nich takze, sluchajac dzisiaj tej pani z recepcji, bo formulka byla napisana uprzejmie, ale juz wykonanie dawalo znak w zupelnie przeciwnyn kierunku.
Formułki powitalne firm są jak pogoda - trzeba przeczekać, a potem mówić swoje. Znacznie gorsze są - również wypowiadane z prędkością karabinu maszynowego - formułki wszelkich namawiaczy (kup pan dywan, zamów pan gazetę, weź pan udział w grze losowej). Bo się sterczy przy tej słuchawce jak kto głupi, nie mając możliwości wetknięcia swojego prostego, żołnierskiego “nein!” w jakąkolwiek przerwę dla zaczerpnięcia oddechu.
Ale ja się już wycwaniłem. Nie odbieram tak z 50% telefonów, z czego prawdopodobnie jakieś 50% jest od namawiaczy.
Namawiaczy i ja unikam, ale ta formulka powitalna dlatego mnie zastanowila, ze jednak te, ktore tu zwykle slysze, sa mimo wszystko wypowiadane - jak to sie kiedys mowilo - ze zrozumieniem. A ta dzisiejsza warszawska brzmiala tak: kaza mi to wszystko powiedziec, i to szybko, no to powiem, ale jednak sie na tym tekscie zemszcze.
Co nawet moge zrozumiec… I najwazniejsze, ze uzyskalam polaczenie. 
Skoro już nawet od radiowców nie można wymagać, to co dopiero od recepcjonistów w hotelach?


Chciałbym jeszcze, korzystając z tego, że nie śpię, zgłosić zastrzeżenie w kwestii ciamkania. U psów ciamkanie w ogóle nie jest kojarzone ze złym wychowaniem, pochodzeniem czy naleciałością dialektalną. Wręcz przeciwnie, powiedziałbym nawet, że uchodzi za Hochdogtsch.
Już za chwilę tego zastrzeżenia nie mógłbym zgłosić, bo właśnie idę spać.
Dobranoc.
No tak, ciamkanie u psow to jak zwarcie krtaniowe w jezykach afrykanskich (w odroznieniu od roli tego dzwieku w Estuary English).
Dobranoc Bobiku. 
ech…
Lece na spotkanie z PK. TRzymajcie kciuki aby nie lalo tak jak teraz leje.
Dzień dobry.
Na Londyn trzymanie może i pomoże. Bo polskie czy niemieckie deszcze śmieją się z tego i robią swoje, ale w Anglii od kciuków rzeczywiście potrafi się całkiem znienacka wypogodzić.
No to trzymam.
A foma co dziś taki pod psem i to niezbyt wesołej rasy?
O tych deszczach londyńskich to krąża ciekawe pogłoski
Ale fakt faktem, że jak ja do Anglii pojechałam, to zbrałam ze sobą polskie lato
przez 4 miesiące 4 deszczowe dni
niezła statystyka jak na angielskie warunki
Moze kciuki trzymałam?
@Monika: przepraszam za rannopyszczenie, ale Roman Stopa (Structure of Bushman and its Traces in Indo-European) stoi na półce i przechodząc obok zawsze opuszczam oczęta i wymrukuję pełną rewerencji formułkę. Więc zwarcie krtaniowe owszem, ale oprócz tego są przeróżne kliki.
Przypuszczam, że reszta egzemplarzy rozesłanych po świecie została komisyjnie spalona, bo to przecież gorzej niz powiedzieć, że byli weseli Żydzi w czasie wojny - no, popatrz, rozdział 6 w części I ma tytuł A list of 23 calls (”words”) of chimpanzee with similar words of Bushman.
Bobiku, psie ciamkanie jest związane z wymiarem jęzora, są nawet teorie, że pies się składa z ogona, jęzora i szczeku. Natomiast u ludzi na ogół chodzi o syndrom pohabilitacyjnego ciamkania, które rozprzestrzenia się tak drogą kropelkową jak i przez tv, przy oglądaniu docentopodobnych stworzeń. W socjologii jest określane jako zaszczytne ciamkanie (honorific champ) i można je w taki sposób oddać graficznie (znak “~” sygnalizuje ciamk dośrodkowy):
Jestem ~pfś bardzo jestem
Sobą puf pfiu ~tślip
I w tej chwili
~tli ~kchli ę
Głęboko myślem.
Tak głęboko prosto z trzewi
wydać dźwięk to nie jest grzech
kiedy życie ciśnie, się wiii,
że wypada jęknąć: ech…
Fioletowa, jak Twoje kciuki pogodowe tak świetnie działają w Londynie, to nie wykluczam, że możesz mieć u Heleny stałą fuchę.

Swoją drogą, ja też bym kogoś skutecznego zatrudnił. W kolorze dowolnym, byle nie szaroburym.
andsolu, o ciamkaczach u Brehma jest długi rozdział.
Obserwacje terenowe wskazują, że ciamkacze zaszczytni ze szczególnym upodobaniem posługują się dźwiękiem “~” podczas tokowania, który to okres łatwo rozpoznać po obecności kamery na tokowisku.
Gromada ciamkaczy pohabilitacyjnych charakteryzuje się również wzmożonym wydzielaniem zewnętrznym ciamków odśrodkowych na widok słownika wyrazów obcych. Słownik ten jest ulubionym pożywieniem ciamkacza pohabilitacyjnego, niestety jednak, ponieważ używany jest często bez umiaru i zrozumienia, potrafi stać się przyczyną groźnych obstrukcji myślowych. Z tego względu ograniczenie ciamkaczom dostępu do w/w strawy jest nader wskazane.
Występowanie w naturze ciamkacza żoliborskiego jest sprawą mocno dyskusyjną. Niektórzy badacze twierdzą, że gatunek ten żyje i rozmnaża się tylko w specyficznych, sztucznie stworzonych warunkach. Należy przy tym zaznaczyć, że ciamkacz żoliborski na swobodzie potrafi wyrządzić niepomierne szkody w domu i w zagrodzie, dlatego - bez względu na stan badań - od swobodnego ciamkacza żoliborskiego lepiej sprawić sobie wektor swobodny.
A pies jak pies - ciamka, bo niby czemu miałby nie ciamkać?
To i ja bede trzymac kciuki za brak deszczu w Londynie (bo zwykle modlic wypada sie O DESZCZ).
Andsol, jak Bobik wspomni, ze o psy klikaja, to chetnie wspomne i o klikach…
Ciśnie życie, cisną glany,
żaden promyk dziś nie błyśnie…
Jak się nastrój ma zas..any,
cały świat jest wieżą ciśnień.
To o klikach Prezes Haczyński nie powiedział jeszcze wszystkiego, co było do powiedzenia?
Oj, głęboka mądrość bije z tego psa Bobika. Wykorzystam temat zasygnalizowany przez dwie kropki (przy poważnej ewakuacji są chyba trzy?) i zapytam o coś, z czym noszę się od dawna i pytam różne osoby, ale jak dotychczas nic.
Ale najpierw wyjaśnienie, że portugalski przymiotnik “enfezado” (rozeźlony, zirytowany) w oczywisty sposób pochodzi od “fezes”, ekskrementów; czyli człowiek jest pełen niewykonanej kupki. I teraz idzie pytanie: czy polski “naburmuszony” też ma takie pochodzenie? Azaliż “burmusz” to jest właśnie to, o czym ja myślę? (Mam parę słowników etymologicznych, ale się na mnie naburmuszyły i milczą).
O klikach Haczynski juz rzeczywiscie powiedzial sporo, ale najbardziej podnieca go chyba Uklad (i w liczbie pojedynczej brzmi on grozniej niz jakies tam kliki w liczbie mnogiej - jego istnieniem mozna uzasadnic kazde wlasne brzydkie zachowanie.
Słownik Etymonielogiczny Psa Bobika podaje:
burmusz, dawniej bórmusz, jest regionalną odmianą jadolasumusza. Muszenie do boru podlegało przez wieki rozlicznym przekształceniom, niemniej jednak ślady jego fekalnego pochodzenia są przez psy doskonale wyczuwane.
P.J. Haczyński, “Wykłady o układzie jako metoda dowodu. Rozprawa z sitwą przy pomocy brzytwy.”. Żoliborz 1989 i następne.
Bobiku, znowu bylismy o dobry rok przed Bendykiem (nawet Helene namowilam do przeczytania tej ksiazki).
http://www.polityka.pl/kultura/ksiazki/czekajanaprzeklad/1503340,1,recenzja-ksiazki-george-lakoff-the-political-mind.read
Tymczasem Helena i Mordka maja na Wyspie swoj wlasny skandalik dotyczacy stylu przywodztwa politycznego.
Tyle ze tam glownie bylo lapanie podwladnych za klapy marynarki, popychanie i krzyki…
http://news.bbc.co.uk/2/hi/uk_news/politics/8527611.stm
A tu jeszcze wywiad z autorem ksiazki “The No Asshole Rule” na ten wlasnie temat. Ciekawe, ze to, co profesor Sutton mowi o psychologii w organizacjach, dotknelo takze Obame, ktorego Chief of Staff, Rahm Emanuel, jest znany z zachowan kwalifikujacych sie z cala pewnoscia jako workplace bullying.
http://www.managementconsultingnews.com/interviews/sutton_interview.php
Moze Bracia Zoliborscy powinny to tez przeczytac…
Zdążyć przed panem Bendykiem…

Faktycznie, Lakoff jest u nas nowością już raczej typu wykopaliskowego. Co to jednak znaczy właściwa sieć informatorów, czyli Światowa Sitwa Blogowa.
Bobik, czas rozboju nastał…
zeen, na razie szukam łoża prokrustowego dla czasu. Jak mi się uda znaleźć i tego czasa trochę porozciągam, to zaraz wyruszę palić i wieszać.
Wiadomo, ze Sitwa, Bobiku.
Tego Suttona tez mogliby przetlumaczyc, tak na marginesie…
A co do loza prokrustowego, to mozna sprobowac mniej krwawej metody dylatacji czasu…
Zgadza się: palić i wieszać.
Gwałty i rozboje to w czwartki…
Nie wiem czy to kciukotrzymanie jeszcze aktualne, na wszelki wypadek trzymam
W salach koncertowych na ogół nie pada, chociaż tak do końca nigdy nic nie wiadomo.

Czyżby Helenie też udało się na Zimermana załapać?
Z historią Heleny o Kodaku już jestem au courant tak jak i z importowanym pochodzeniem Moniki (vide http://www.blog-bobika.eu/?p=75#comments , 31 październik 08, 19:26);
zapisuję się na kurs czytania bezwzrokowego i bezmyślnego, żeby przed majem dotrzeć do roku 2009 …
…oraz znam już wiersz nietoperzycy, gdzie występują (prawie do końca) pacta conventa, mysz oraz (do końca) kot.
A gdzie ów stwór obecnie lata? Nie pytam o myszkę, bo o niej już wiem.
Nie zalapalam sie

Po intensywnej dawce kultury wizualnej (Victoria i Albert, Tate Modern) jestem gotowa samodzielnie obalic schomikowana butelke tego pysznego merlota czy jak mu tam.
Weszlam do domu minute temu. PK ma jeszcze przed soba tego pink…go Zimermana i bankiet.
A jutro switem w droge powrotna!
Troche siapilo, troche wialo.
Zobaczylysmy sliczna wystawe - retrospektywe Arshile’a Gorky’ego. Opowiem jesli ten merlot przywroci mnie do ludzkiegp rodzaju.
Szlafrok! Krolestwo za szlafrok!
Podrzucam Ci Heleno, jedwabny, pikowany. I ogien w kominku.
A potem mam historyjke o ksiegarniach warszawskich i iPhonie, ale to za troche dluzszy moment.
andsol, nas sie rzeczywiscie czyta troche jak powiesc.
Opis niektorych tutejszych postaci pojawil sie raz, pod koniec grudnia 2008 roku we wpisie Bobika pt. Swiateczna lista obecnosci.
Heleno, miękutka frotka w granacie
Bobiku, czasowe łoże potrzebne od zaraz
Ja się chyba rozklonuję 
@Monika: yes, indeed. Prawie Arka Noego.
Tak jest, zaiste Noego Arka,
nawet wampirów wsiadła tu parka
i dzięki temu, że z nami płynie,
jeszcze wampirzy ród nie zaginie.
Ale dla andsola chapeau z basem. Ja nie jestem pewien, czy zdobyłbym się na czytanie wszystkiego od początku.
Właśnie sobie uświadomiłem, że już bardzo wkrótce będzie setny wpis i czterdziestotysięczny komentarz.
Haneczko, pogadam z Prokrustem, może ma jeszcze jakiś egzemplarz na zbyciu. A niechby i drugiej jakości, co tam, zawsze to lepsze niż czas taki, jaki jest.
W jaki sposób ta wampirza parka będzie się rozmnażać?
Vesper
Gadaj z daleka, Bobiku. On jakiś taki komunikatywny inaczej
Moze powinienes, Bobiku, napisac jakis bryk, zeby mlodziez licealna nie musiala bezposrednio sie zapoznawac z blogowym dzielem.
A krotka opowiesc o ksiegarniach wyglada tak: moj maz ma instynkty mysliwskie, jesli chodzi o ksiegarnie, w tym oczywiscie i polskie, wiec postanowil mi zrobic pare ksiazkowych prezentow. Nie bylo to takie trudne, dzieki komunikowaniu sie przez e-mail na komorke i SMS-y (sprawdzal czy dobrze pamieta, co mamy, a czego nie mamy na polce). Poprosilam go takze, zeby dla kolezanki kupil “Strach” Grossa, bo go nie ma, a chcialaby miec swoj. Reszte opowiesci uslyszalam juz przez telefon, z pokoju hotelowego. W pierwszej ksiegarni na pytanie o ksiazke, uslyszal kategoryczne “nie”, bez zadnego tlumaczenia typu “wlasnie sprzedalismy ostatni egzemplarz, bedziemy mieli nastepne za taki a taki czas” (co slyszal w przypadku pozostalych pozycji, jesli ich nie bylo). W drugiej ksiegarni ksiazka byla, ale zauwazyl, ze gdy odlozyl stosik wybranych ksiazek, sprzedawczyni odwrocila lezaca na wierzchu ksiazke Grossa tak, zeby lezala tylna okladka do ludzi. Moze zwykly zbieg okolicznosci, ale maz odnotowal to z zainteresowaniem i komentarzem “curiouser and curiouser”…
Obie ksiegarnie niedaleko Uniwersytetu.
Tak jakby nam kraj skulturalniał. Grossa już się nie załatwia cepem, tylko w jedwabnych rękawiczkach…
Vesper, to nie wiesz, że wampiry potrafią się rozmnażać przez wierszykowanie?

A to, że są jednej płci, chyba nikomu nie przeszkadza? W końcu to już nie czasy Noego.
Może być jeszcze jeden pokrętnie optymistyczny wniosek - że pani w księgarni wiedziała, o czym książka rozprawia. Nie jestem tylko pewna, czy to nie nazbyt śmiały wniosek
Przyznaję ze wstydem, że nie wiedziałam
Czyli poza podziałem komórki, pączkowaniem i podziałem plechy jest też wierszykowanie. No, no, no … czego to się można w Koszyczku dowiedzieć 
Wszystko wskazuje, że ostałem się sam…

Nocą na łów sam wyruszam
mój kolega zbyt się wzrusza
gdy zobaczy cud kobitkę
nie o krwi ma myśli brzydkie
jestem sam na posterunku
o krwi obca, luby trunku!
Kto wie, jak przyjdzie sromota

trzeba będzie sączyć z kota…
Kot przeżyje, jak Bóg da,
tylko zęby precz od psa!
Mordko, jeśli się tu gdzieś błąkasz, to lepiej uciekaj
zeen, A1Rh+. Pospolita i trochę przechodzona, ale jeszcze się toczy. Może się nada na załatanie.
Jeśli kryzys długo trwa
kogo wtedy jak nie psa?
Znam Haneczkę, bom koneser
zawsze chętnie, lecz na deser
Dusery prawi
w tym wcieleniu jestem bowiem

dżentelmenem co się zowie
Ciemność wszędzie czarna jak serce rakarza,
gdzieś w kąciku blogu wampir się rozmnaża.
Jak wierszem poleci, na dobry początek
narobi nam setkę małych wampirzątek,
a jak się w epickie zapuści rejony,
cały blog już wkrótce będzie zwampirzony.
Romans kota z wampirem taki mógł być śliczny,
niestety, skończył konflikt go. Serologiczny.
Twaróg kontra pleśniowy?
Pora odpowiednia, kły swe już wystawiam
feromony dzikie rozsiewam na wabia
skuszone niewiasty przyprawiam o bladość
czerpiąc z szyjek krew ich oraz wielką radość
Ożył, alarm odwołany. Dobranoc
Deser luby poszedł spać
a ja za nią, pora ssać…
Do wniosku doszedłem, sądząc po tych harcach,
że wampiry również - w okolicach marca…?
Uwodzicielskie pienia przypomniały mi uwagę z przedostatniego wpisu u Andrusa o niejakim Pawle: Kobiety za nim szaleją, ale jak się odwraca, to już stoją spokojnie.
Na blogach zostawiam wszakże znak widoczny
żem nie jest marcowy, tylko całoroczny…
Teraz już się żegnam, jednocześnie straszę
Do kropli ostatniej krwi - a jakże - waszej
andsolu, ale zeen się nie odwraca, tylko odfruwa.
Zeen jest b. na czasie, bo wampiry dzisiaj bardzo modne.
Po przepracowanym calym i jeszcze z hakiem dniu podrzucam cos do poczytania. Czytalam wczoraj i nastroilo mnie melancholijnie.
http://www.guardian.co.uk/books/2010/feb/21/hilary-mantel-saudi-arabia
A ta niunia, co w pewnym poemaciku napisała:
deszcz - najstarsza kołysanka świata
- jej to własne czy pożyczka?
Jak zostawić wiersz jednowierszowy, to jest świetny…
Niestety u mnie dziś nie była kołysanka a zalewanka. Zbierałem wodę szufelką. Dwa i pół wiadra, czyli z 50 litrów.
Króliku, właściwie ostateczny wydźwięk tego tekstu jest dość optymistyczny.
Przeżyć świadomie najszczęśliwszy dzień swojego życia to jest w końcu coś. A te 4 lata Arabii Saudyjskiej były konieczne do tego, żeby tak właśnie ten dzień można było odczuć.
Zwrócił tam moją uwagę drobny fragmencik: Obedience, deference to authority, reverence for tradition: these were the civic virtues paraded in the Kingdom. To jest właśnie stale powtarzany błąd misjonarzy zachodniej cywilizacji: chcą zanieść innym społecznościom światło swoich wartości, nie biorąc pod uwagę, że tamte społeczeństwa już mają wartości i nie mają zamiaru uważać ich za gorsze.
To nie to, że ja chcę bronić wartości świata muzułmańskiego. Zapewne trudno by mi było z nimi żyć. Ale na ogół trudno mi też zaakceptować wszelkie impakty kulturowe, choćby w najlepszych intencjach. To już może lepiej powolutku, po cichutku zdemoralizować coca-colą?
To o deszczu to jest cytat z Remarque’a. Ale nie sądzę, żeby on miał na myśli zbieranie szufelką.
Zwłaszcza że klasyczne hamburgery są z wołowiny, więc nawet imam może się nimi futrować.
Skojarzył mi się z tematem wartości taki stary, żydowski dowcip. Ksiądz i rabin jadą w pociągu. Ksiądz wyjmuje w pewnym momencie bułki z szynką i częstuje rabina. Ten odmawia, usprawiedliwiając się (jak monikowa Zosia), że jego religia nie pozwala mu jeść wieprzowiny. Ksiądz ze współczuciem mówi: och, jaka szkoda, bo to takie dobre!
W trakcie dalszej rozmowy rabin pyta księdza o zdrowie szanownej małżonki. Ksiądz wyjaśnia, że małżonki nie posiada, bo jego religia zabrania mu się żenić. Rabin na to z westchnieniem: och, jaka szkoda, bo to takie dobre!
No, nieeeee, wczoraj polozykam sie na chwile, na chwile… No i przegapilam z tego wszystkiego, bobikowa prowokacje z 1:26. Wiec musze teraz z cala moca obruszyc sie jak tona cegiel.
Pamietam jak przed laty slyszalam wlasnie takie rzeczy wypowiadane w Ameryce w odniesieniu do Europy wschodniej: THEY don’t know any better. Oni lubia zyc pod knutem. Oni sie czuja w tym bezpiecznie. Moze nie moga czytac WSZYSTKICH ksiazek, ale maja bezplatna opieke medyczna. I nie maja bezrobocia. They don’t know any better. Nie uszczeslwiajmy ich na sile….
Kiedy telewizje calego swiata pokazywaly czolgi na uliocach Warszawy, komus z telewizji BBC udalo sie dodzwonic pare dni po ogloszeniu stanu wojennego do Warszawy, gdzie przebywal nasz korespondent Tim Sebastian. Na pytanie jak ludnosc reaguje na te czolgi, odpowiedzial z namyslem: No, nie zauwazylem tu zadnego ZBROJNEGO oporu, ale ludzie sie denerwuja, ze sa rozne utrudnienia…
Tymczasem w Chinach jak rozumiem sa juz i budki z coca-cola i macdonaldy. Obozy reedukacyjne pozostaly jedbnak te same i wcale nie zmniejszyla sie ich klientela w poroznaniu z okresem sprzed coca-coli. A przed olimpiada nawet gwaltownie wzrosla.
A teraz wyslychalam czegos w porannej telewizji, co mnie napawa optymizmem. Otoz w tym kraju wychowanie seksualne jest obowiazkowe w szkolach - wszystkich szkolach bez wyjatku, takze religijnych, do ktorych chodzi co trzecie dziecko w Wlk Brytanii ( z czego nie zdawalam sobie do dzis sprawy), Te szkoly sa oczywiscie jak juz wspominalam kiedys wczesniej, sa wspolfinansowane przez Panstwo. Zasady nauczania seksualnego sa scisle okreslone; informacja musi byc rzetelna i odeideologizowana (unbiased), zgodna z wiedza medyczna, rownosciowa, musi uwzgledniac wiedze o zapobieganiu niechcianej ciazy, chorobach wenerycznych, aborcji - nie jestem pewna czy uwzglednilam wszystko, ale o to mniej wieceh chodzi.
Teraz wyglada na to, ze rzad (ktory przed wyborami jest jak choragiewka na wietrze) ugial sie pod naciskiem organizacji katolickich i gotow jest zgodzic sie na to, by w szkolach religijnych zasady poluzowac i zezwolic im na lekcjach religii uwzgledniac “perspektywe religijna”, w tym np nauczac, ze homoseksualizm jest amoralny, a antykoncepcja jest grzechem smiertelnym.
To z kolei wyowlalo oburzenie i protesty wsrod m.in. licznych nauczycieli, ktorzy powiadaja, ze rodzice maja prawo nauczac dzieci czego chca, ale poza szkola, nie w sytuacji kiedy nauczanie jest finansowane z podatkow wszystkich.
Wyslychalam wiec interesujacej, ale krociutkiej ( jak to w porannej telewizji) debaty w studiu : rabina, przciwnego ideologizowaniu lekcji wychowania seksualnego oraz jakiejs pani z Catholic Education Council, ktoora zwracala uwage, ze rodzice wysylajac dzieci do szkoly religijnej chceli wlasnie uniknac m.on. takiego odideologizowania nauczania o strefie “wrazliwej” (sensitive subject).
Ciekawa jestem jak sie to rozwinie w ciagu dnia, bo bedzioe sie o tym sporo mowic - jest to w tej chwili wiadomosc na pierwszym miejscu w dziennikach.
Nim Helena mnie wyzwoli

się napiję Coca-Coli
bo jak bardzo jest mi źle
tylko ona dobrze wie…
Tu: minister juz sie strasznie tlumaczy, ze ustawa o obowiazku lekcji wychowania seksualnego we wszystkich szkolach nie bedzie “rozwodniona”
http://news.bbc.co.uk/1/hi/education/8529595.stm
Najnowsze wieści w sprawie ksiażki Domosławskiego: http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,7591959,Nie_bedzie_zakazu_publikacji_ksiazki_o_Kapuscinskim.html
Dzień dobry.
Dajcie kawę wypić, bułkę z masłem przekąsić, a do naprawiania świata przystąpić dopiero potem. 

I niech ktoś zabierze stąd ten cholerny szary deszcz, bo siły życiowe on ze mnie wysysa.
Nie ma letko, Bobik.
Tu, dzieki linkowi Beaty, odnalazlam tez bardzo, bardzo ciekawy glos o Domoslawskim i jego ksiazce, kogos, kto juz ja przeczytal:
http://mzungu6.blox.pl/2010/02/Ciemna-strona-ikony.html
No, teraz ja się poczułem sprowokowany. Heleno, jak mnie posądzasz o myśli typu “dla tych tam dzikusów wystarczy nahajka, bo oni to lubią”, to chyba jeszcze wciąż jesteś bardzo zaspana.

O całkiem inną rzecz mi chodziło. O misjonarskie przekonanie, że wartości Zachodu są “z natury” o tyle lepsze, że innych, odmiennych wartości w ogóle nie należy brać na serio pod uwagę. Albo że nawracane społeczeństwa w głębi ducha tylko marzą o tym, żeby dostać się w strefę panowania zachodnich idei (i coca-coli też, a jakże), a jakaś zbrodnicza rządząca klika im to uniemożliwia. A przecież jest dosyć przykładów na to, że zachodnie idee nie przyjmują się w jakichś krajach wcale nie przez żadną zbrodniczą klikę, tylko właśnie dlatego, że tamtejsza społeczność traktuje swoje wartości bardzo poważnie i nie zamierza wraz z jeansami przyjmować caego zachodniego dobrodziejstwa inwentarza.
Analogia ze stanem wojennym w Polsce nie jest tutaj słuszna - ja na pewno nie mam nic przeciwko poparciu oddolnych ruchów wolnościowych, jak np. w Birmie czy w Tybecie. Ale właśnie oddolnych, kiedy większość ludzi się z nimi identyfikuje i poparcie, a nie wejście i powiedzenie - bo wy się, głupiątka, nie umiecie rządzić sami i macie durne wartości, więc my wam tu wprowadzimy demokrację na naszą modłę.
Nieraz zresztą już ten punkt widzenia przedstawiałem, więc nie będę szedł teraz w szczegóły, ale jeszcze wyjaśnię, że o coca-coli myślałem raczej w sensie metaforycznym. To znaczy - o ile skuteczna może być “pełzająca konfrontacja” stylów życia i stojących za nimi wartości (skuteczna w tym sensie, że w końcu ludzie prędzej czy później wybiorą to, z czym im się lepiej żyje), o tyle rozwiązania siłowe i podtapianie coca-colą mają na ogół skutek… No, wiadomo jaki.
I żeby mi to nikt nie zarzucił, że propaguję coca-colę jako wartość! Metaforami gadam.
W gruncie rzeczy pani Kapuścińska doprowadziła do tego, że teraz właśnie nieukazanie się książki byłoby bardzo niekorzystne dla pamięci pisarza. Bo można sobie wyobrazić, jakie wstrząsające informacje na jego temat wykombinowałaby wtedy stugębna plotka - a tego już nikt nie byłby w stanie skontrolować ani sprostować.
Naprawdę, było jakoś przełknąć tę żabę, uznać, że się nie żyło z pomnikiem i powiedzieć: owszem, nie był ideałem, ale właśnie takiego go kochałam i szlus. Mam wrażenie, że wtedy wszyscy byliby bardziej skłonni szanować uczucia wdowy i podchodzić do tematu z większą delikatnością.
To tylko pod warunkiem, ze przyjmiemy, iz wartosci takie jak wolnosc jednostki czy spoleczenstwa sa wartosciami “zachodnimi”, a nie uniwersalnymi, wynikajacymi z naszego czlowieczenstwa. A dzikusy w pewnych okreslonych warunkach wola byc zniewolone, bo daje im to poczucie bezpieczenstwa i zludzenie ladu w swiecie. I trzeba im dac czas az ewentyalnie dorosna do innych wartosci. A w miedzyczasie (OK, “tymczasem”) niech kobiety beda gwalcone lub nie dopuszczane do alfabetu, niech cala reszta nie czyta zakazanych ksiazek, niech niektore dzieci beda uznane za czarownikow, albo niech ludziom u wladzy wolno bedzie potraktowac sasiednie ludy bronia biologiczna.
Nie.
A do mnie przyszla mlodziutka sasiadka (ta co jej niedawno niegroznie i berz konsekwencji spadlo dziecko ze schodow) i przyniosla mi zonkile - pierwsze w tym roku.
Psy w ogóle nie mają letko…
http://wyborcza.pl/1,75480,7569460,Mowili_na_mnie__pies_.html
Heleno, wrzuciłaś kilka rzeczy do jednego worka, poplątały się i teraz muszę to rozplątywać.
(może go potem wyguglam), od lat angażujący się w sprawę zakazu obrzezania dziewczynek. On nie działa na szczeblu politycznym, tylko jeździ po zapyziałych afrykańskich wioskach, rozmawia z szejkami i imamami, usiłując na zasadzie kropli drążącej skałę przekonać ich, że to obrzezanie nie jest wcale nakazem islamu i że niepraktykowanie go tak naprawdę żadnych religijnych ani innych wartości nie naruszy. Jego żona gada w tym czasie z miejscowymi kobietami i np. udowadnia im naocznie, że nieobrzezanie nie powoduje legendarnych skutków typu “urośnie po kolana”. I powiedziałbym, że oni są wiele skuteczniejsi, niż amerykańskie wojska w Iraku. Pod wpływem tych Niemców już w wielu regionach wydano zakaz obrzezania, który jest przestrzegany. Bo - po całej tej mrówczej robocie przygotowawczej - wychodzi od miejscowych, własnych autorytetów i trafia na uzdatniony już grunt.
Jeżeli jednostki w jakimkolwiek kraju czują się tłamszone, uciskane, cierpią z tego powodu, że nie mogą się zrealizować, domagają się zadbania o ich prawa człowieka, itd., to oczywiście zawsze będę skłonny uznać ich racje i wystąpić w ich obronie. Ale nie mam zamiaru do jednostek, które w swoim świecie wartości czują się świetnie, w zgodzie ze sobą i otoczeniem, przychodzić i mówić: od dziś koniec z tym, bo twoje wartości są niesłuszne. Masz żyć według moich, bo one są słuszniejsze, bez względu na to, jak ci będzie z tym niewygodnie.
Oczywiście może się zdarzyć tak, że podczas dialogu z jednostką ze świata innych wartości, ona się zacznie zastanawiać i odczuwać dyskomfort (a mogę i ja go zacząć odczuwać) z powodu takich czy takich swoich założeń , co doprowadzi do ich zmiany. To jest całkiem inna historia. Taka właśnie “pełzająca konfrontacja”, o której pisałem.
Teraz jak chodzi o skuteczność - wpadanie do świata innych wartości z misjonarskim zapałem, albo z ogniem i z mieczem, jest skuteczne co najwyżej wtedy, jeżeli jest się gotowym powyrzynać wszystkich przeciwników naszych słusznych poglądów w pień. Inaczej skuteczność tego jest dokładnie odwrotna.
Jest taki świetny Niemiec, którego nazwisko, niestety, notorycznie mi ucieka
A na drugim końcu kija są takie kraje, gdzie teoretycznie zakaz wprawdzie istnieje, bo system prawny skonstruowano na wzór europejskiego, ale po wioskach nadal rzeza się na prawo i lewo. To ja się pytam, co jest lepsze?
I jeszcze jedna sprawa. Nie znam osobiście takiej kultury, w której np. gwałcenie kobiet byłoby wartością. A że się zdarza? No, zdarza, tak samo na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Czy należy się na to oburzać? Ależ tak, tylko bez poczucia wyższości, że u nas się zdarza jako “wypadek przy pracy”, a u nich dlatego, że nie dorośli do prawdziwych wartości.
U nich, niestetu, gwalcenie jest czesto wpisane w system i nie uwazane za cos nienormalnego.
Ponadto (wracam do samej gory, poczatku Twego komentarza) w bardzo niewielu krajach gdzie jednoski sa ubezwlasnowolnione, protestowanie i domaganie sie respekltowania swoich praw, nie jest zdrowe dla zycia i bezpieczne. Wielszosc sie nie domaga, bo albo nie wie, ze moze , albo wie zbyt dobrze czym sie to moze skonczyc. Troche mo to nawet przypomina Tima Sebastiana, bless him, ktory podkreslal, ze nie odnotowal w Polsce zbrojnego oporu.
Nie jestem przeciwna pracy oodolnej, jak tego Niemca - jak najbardziej. Ale jestem tez za tym aby na forum miedzunarodowym domagac sie i wywierac wszelkie mozliwe naciski (np ekonomiczne) na rzady tych krajow, gdzie “obrzezanie”, okaleczanie dziewczat jest pratykowane. A nawet nie bylabym przeciwna temu aby w celach perswazyjnych poobcinac to i owo przywodcom niektorych z tych panstw. Call me missionary.
A u “nas” poslowioe ze wszystkich partii zazadali aby kwestie rozwodnionej ustawy o wychowaniu seksualnym przeniesc na forum Parlamentu. W ramach dzialalnosci misjonarskiej sprowadzilabym do Londynu caly polski Sejm i pod przymusem kazala sluchac jak sie to bedzie odbywalo.
Heleno, natknełam sie kiedyś w brytyjskiej tv na ten program:
http://sexperienceuk.channel4.com/sex-education
Opiera się on na tezie (na ile prawdziwej, to juz Ty będziesz lepiej wiedziała), że młodzi ludzie w Wielkiej Brytanii czerpią wiedzę o seksie głównie z mediów, internetu, poczty pantoflowej oraz pornografii. Nie ze szkoły. To jak to jest z tą edukacją seksualną? Rozwodniona czy nie, obowiązkowa czy nie, ale chyba średnio skuteczna? Może rzecz nie w ideologizowaniu, tylko przemyśleniu, jak powinna ona wyglądać?
To niepokojące, bo skoro w GB nie wiadmomo za bardzo jak edukować, to w Polsce już zawsze będzie w tym miejscu niezaorany ugór.
Ale jestem tez za tym aby na forum miedzunarodowym domagac sie i wywierac wszelkie mozliwe naciski (np ekonomiczne) na rzady tych krajow, gdzie “obrzezanie”, okaleczanie dziewczat jest pratykowane.
Heleno, jeśli dobrze zrozumiałem, Bobik mówi, że to daje na ogół efekty papierowe czy werbalne, ale nie zmienia mentalności.
Wierzę w fizykę, że mniej energii marnuje się i lepsze efekty się otrzymuje gdy zamiast frontalnie ustawić się na drodze adwersarza, staramy się iść obok niego i po trosze modyfikować kierunek jego ruchu. Zdaje się to jest wynalazek grecki zwany “dyskusją”
Jeżeli gwałcenie jest gdziekolwiek wpisane w system wartości, to tylko u “wojowników” różnego autoramentu, m.in. w chrześcijańskiej ex-Jugosławii.
A że w praktyce winę za gwałt (w warunkach niewojennych) usiłuje się zepchnąć na ofiarę, a sprawców potraktować w miarę łagodnie - no, sorry, a od jak dawna w Europie jest inaczej? A przecież uważamy, że nasz współczesny system wartości wywodzi się z Oświecenia, nie mówiąc już o dawniejszych zaszłościach. I w ogóle czy to taki rzadki przypadek, że wartości sobie, a obyczajowość i praktyka sobie?
Nie spotkałem jeszcze muzułmanina, który by głośno przyznał, że gwałt jest dobrem i wartością, której należy bronić. Nawet ci, którzy gwałcą, mają poczucie, że coś tu jest nie tak. Zapewne zresztą dlatego usiłują winę przypisać ofierze.
Obcinanie tego i owego przywódcom państw skuteczność miałoby dość mizerną, bo często właśnie ci przywódcy, nieraz kształceni na zachodnich uniwersytetach, są jak najbardziej przeciwko i nawet usiłują to zawrzeć w prawodawstwie. Tyle że nieprzekonana ludność to prawodawstwo olewa. A “wszelkie możliwe naciski” potrafią spowodować to, że nawet przywódca przekonany o niesłuszności jakiejś praktyki dostanie obstrukcji, bo naciski mu wejdą na honor. I zamiast dyskusji o bezsensie czy nieludzkości praktyki, będzie awantura o mieszanie się w wewnętrzne sprawy.
Z tego wcale nie wynika dla mnie, że nam, na Zachodzie, nie wolno powiedzieć, że to czy tamto z naszego punktu widzenia uznajemy za niesłuszne. Albo że nie wolno nam spróbować innych o tym przekonać. Tylko powinniśmy sobie zdawać sprawę, że ani “nasz”, ani “ich” system wartości nie jest czymś słusznym “z natury” i z tego powodu “naturalnie” wyższy. Systemy wartości ludzie sobie wypracowują, nieraz w bólach, dyskusjach, sporach i powikłaniach. Ale taki wypracowany system w końcu się internalizuje, a narzucony niekoniecznie.
andsol 14.04 - dokładnie o to mi chodziło. I sam w życiu zawodowym i osobistym mam wiele przykładów, że to znacznie lepiej działa.

A że i mnie zdarzają się wypadki przy pracy i czasem, wbrew swoim własnym zasadom, frontalnie złapię za nogawkę… No cóż…
Przypomniałem sobie, jak się ten Niemiec nazywa. Rüdiger Nehberg. Oglądałem kiedyś program o zorganizowanej przez niego konferencji na temat obrzezania kobiet, z udziałem różnych islamskich autorytetów. Część uczonych w Koranie na początku dość ostro broniła tej praktyki i już się wydawało, że wyjdą trzasnąwszy drzwiami, ale Nehberg na szczęście rozegrał tę sprawę bardzo umiejętnie - nie usiłował, broń Boże, wchodzić z argumentami o prawach człowieka, tylko z jednej strony zakulisowo wspierał i zachęcał do wypowiedzi tych muftich, którzy byli przeciwnikami obrzezania i potrafili znaleźć argumenty religijne dla obrony swego stanowiska, a z drugiej zagrał na emocjach, przyprowadzając na konferencję kilkanaście dziewczynek, które opowiedziały o tym, jak strasznie cierpiały i nadal cierpią z powodu obrzezania. I w końcu przeciągnął większość autorytetów na swoją stronę. Pod jego wpływem w zeszłym roku sam Yusuf Abdallah al-Qaradawi wydał fatwę na okaleczanie dziewczynek, określając to jako “dzieło szatana”, sprzeczne z islamskimi wartościami. Ha!
Tak, to duza lepsza metoda, bo nie z pozycji odbieranej przez wspoluczestnikow dyskusji jako pozycja wyzszosci, nawet jesli ma sie najlepsze intencje (nie mozna zapominac o kontekscie postkolonialnym). Ulubiony przeze mnie i Wande Greg Mortenson wlasnie tak zaklada szkoly dla dziewczynek w Afganistanie. I nikt ich wlasciciwie nie atakuje, bo on sie uklada ze starszyzna afganska i przekonuje ich, zeby do szkol posylac ich wlasne corki. Ale to wlasnie wymaga poznania juz istniejacej kultury, i roznych jej watkow, po to, zeby sie odwolac do tych, ktore sa blizsze takze obecnym zachodnim wartosciom (pisze obecnym, bo i na zachodzie nie tak dawno - patrzac na to z perspektywy historycznej - roznie bywalo…)
[Zreszta podobnie mozna rozmawiac z niektorymi niezwykle konserwatywnymi watkami we wlasnej kulturze zachodu - na przyklad w Stanach coraz wiecej evangelical Christians jest przekonanych co do slusznosci dbania o srodowisko naturalne (mimo, ze organizacje polityczne do ktorych naleza raczej sie ta dbaloscia nie przejmuja w imie niezatrzymywania rozwoju ekonomicznego), bo organizacje ekologiczne odwoluja sie do tekstow biblijnych, ktore tez ten szacunek nakazuja.]
Natomiast rozumiem byc moze, co wczoraj Helene moglo nieco zabolec w komentarzach o podbijaniu serc innych kultur przez Coca-Cole (choc ja to zrozumialam jednak jako zart). Otoz zalozenie, ze zachod dojdzie do cichego przekonania innych kultur do swoich (czesto calkiem swiezo odkrytych) wartosci poprzez kuszenie swoimi zabawkami z kultury masowej tez wlasciwie zaklada, ze w innych kulturach nie ma juz wypracowanych systemow wartosci, i ze mozna ich przekonac miska ryzu albo sznurkiem szklanych paciorkow…
No niee, Moniko, nie podejrzewam Heleny o taką nieznajomość psa, żeby mi mogła na serio przypisać takie intencje.
No i przez wartości zostawiliśmy odłogiem sprawę seksu.

Ja tam nie wiem, czy to jest słuszne…
Bobiku, czasem skojarzenia sie wlaczaja automatycznie, Pies czy nie Pies. Blame it on our brain circuitry…
Podsylam najnowszy artykul Lakoffa, na ten temat - miedzy innymi.
http://www.huffingtonpost.com/george-lakoff/a-good-week-for-science_b_470500.html
No, Bobik, masz kumpla
http://wiadomosci.onet.pl/2132125,441,znaleziono_gigantycznego_psa_boze__to_kon,item.html
Mogę się spotykać z tym George’m na spacerach, ale do domu go nie zaproszę. Moja kanapa ma tylko 3 miejsca realne (choć wirtualnych od groma) i nie zamierzam podczas jego wizyty siedzieć pod stołem.
Lakoffa sobie zostawię na wieczór, kiedy to będę mógł przyczytać wszystko w jednym kawałku, a nie tak po kromce.
Lakoff tez George, ale gabarytowo w normie…
Niestety, wysluchalam prognozy pogody i musze wlaczyc sie w akcje chleb-woda-mleko. Ciekawa jestem, czy spotkanie z kandydatem na moderatora spotkan obaywateli naszego miasta sie odbedzie. Mialo to byc kawa u sasiadow.
Vesper, nie mam pojecia z czego ta mlodzoez czerpie wiedze o seksie i nie wykluczam, ze wlasnie bardzoej z pornografii niz z godzin w szkole spedzonych na uswiadamianiu. Ale jesli dobrze zrozumialam w ciagu dnia sluchajac dziennikow, ta obecna ustawa jest tymczasem tylko projektem w Parlamecie, ma dopiero wejsc w zycie po przegloswaniu - i przewiduje ponoc znacznie lepszy poziom tego wychowania niz dotad. TYle, ze rzad w ostatnioej chwili ulegl presjom i postanowil wlasnie ja “rozwodnic” jak to wszyscy krytyczni komentatorzy nazywaja.
Dotychczasowe wychowanie seksualne bylo na rozne sposoby od lat krytykowane i czesto zadawano przy takiej okazji niewygodne pytania o liczbe ciaz wsrod nastolatek.
Sama cynicznie podejrzewam, ze wysokie statystyki nastoletnoch ciaz maja wiecej wspolnego z systemen zapomog spolecznych i przyznawania mieszkan kwaterunkowych niz z brakiem wystarczajacej wiedzy na temat stosowania antykoncepcji. Sama znam pare (syn kolezanki z pracy i jego girlfrienda, po ktprej juz chyba nie ma sladu), ktorzy postanowili “zrobic dziecko” bo im byl;o za ciasno w kwaterunkowym domu naszej kolezanki.
No i zrobili. I mieszkanie dostali, a raczej dostala je “samotna matka” - z pominieciem wieloletniej kolejki do tych mieszkan. I na to chyba nie ma sposobu, a w kazdym badz razie niczego rozsadnego na ten temat nie czytalam.
Podobno jutro ma sie ropzpoczac w Parlamencie debata nad poprawkami zgloszonymi przez rzad, a dotyczacymi szkol wyznaniowych.
Z tym wychowaniem seksualnym to chyba trochę tak, jak - wszystkimi proporcjami gardząc - z malowaniem na kolanach i malowaniem dobrze. Znaczy, sama postępowość ustawy wcale jeszcze nie gwarantuje znakomitych efektów. I tak się zastanawiam - skoro młodzież i tak woli czerpać wiedzę z pisemek i z netu, to może warto byłoby włożyć trochę wysiłku (i forsy) w to, żeby te pisemka podawały informacje sensowne, a w necie żeby były łatwe do znalezienia strony wychowujące seksualnie językiem dla młodzieży zrozumiałym i bliskim?
Nie mogę tego, co powiem, podeprzeć żadnymi badaniami, ale tak intuicyjnie mam wrażenie, że nastolatki, które nie umieją rozmawiać o seksie z rodzicami, nie potrafią również rozmawiać o nim z innymi dorosłymi. A jeżeli rzeczywiście tak jest, to wszelkie wysiłki nauczycieli można o kant sempiterny potłuc. I zamiast pchać parę wyłącznie w gwizdek, lepiej byłoby zadbać o jakość informacji tam, skąd młodzież naprawdę ją zdobywa.
@Bobik, the pies: mam wrażenie, że nastolatki, które nie umieją rozmawiać o seksie z rodzicami, nie potrafią również rozmawiać o nim z innymi dorosłymi. Ja bym wziął to zdanie, poobracał, poprzeinaczał i przeciągnął na inne pólko:
Jak rodzice nie umieją rozmawiać z nastolatkami o seksie to przypuszczalnie o niewielu innych sprawach potrafią z nimi porządnie porozmawiać i zapewne tak było od początku, gdy nastolatek był pełzakiem, pytakiem, udręczakiem, psujkiem i zaprzeczaczem. I brak rodzinnych rozmów na wielość tematów po latach może odkryje specjalista od rozmów. A dowód (nie)rozumienia się na temat seksu na elementarnym poziomie pojawia się szybciej i głośno wrzeszczy. Więc nie w seksie, a w stosunkach rodzinnych prawie zawsze jest problem. I upieram się przy tym, choć nie jestem tak mądrym jak Bobik psem.
Z tego co wiem to takie materialy owszem, istnieja w necie.
I mam tez wrazenie, ze nasza znajoma zbitka pojeciowa “wychowanie seksualne” nie do konca pasuje do zamiarow rzadu. Chodzi raczej o wiedze na temat sfery seksualnej oraz socjologii seksualnej. A “wychowanie” - poza szkola, bo tu wlasnie lezy pies pogrzebany, ze nie ma wspolnego systemu wartosci dla wszystkich.
POwinnam chyba powioedzec, ze “wychowanie” nie tyle poza szkola, co poza lekcjami o seksie.
Kest tego faktycznie pelno w internecie. Jak to:
http://www.ltscotland.org.uk/sexandrelationshipseducation/index.asp
andsolu, nie pójdziemy do wójta, bo od łapy przyznam Ci rację.
Pewnie, że w stosunkach rodzinnych złego początki. A ja mówiłem już o konsekwencjach tego, o tym, że niedostateczne porozumienie z rodzicami potrafi się zgeneralizować i przenieść na ogólną nieumiejętność rozmowy z dorosłymi,czy też uogólnioną nieufność do nich.

Przydałoby się wychowywać lepszych rodziców (choćby to wychowanie emocjonalne, o które zawsze upomina się Teresa Stachurska). Ale tam, gdzie szkody już się stały, można próbować je minimalizować. A niechby i przy pomocy netu, czemu nie?
Taki mi właśnie z głupia frant pomysł przyszedł do głowy - gdyby np. jakiś znany rapper miał stronkę, na której “nauczałby” wychowania seksualnego, czy to by przypadkiem nie było dla młodzieży wiele atrakcyjniejsze od tego, co opowiada nauczyciel? No to może lepiej zapłacić jakiemuś raperowi, żeby taką stronkę (przy cichym współudziale fachowców) prowadził, niż inwestować w kolejny nietrafiony podręcznik?
Nie upieram się przy tym pomyśle. Tak tylko sobie główkuję, że można szukać rozwiązań niekonwencjonalnych, skoro konwencjonalne się nie sprawdzają.
To jest dla nastolatkow:
http://kidshealth.org/teen/sexual_health/
Zgadzam się z poprawką “wiedza o seksie” zamiast “wychowania”, bo to rzeczywiście nie to samo.
Grzeczne, uładzone, pedagogiczne i nudy na pudy. To by musiało być zupełnie inaczej zrobione.
Ale ta stronka pokazana przez Helenę, to jest dokładnie to, do czego bym nie sięgnął, gdybym był ludzką młodzieżą.
Rapper specjalnie dla Bobika:
http://www.huffingtonpost.com/2010/01/06/rappers-explaining-sex-th_n_412057.html
Noo… może niezupełnie o to mi chodziło.
Ale są przecież rapperzy angażujący się socjalnie i edukacyjnie, to czemu nie miał by się jakiś zaangażować na rzecz wiedzy seksualnej? 

Tylko oczywiście umiejętnie, żeby młodzież nie uznała, że przeszedł do obozu wroga, albo po prostu zdziadział.
17.40, …choć nie jestem tak mądrym jak Bobik psem.
andsolu, jakie masz dowody na to, że w ogóle jesteś psem?
Zdanie moje zawiera dwie treści, jedną widoczną i drugą, też widoczną. Pierwsza mówi: “nie jestem psem” a druga, że “Bobik to pies mądry”. Są poważne przesłanki, że kilkanaście reinkarnacji temu, gdy wszyscy obecnie żyjący jako ludzie byli rycerzami lubo książętami lubo księżniczkami, andsol był psem rasy orador (rasa psów oraetlabora rozdzieliła się na dwie podrasy, stworzeń pracowitych oraz leniwych). bo nie lubił tłumu rycerzy i książąt, ale w przyszłych swoich planach nie przewiduje podjęcia czteronożności. Ale gdyby były ciekawe propozycje, wszystko jest do wynegocjowania, o ile nie wymaga życia w śniegu.
andsolu, język na szczęście nie jest precyzyjny i jednoznaczny, co daje mi szansę pobrykania sobie w jego obrębie.
Cytowane zdanie równie dobrze mogło oznaczać “jestem psem, ale nie tak mądrym, jak…” itd. Ale jeżeli dopuszczasz negocjacje na temat ewentualnych przyszłych żyć, to znaczy, że Twoja czworonożność nie jest utracona bezpowrotnie. 

Jak o mnie chodzi, całkowicie rozumiem i popieram upór w sprawie życia w krajach ciepłych, jak również niechęć do bycia psem rasy laborador. Tak że negocjacje mają szansę być owocne.
Życie w krajach ciepłych ma pewien minus - gorąc doskwiera, a czasem nie sposób się już bardziej rozebrać. W zimnym kraju, dla odmiany, zawsze można coś jeszcze na siebie założyć
Nigdy nie da się tyle założyć, żeby łapy na śniegu nie marzły.

Chyba że sięgnąć do techniki, np. butów dla psów, ale wtedy równie dobrze w ciepłych krajach można włączyć klimatyzację.
Naciągana ta Twoja teoria, Bobiku
Musiałyby istnieć klimatyzowane kapsuły do przemieszczania się pomiędzy klimatyzowanymi wnętrzami. Tylko gdzie wtedy radość z przebywania pod gołym niebem?
Tak naprawdę to wytrzymałość na ciepło lub zimno jest bardzo indywidualna. Moja mama potrafi znosić takie temperatury plusowe, że normalny człowiek czuje się w nich poparzony. Poniżej 22 stopni w pomieszczeniu jest gotowa pożyczać ode mnie futro. A mój ludzki brat jeszcze koło zera wzbrania się przed włożeniem kurtki.
Można sobie wyobrazić, że ich życie pod jednym dachem łatwe nie jest. Gdyby ja nie mieszał się w odpowiednich momentach w ich rozmowy (temperamenciki mają obydwoje raczej tropikalne), niewyluczone, że już dawno by się zakrzyczeli na ament.
Ze mną jest tak, że w domu marznę bardzo szybko. Chyba że śpię. Wtedy moga panować arktyczne mrozy, może hulać wiatr, a ja przykryta ciepłą kołdrą od stóp po czubek głowy, wdycham to mroźne powietrze i śpię jak suseł. Ale upał latem doprowadza mnie do stanów bliskich chorobowym. Na wakację najchętniej wyjeżdżam do rodziny w Szwecji. Jeśli mnie kiedyś ktoś zobaczy latem w Maroko, to będzie znaczyło, że świat się skończył.
Vesper, mam nadzieję, że nie należysz przynajmniej do takich typów, jak jeden mój znajomy, którego od 25 plus wszyscy omijają dużym łukiem, bo z najbłahszego powodu zabić potrafi. Jakoś mu tak upały na nerwy działają, że nie idzie wtedy w ogóle z nim wytrzymać.
Tak źle, może nie jest, choć dobrze też nie. Jestem w ogóle mało agresywna, ale upały potrafią wydobyć ze mnie te mniej przyjemne cechy
U mnie trochę inne okoliczności potrafią wydobyć nieprzyjemne cechy. Ale to już przysłowiowe - Bobik jak głodny, to zły.
Bobik, popros Labradorke, zeby Cie nauczyla lodowke otwierac. One to swietnie potrafia. Slyszalem o jednym, co mu nawet jego Starzy musieli do lodowki klodke dorobic, choc ortwieraniem i wyciaganiem zajmowal sie nie z glodu, ale sportowo i z zadzy wiedzy. Sam potrafie jedynie rozpakowac zakupy, jesli w torbie znajduja sie skonsy. Bo mi zaluja, rzekomo z powodu choroby nerek.
Zupełnie jak moje całkiem ludzkie dziecko
Choć czy całkiem ludzkie, to nie jestetm taka pewna - mojej córce właśnie wyrosły stałe zęby. Problem w tym, że mleczne jeszcze nie wypadły. Teraz ma dwa rzędy pięknych, białych, ostrych siekaczy. Jak rekin 
Och, to chyba fascynujące mieć dziecko-rekiniątko.
Mordko, ja tej Twojej namiętności do skunksów w ogóle nie rozumiem. Według mnie to są takie króliki, na które lepiej nie polować.
Ludzie to w ogóle sa nieużyci. Pewien znajomy beagle bywał tak zdesperowany, że wyjadał śmieci z kosza. Nawet tego mu pożałowali i założyli zamek na śmieciową szafkę. Bez klucza nie razbierjosz.
Dobry wieczór wszystkim

Będąc już z powrotem na łonie, nie mam jednak siły czytać wszystkiego powyższego, zwłaszcza, że obowiązki zdjęciowe czekają. Natomiast machając wszystkim przyjaźnie zapytowywuję Bobika (sorry za prywatę), co zrobić z bandyctwem - wpis nowy u mnie już jest, więc chyba przyszła pora
Czy chodzi o tego bandyte co po piracku nagrywal koncert KZ? Moim zadniem KZ mogl poprosic gospodarzy sali koncertowej aby sie z nim nalezycie rozprawili, najlepiej wzywajac policje, bo jest to przestepstwo.
Pani Kierowniczko, czy to ja jedynym rozbójnikiem w świecie jestem? A choćby zeen, to niby nie bandyta?

Cieszymy się, że Kierownictwo po wojażach jeszcze w takiej formie, że na machanie ma siłę.
No, dokładnie tak się stało - zawezwano policję
A kolega widział, jak się z delikwentem rozprawiano. Cytuję z kolei świadka tego, co działo się potem za kulisami: “regularny lincz” 
No to polecam twórczość Bandy Dwojga:

http://szwarcman.blog.polityka.pl/?p=463#comment-60123
Mordko, tę literówkę zdecydowanie oprawię w ramki i powieszę nad łóżkiem. Moim zadniem!
Vesper, coś na temat ludzkiej nieużytości wiem.
Mojego poprzednika, Puszkina, Moi doprowadzili do skrajnej specjalizacji, coraz bardziej utrudniając mu wyciąganie smakowicie pachnących papierów z kosza. A sam kosz też tak zabezpieczyli, że ja nawet nie próbuję się z nim zmierzyć.
Zara, chwila, to ja i wampir i bandyta
Łojezu…
… idę do klasztoru.
Niestety, tylko dziewice przyjmują
Vesper, ja się czystej muszę napić…
To dopiero byłby ciekawy zestaw cnót - wampir, bandyta i dziewica w jednym.
Zmieszaj te cnoty w równych proporcjach, a otrzymasz zeena
Żeby otrzymać zeena, trzeba by mieszać nie w proporcjach, tylko w procentach.
Czysta do tych cnót nie pasuje. Spirytus byłby lepszy
Haneczka to się jednak zna na zeenach
Spirytus flat ubi zeen?
Vesper, tylko to i owo przeczuwam

Dobranos
Przeczytalam trzynastozgloskowca u PK. Am speechless.
To niesprawiedliwe, zeby jednemu (dwojgu?) dac tyle talentu!
Kto za tym stoi?
Dobranos to bardzo psia formuła pożegnalna. Mogę sobie przywłaszczyć?
Po nazwie sądząc, jest to banda Dwojga, nie Jednego..

Ponieważ najwyraźniej współpracują ze sobą i nie chcą się ujawniać, to podejrzewam, że to są jacyś Tajni Współpracownicy.
Ale myślę, że mimo iż dzieło wspólne, styl obu Bandytów jest rozpoznawalny…


Ja tylko jestem ciekawa, jak oni technicznie to robią, że razem piszą
To akurat, Pani Kierowniczko, chyba najmniejszy pikuś. W dobie internetu…
Jak to bandyci, to musowo rąbneli komuś. Nie zgłaszał czasem nikt zaginięcia epopei?
Może nie zgłaszał, bo się boi. Tacy to potrafią nawet na dzieciach niewinnych się zemścić, nie mówiąc już o zwierzynie domowej…
Nie, no jasne, Bobiczku, tylko mnie ciekawi, czy to tak było: jedno jedna zwrotka, drugie druga zwrotka itp., czy jedno pisze, drugie cyzeluje… wicie rozumicie
O! To ja chyba kiedyś tak pisałem, w szkole - ja pisałem a polonistka cyzelowała. Na końcu zawsze była cyfra 2.
Ja nie przypuszczam, Pani Kierowniczko, żeby prawdziwi bandyci zdradzali szczegóły swego bandyckiego warsztatu. Dochodzeniówka jest skazana na domysły, o ile nie złapie za ręce.
W google documents ma się ten sam tekst (obrazek) otwarty na obu monitorach i można jednocześnie nanosić zmiany.
andsol, czy to nie jest przypadkiem pomoc w działalności przestępczej?
A jak bandyci na takie udogodnienie jeszcze nie wpadli i dopiero teraz, zachęceni Twoją wskazówką, skorzystają z tej możliwości? 
My się tylko możemy cieszyć. Będzie co poczytać i w odpowiedzi zrymowac a vista
Ciekawe, czy konie rymują a wiśta?
Największą pomocą w działalności przestępczej są przepisy kulinarne, bo przestępcy cieszą się życiem zamiast iść do spowiedzi.
Chyba jednak spsiałem, bo popełniłem poemat. A ostatnio już rzadko mi się to zdarzało. Ech, Bobiku, Bobiku, będziesz miał mych czytelników na swoim sumionku. Chociaż tu większość jest rymująca…
Przepisy kulinarne … A kobiety i śpiew to pies?
Rzeczywiście tutaj, jak również u Pani Kierowniczki, rymowanie jest przestępstwem całkowicie pospolitym. Chociaż, jak się okazuje, zakaźnym.
Pies jak ma wybrać między przepisami kulinarnymi, kobietami i śpiewem, zawsze wybierze kulinaria.
Może polecimy andsolowi naszą operę?
Czy wymuszacie przypomnienie historii o turyście wracającym co 10 lat do Włoch? 20-latek: a, ragazza… 30-letni: przepiękne kobiety. I pizza też niczego sobie. I tak dalej, schemat oczywisty. Przypominam, że jestem po 90-siątce, więc u pań doceniam broszki z diamentem i przepisy kulinarne.
A pewnie! Opera jest jak najbardziej godna polecenia.

Jakem współtwórca, tak przyznam nieskromnie, że jeszcze do dziś potrafię się z niej uśmiać.
http://szwarcman.blog.polityka.pl/?page_id=447
Czy po 90-ce jednostką doceniania są dioptrie?
Opera nie! Tam śpiewają, a ja lubię inne instrumenty, bite i szczypane. Już mi Babilasy groziły odgrywaniem ich operowych zasobów, ale szybko zwekslowałem rozmowę na Kalewalę i zapomnieli.
Nie, 90-latki są czułe na timbre głosu. Mam znajomego z piszczącą żoną i myślę, że chyba jednak bym się brutalnie rozwiódł.
Ta opera jest akurat do czytania, nie do śpiewania. Chociaż ktoś tam się odgrażał, że napisze do niej muzykę, ale zapomniał. Bez Kalewali.
Ktoś się odgrażał, że wystawi, ale też zapomniał
Ach, to libretto, to inna sprawa. Jutro wdaję się w studia nad nim (bo u Was przeważnie jest jutro, a u mnie dziś, a w sobotę upchnięto mnie jeszcze o godzinę na zachód.
didascalia wciągają, ale naprawdę mam inne koty do gładzenia. Nie mogę teraz. Chopin nie kot, poczeka.
Nie wiem co lepsze w tej operze, treść, czy komentarze. Najlepiej się bawiłam czytając zapis całego procesu twórczego
Ach, rzeczywiście, Vesper, odgrażał się ktoś od Opera Rara. Może mu przypomnieć temi słowy: wystaw sobie waćpan, żeś nam zapowiadał…
Chopin istotnie może poczekać. On ma teraz cały rok przed sobą.
Posłanko niby też może poczekać, ale jakoś mnie już do niego ciągnie.
To dobranos. Kradzione, nie utuczy.
przypomnę tylko, że do wina są jeszcze koniety, przynajmniej jak się powraca z Wyprawy…
Dzień dobry.
Czy środy koniecznie muszą być raz w tygodniu? Mnie by raz w miesiącu zupełnie wystarczyły… 
Dobrze chociaż, że ktoś odpowiedział na mój wczorajszy apel i deszcz zabrał. Nawet środę jakoś łatwiej znieść bez deszczu.
Koniet rzeczywiście nie wzięliśmy pod uwagę, ze względu na ograniczony zasięg ich zrozumiałości.
Ja tam akurat lubię środy, ale dla Ciebie Bobiku chętnie podpiszę się pod apelem zmiejszenia częstotliwości ich wystepowania




U nas od wieczora pada śnieg
wygladało, że już będzie wiosennie a tymczasem
nigdzie nie pojadę, bo na drogach pewnie znowu okropnie
zrobię sobie dzień dziecka, albo przynajmniej częściowy dzień dziecka
czyli koniety zostają w barze. i dobrze. więcej koniet to więcej radości. może ktoś by się pokusił o funkcję obrazującą stosunek ilości koniet do odczuwanej przyjemności? bo coś podejrzewam, że wykres ma kształt dzwonu. tylko jakie wartości są przy krawędziach…?
a na środowy splin, skoro nie koniety, to może skuteczny będzie mimośród?
Dzień dobry.

Babilas męski pisuje u mnie (choć z rzadka) pod nickiem Cronwood 
Co do opery, to nie tak po prostu “ktoś z Opera Rara” wysnuwał propozycje, tylko sam twórca i szef!
Współautorzy to, poza Bobikiem, który stworzył lwią (psią?) część, vesper, zeen, łabądek, mt7, Piotr Modzelewski, w inspiracji kilku szczegółów Wielki Wódz, no i troszeczkę ja
Po raz kolejny dostrzegam, że świat jest maciupki - ansol zna Babilasów
Jotko, ale ze śniegiem jest przynajmniej ładnie, a z taką burą glamdzią jak u mnie… E, nawet się gadać nie chce.
A jeżeli jeszcze wskutek śniegu robisz sobie dzień dziecka, to właściwie w czym problem?
Foma, znowu narodowy sport, czyli bicie w dzwony?


A skoro narodowo, to co ma do tego przyjemność? Dla Ojczyzny, jak ogólnie wiadomo, trzeba cierpieć, a nie radośnie z konietami się zadawać.
Mimośród przyjmuję wdzięcznym sercem. To jest dokładnie to, czego mi dziś było trzeba.
andsol zna jeszcze Bobika, który dla zmyłki pisuje u Pani Kierowniczki pod nickiem Bobik
Pani Kierowniczko, wiadomo, small world - pięć podań ręki wystarczy, a dla bloggerów dwa i pół.

Samego Twórcę i Szefa uniżenie przepraszam za potraktowanie go jako zwykłego kogoś.
Ale czy Bobik zna Bobika, oto jest pytanie…
to jest Pytanie-Na-Środę.
Bobiku, tak lekką łapą odrzuciłeś moją gotowość podpisania się pod petycją?

Oj, smutno mi
Ja odrzuciłem?
Ja tylko w dzisiejszym pośpiechu i urwaniu głowy zapomniałem wypowiedzieć się pozytywnie i podziękować. 

Co te środy robią z psa…
Wybaczone, zapomniane, gotowość w stałym pogotowiu
@foma: pięknie dziękuję, w istocie Bobika z Bobikiem nie skojarzyłem, a teraz myślę, że bruderszaftu to Bobiki ze sobą nie wypiją, bo im się łapy zaplączą jak kot w ulu. (Nie wiem czemu ja tak ciągle o tych pszczołach, przecież jestem domiodowany).
No to - mimośród w dłoń i równym krokiem z sieci wymarsz!

Wszystkich zainteresowanych zawiadamiam z przykrością, że spiętrzenie mailowe zacznę rozładowywać dopiero wieczorem.
Tak, czas stawić czoło mimośrodowej rzeczywistości. Dziś mnie czeka pielgrzymka po dentystach w nadziei, że coś zrobią z rekinim aspektem uzębienia mojego dziecka. To będzie na pewno sama przyjemność
myślę, że bruderszaft Bobikowy nie jest wcale taki niemożliwy z tego prostego powodu, że można wypić podwójnie (może te pszczoły sugerują miód pitny jako stosowny trunek?)
Jeśli czoło, to nie jest źle, vesper. Moja rzeczywistość uwzięła się w tym roku na dolne rejony odwrotne
Ale w kapuście siedzieć nie będę
Idę powalczyć.
i chcę tylko jeszcze dodać, że zbliża się czwarty dziesięciotysięcznik i chciałbym go dorzucić do kompletu, a jakieś wirusy rzucają kłody pod nogi i mogę w malignie przegapić ów dziejowy moment. apeluję zatem do Szanownego Komentatorstwa o pauzę za ca 430 komentarzy, to sobie wejdę, kiedyś tam i pyknę… chyba, że jakiś konkurent?
Zdrowa rywalizacja nie zaszkodzi
no może… kiedyś stary mistrz musi ustąpić miejsca młodym pretendentom
a skąd Wy wiecie o tych 40 tysiącach? Jedyny numerek widoczny dla mnie to ten, że obecny komentarz stoi na pozycji 442, ale to do aktualnego wpisu. 4 plus 7 jest 11, nie zapomnieć.
Banda z dwojga złego woli
zniknąć już bez słowa,
niźli dać się tu powoli
zidentyfikować.
Więc celowo nie ogłasza,
czyje te facecje,
a wiedzących się uprasza
zachować dyskrecję…
Melduję się na razie tylko duchem, bo ciało musi się zająć zrobieniem czegoś do zjedzenia. Pies United pojawi się dopiero po kolacji.
No, jesli chodzi o mnie, to ani mru-mru.
Też ani mrumam
Bardzo proszę fomę o informację, kiedy dokładnie mam się zamknąć i na jak długo, żeby nie zatopić mu dziesięciotysięcznika
No co Wy! Już teraz mrumrać przestajecie?
), to może nie mrumrać gdzieś od numeru 39997 aż do momentu ogłoszenia całkiem niespodziewanego
zwycięzcy.
Mój komentarz, ten, który piszę w tej chwili, jest dopiero 39572. A skąd to wiem? A stąd, że patrzę na górę, tam, gdzie normalnie wpisuję adres strony i gdzie siedzi ikonka pieska i tamże pojawia mi się taka informacja:
http://www.blog-bobika.eu/?p=294#comment-39572
Jeżeli już ktoś koniecznie chce ułatwić fomie zdobycie czterdziestotysięcznika (chociaż ja, podobnie do vesper, uważam, że odrobina zdrowej konkurencji czyni sprawę znacznie ciekawszą
Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że stanie się to dopiero w następnym wpisie
U mnie wampiry są pod ochroną
Konia z urzędem temu, kto w Nadrenii znajdzie jakiekolwiek ślady, że jeszcze 3 dni temu była mroźna zima i śnieg leżał. Dzisiaj 10 plus, kwitną krokusy, przebiśniegi i forsycje, a ja kłaczę i podobno się zrobiłem niemożliwy, bo każdą wolną chwilę spędzam przy furtce, wyjąc i pojękując żałośnie. Moi nawet ostentacyjnie żałują, że nie poddali mnie wiadomej operacji, od której zrobiłbym się mniej podatny na wiosenne wzruszenia.

Koń z urzędem to oczywiście Bucefał.
Haneczko, vampyrus blogoviensis w ogóle jest pod ochroną, co można przeczytać choćby w każdym kolejnym wydaniu Atlasu Wampirów Polskich.
Wyję i pojękuję przeciwpołożnie
Ani przebiśniegów, ani krokusów, forsycja śpi 
Ale ja właśnie chciałem pocieszyć, że jak spłyną śniegi, to wcale nie musi długo trwać, żeby się zrobiło całkiem wiosennie.
W każdym razie nożyce do róż warto już mieć w pobliżu.
Nożyce do róż?? To może jeszcze klatki do kanarków, kuchnie do kobiet i zoo do kangurów? Bosz, po coś tę piękną naturę stworzył…
Andsol, nożyce bardzo dobrze robią różom. A tak w ogóle, to On puścił na żywioł
To kobiety i kanarki też na wiosnę trzeba przycinać?
Może raczej zamykać, żeby nie wyfrunęły
No, przepraszam. Czy kobieta na wiosnę nie ma prawa wyskoczyć sobie gdzieś z kangurem?
Według mnie ma. Ma prawo nawet do kanarka na dachu, jeśli wróbel w garści nie satysfakcjonuje. W końcu wiosna ma swoje prawa
Ktos ma kanarka w garsci?
I co Ci z tego, Mordko, że ktoś ma, skoro to nie Ty?
Jeśli ktoś ma, ale mu nie potrzebny, a ktoś nie ma, ale by mu sie przydał, to można ponegocjować.
Moze go wcale ten ktos nie potrzebuje, to znam kogos kto potrafi go zutylizowac
Mordko, ale ze zutylizowaniem kangura miałbyś chyba kłopoty?
Musialbym najpierw sprawdzic.
Ewangelicka biskupka i szefowa ewangelickiego kościoła w Niemczech podała się do dymisji, bo złapano ją na prowadzeniu auta z 1,5 promillami we krwi.
To może bardzo zaszkodzić opinii katolików. Dotąd to raczej oni uchodzili za pijaków.
Katolicy wszystkich krajów, łączcie się i udowodnijcie, że wasza palma pierwszeństwa nie była niezasłużona!
Zgoda, gdzieś za tydzień pomówimy o kangurze na dachu. Chwilowo tylko duch wiatru próbuje mi unieść dach.
Myślałem, że to tylko ja mieszkam w takim huraganowym miejscu.
Co tam opinia katolikow czy opinii o biskupce. Pomysl o tej policji w Hanowerze!
Usiluje wyobrazic sobie polskiegio gline aresztujacego wysokiego dostojnika koscielnego za nedzne poltora promila! No przeciez by z pracy wylecial, jak ten nieszczesnik na lotnosku w Gdansku, co to poprosil Glempa o przejscie przez bramke magnetyczna!
A tu zaskoczy Was prof. Magdalena Sroda, piszaca o etykiecie:
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53663,7583150.html?as=1&ias=2&startsz=x
A gdzie to ta wiosna? Nie u mnie. Bialo dookola. Skunksik paradowal kolo naszego domu, strach wyjsc na tzw swieze powietrze.
Poczytalam jeszcze wasza Opere u PK. Po prostu boki zrywac. Gdzie to ja bylam, ze mnie przy tym nie bylo?
Jesli chodzi o biskupow to nie swieci , sadly, garnki lepia. Chyba wam pisalam, ze nasz biskup z Nowej Szkocji, ktory dzialal w komisji odszkodowan dla dzieci molestowanych w sierocincu Mount Cashel (zrownanego z ziemia z powodu swojej nieslawy i tragicznej roli w losach i tak juz pokrzywdzonych samotnych dzieci) zostal nie tak dawno aresztowany za posiadanie dzieciecej pornografii w laptopie. Po prostu rece opadaja.
No ale nie chce nikomu psuc kolacji ani zniechecac od marcowych amorow. Byle rece trzymac pod sutanna! Please!
Ciekawe jak sie podrozuje po Polsce Moniki mezowi. Hop hop Moniko!
Dzieki Heleno za link. Oczywiscie, ze ja tez chce miec styl. Musze tylko bardziej pilnowac sie i odwracac sie przy spluwaniu i nie klasc z powrotem na wspolnym polmisku uprzednio przezutego miesa.
W Donosach piszą o nowym systemie oceniania szkół, że Raporty z badań będę jawne. Sądziłem, że po polsku mówi się:
jałowne…
Hop hop, Kroliku.:-) U mnie tez snieg, niestety, ale chetnie sobie poczytam chociaz o zonkilach i krokusach w innych strefach klimatycznych. Ten snieg troche zdezorganizowal mi dzien, ale i tak wiem, ze w koncu i tu kiedys dojdzie niewirtualna wiosna. A tymczasem moge sie cieszyc, ze klatwa za jedzenie widelcem chyba juz zostala zniesionia.
Mezowi dobrze sie dzieje w Polsce, glownie jednak w Warszawie. Przedpoludnia spedza na spotykaniu kandydatow na przedstawicieli firmy na Polske i tym podobnych obowiazkach, a reszta to spacery po ulubionych miejscach i spotkania z rodzina. Zrobil tez wypad do Krakowa, wiec bede miala te niezwykle teraz podejrzana rose cukrowa od cioci. Poza tym zas bawi sie tym, ze moze nagle zaskakiwac swoich polskich rozmowcow znajomoscia jakichs warszawskich czy polskich szczegolow. Nawet okazalo sie, ze jedna osoba z Instytutu Fizyki PAN chodzila do tej samej szkoly, co ja, tyle, ze nieco wczesniej, co zdecydowanie potwierdza teze o zmniejszaniu sie swiata.
Mialo byc “roze cukrowa”, a nie “rose cukrowa”, ale iPhone wie lepiej i nie mozna przy nim nawet na chwile tracic czujnosci (taki to byl dzien, ze juz mi sie nie chce budzic laptopa).
Ha, wiosna jakby jednak zaglądała przez okno

Miłego, wiosennego dnia
Dzień dobry.
To róża cukrowa ma swoje gniazdo w Krakowie? Nawet nie wiedziałem, myślałem, że wszędzie można ją znaleźć. No, ale skoro niedawno znajomy z Warszawy nie mógł mi przywieźć barszczu kiszonego, twierdząc, że jest to zjawisko w stolycy nieznane… 
Moi podobno zaadoptowali mnie głównie ze względu na żywe spojrzenie, więc może to być u mnie wrodzone. A jak tu zmieniać wrodzone cechy? Operację plastyczną spojrzenia mam sobie zafundować, czy jak? 
Etykietalnie mniej się zmartwiłem widelcem, bo psy i tak nie używają, jak również spluwaniem, z tegoż samego powodu. Ale że nie można mieć żywego spojrzenia, bo się wychodzi na bezczelnego parweniusza- o, to już poważny psi smuteczek.
Zagląda Jotko, zagląda, ale spojrzenie znowu ma jakieś takie mokre.
W celu ułatwienia wszystkim obserwacji wyłonienia Jedynego Słusznego Zwycięzcy na komentarz nr 40 000 informuję, że wystarczy kliknąć na godzinę lub datę komentarza, by w pasku adresu zobaczyć jako ostatnią - liczbę oznaczającą numer komentarza.
Mam nadzieję, że tym samym przyczyniłem się do zwielokrotnienia emocji związanych z wyłonieniem Zwycięzcy.
Amen
Wyjątkowo wcześnie tym razem te sportowe emocje się zaczęły. Czyżby jakiś niedosyt okołoolimpijski?
Dawno nie pojawiała się tu jedna z naszych ulubionych bohaterek, J. Maria Rokita:
http://wyborcza.pl/1,75968,7599465,Biust_zanika__mozg_az_kipi.html
Środa niesłusznie sobie pokpiwa z naszej faworytki. Rokita ma przecież rację, którą widać gołym okiem. Od uprawiania polityki istotnie biust jej zanikł.
Gołym okiem widać również, że Rawlsa JM Rokita sobie co najwyżej wyguglała, bo do Teorii sprawiedliwości to raczej nie sięgnęła. Albo sięgnęła, tylko usnęła już podczas wstępu, bo w ząb nie rozumiała o czym to to.
Jezusmaria Rokita zawsze byla wymieniana jako “intelektualne zaplecze” Platformy, a wczesniej jeszcze Kongresu Liberalno-Demokratycznego. A zapleczu biust nie jest potrzebny. Biust ma zonka, inteletualne popiersie w tym domu.
Nivea albo śmieć!
taki dylemat mieć
trzeba mieć łepetynę nie od Prady
więc przed kamery leć
i głupstwa dalej pleć
Rokicie nikt w tej branży nie da rady…
Ale popiersie też poszło w politykę, czyli też mu zanikło. Teraz państwu J.M.N.R. pozostaje chyba tylko siedzieć na kanapach i wołać “Ziemia jest płaska!”.
Pleść gupstwa? Mocni w tym
są ci, co mają team,
jak choćby Jan Maryja oraz Nelly.
Im nie zagrozi cud,
o którym szepcze lud:
że dawno już Rokitę diabli wzięli.
Czegoś tu nie rozumiem. W chwilach uniesień intelektualnych wyraźnie czuję jak mi coś rośnie w piersi. Natomiast przy emocjonalnych… hm, nie czytuję ani socjologii ani w ogóle nic.
Jak się czuje, że coś rośnie w piersi, to lepiej szybko termin mammografii zamówić.
No, chyba że serce roście patrząc na te czasy, to wtedy termin musi być u psychiatry.
Nieczytanie podczas uniesień emocjonalnych, zwłaszcza tych połączonych z wysiłkiem fizycznym, jest bardzo słuszną metodą, więc nie będę się z nią rozprawiał*.
* Por.: Kant D… Rozprawa z metodą Kartezjusza. Potłuczeń 2000 i trochę.
Rokitowie to juz szczegolny fenomen, niestety, juz nie eksportowy (przynajmniej nie do Niemiec, chyba, ze jednak na odsiadke).
Tymczasem nie ma co liczyc, przynajmniej w telewizji publicznej, ze uslyszy sie przypadkiem, o czym rzeczywiscie pisal Rawls.
http://wyborcza.pl/1,75475,7595223,Dobijanie_TVP_Kultura.html
Dobrze, ze choc jest cenna ksiazeczka pani Kwasniewskiej. Ciekawa jestem, czy ma rozdzial o zasadach etykiety dotyczacych zachowania na pokladzie samolotu?
Bobiku, u mnie rzeczywiscie roza cukrowa ma mocne skojarzenia juz nie tylko z Krakowem, ale juz z konkretna osoba, ktora sie w tym artykule kontrabandowym specjalizuje.
A, właśnie, wyczytałem dziś, że inny z naszych ulubionych bohaterów zabawiał się w samolocie grą w salonowca z Sikorskim, ale kiedy chciałem wrócić do tego doniesienia i je zlinkować, to już go nie było.

Albo też ja głupi jestem i szukać nie umiem.
Nie wiem, Heleno, czy juz to czytalas, wiec podsylam na wszelki wypadek. (Ilekroc patrze na portet Dickinson, widze jedna z moich sasiadek, bo te nowoangielskie twarze powtarzaja sie w kolejnych pokoleniach.)
http://www.guardian.co.uk/books/2010/feb/13/emily-dickinson-lyndall-gordon
Nie pozostaje nic innego, Bobiku, tylko rozdawac te ksiazeczke za darmo…
Rozdawać, rozdawać. Prezerwatywy też można rozdawać za darmo, ale jak kogoś zmusić, żeby z nich skorzystał…
No tak, you can lead a horse to water but you can’t make him drink…
Moze w serialach, ktore, jak sie okazuje, przejely teraz calkowicie misyjna funkcje telewizji w dziedzinie kultury, wprowadzic ten watek, rozdzial po rozdziale? W koncu juz Jane Austen to robila, na swoj delikatny sposob. 
Tylko czy teraz takie delikatne ujęcie w ogóle by zostało uchwycone? Dziś jak się nie wyłoży ręcznie prosto do głowy, to nie działa
Proszę bardzo
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,7600203,Sikorski__Nie_bylem_zaproszony_do_salonki__Kancelaria_.html
Totez ja juz mysle o misyjnych serialach, ktore raczej subtelnoscia nie grzesza (acz potrafia byc na swoj sposob fscynujace)…
Ide czytac link Haneczki.
No, tak - to tez jest rodzaj serialu, tyle, ze przyklady sa z dziedziny “czego nalezy unikac”.
Ja sobie zerknęłam do linka Haneczki, ale przeczytać spokojnie nie mogłam. Zwracam uwagę szanownch Koszykowych Rezydentów Zagrabanicznych, że opisani w tym linku raczą się prztykać w tych niezwykle kluczowych kwestiach oraz w ten niezwykle wyszukany sposób w czasie opłacanym z naszych, czyli Rezydentów Miejscowych, podatków. To i krew nas zalewa zdecydowanie obficiej i może mamy czasem mniejsze poczucie humoru na ten temat
Dziękuję, haneczko, za jednoznaczne rozstrzygnięcie wątpliwości, czy to link zniknął, czy ja jestem głupi.
Twarze w ogóle się powtarzają, nie tylko wiktoriańskie.
Kiedyś, w Budapeszcie, jeden znajomy, Péter mu było, zabrał mnie do jakichś kolejnych jego znajomych. Wchodzę, widzę dużą reprodukcję obrazu (niestety, już dawno nie pomnę czyjego pędzla), na którym widnieje dużej urody żydowski młodzieniec, patrzę na Pétera, patrzę na ten obraz, znowu na Pétera, znowu na obraz - i nic nie rozumiem. Péter na obrazie jak żywy, ale malowidło w mocno XIX-wiecznej manierze, a jak bliżej podejść nawet pisze pod spodem jak byk - tytuł, autor, 18.. ileś tam. 
A ten drań, Péter, tylko chichocze i mówi - no, to już wiesz, czemu cię tu przyprowadziłem.
- Wiem, - mówię - żebym zobaczył coś lepszego, niż portret Doriana Graya. Ani obraz się nie starzeje, ani oryginał.
Moniko, dzieki serdeczne za Emily - BARDZO ciekawy ten artykul i o tej feud miedzy bratowa Sue a kochanka Austina, Mabel pojecia nie mialam. Ale tez i ten image Emily jako “shy, chaste and frighrened” nigdy mi nie trafial do przekonania - temu przecza i jej wiersze i jej korespondencja. To co przeczytalam o epilepsji i tego jak ona kompletnie zamykala kobiety w domu w owym czasie jest bardzo przekonujace, to by tlumaczylo jej legendarna odludnosc.
Zawsze mi sie tez wydawalo, ze darzyla swa bratowa uczucami wiecej niz siostrzanymi, bo te listy do Susan, nawet biorac poprawke na owczasna konwencje stosunkow miedzy kobietami, sa troche zanadto namietne i stesknione nawet kiedy rozstanie bylo parodniowe. Ale moge sie mylic. Nigdy nikt tego watku nie podjal.
Bobiku, nie ruszaj tego, co moje. Pobiłam rekord głupoty. Zrobiłam ponad tysiąc stron, na twarz, bez umowy. Nie dostanę za to prawdopodobnie ani grosza. Się nie należy, bo nie jestem “merytoryczna”
Jak tak, to tak. Od dzisiaj istotnie nie jestem 
A jakie to smieszne z tymi salonkami! No przedszkolaki!
Przedszkolakom można przemówić do rozumu, a salonowcom nie ma do czego
Haneczko!

Wiem, Heleno. Durnam, aż sina, jak mawia Alicja

Ażem zaniemówił.
Tysiąc stron? Znaczy, zamówionych, napisanych i niewykorzystanych?
I nie było nawet żadnych świadków ustnej umowy?
Dzentelmenskie umowy na slowo ustne obowiazuja tylko pod warunkiem, ze obie strony zachowuja sie dzentelmensko…
Heleno, dla mnie “shy, chaste and frightened” tez zawsze bylo nieprzekonujace w swietle tego, co i jak Emily Dickinson pisala. A ze ulozyla sobie zycie w taki sposob, ze wlasciwie calkowicie mogla oddac sie pisaniu, tyle z w okolicznosciach w jakich przyszlo jej zyc, to tez raczej objaw niezaleznosci niz tylko zwyklego zastraszenia. Przypomina mi sie slawny esej Virginii Woolf, “A Room of One’s Own”, gdzie pisze o trudnosciach, jakie napotyka kobieta zajmujaca sie pisaniem. Raczej malo zainteresowana mezczyznami Woolf znalazla sobie oddanego Leonarda Woolfa, a Dickinson mogla wymowic sie choroba, zeby miec wlasny pokoj do pisania (i idealna pierwsza czytelniczke w postaci bratowej). Swoja droga, to zycie w Amherst dyszalo roznymi namietnosciami, ktorych nie zawsze mozna sie byo przy wiktorianskiej dyskrecji domyslic…
Bobiku, swietna ta historia obrazu Twojego znajomego namalowanego juz w XIX wieku.
To mi przypomnialo z kolei chodzenie po Kunsthistorisches Museum w Wiedniu, i przygladanie sie z fascynacja habsburskim nosom i podbrodkom, ktore sie do siebie coraz bardziej zblizaly wraz z kazdym kolejnym pokoleniem. Ale podobienstwo rodzinne pozostalo. 
Bobiku, to była korekta, w porywach redakcja, kilku naukowych tekstów. Przeważnie na przedwczoraj. Poprzednim razem coś tam mi zapłacili. Teraz moja instytucja chce być oszczędna. Proszę bardzo, przeistoczę się w pełnokrwistą kasjerkę
Korekt, i tym podobnych, nie mam w zakresie obowiązków. Robiłam to bardziej dla przyjemności i z chęci pomocy, niż dla forsy. Lada chwila przyjdą szczotki, mogą się nimi wypchać 
Haneczko, jak tym dziadom zrobisz jeszcze kiedykolwiek choćby pół strony korekty, to Cię osobiście ugryzę w łydkę!
Chyba że przyczołgają się z przeprosinami i umową w zębach.
Bobiku, już nie pamiętam, czy wimperga, czy winperga
To Kunsrhostorosche Museum w Wiedniu cos mi przyponialo. Moniko, czy czytalas cudowna powiesc Micahaela Frayna Headlong? Muzeum to jest tam czesto wspomionane w kontekscie por roku Bruegla. To bylo chyba tez i w Polsce wydane.
A Micahela Frayna kocham przede wszystkim za “Kopenhage” (spotkanie w zaswiatach N. Bohra z Heisenbergiem), ktora poszlam obejrzec w teatrze cztery razy - dwa razy sama, a dwa razy zaciagnelam gosci. Pierwszy raz w zyciu widzialam Frayna kilka dni temu… z Pania Kierownioczka, jak wpadlysmy na chwile na angielska herbate w V@A Museum - przechodzil przez muzealna kawiarnie. Zostalam z rozzioawiona geba… zamiast sie mu rzucic na szyje i wyznawac milosc.
Haneczko, strasznie mi Cie zal. Poszlabym i im wszystkim obila facjate
Też bym poszła i obiła, ale się brzydzę, nawet w rękawiczkach
Eee tam, na drzewo z tym 
Poczytajcie sobie http://archiwum.polityka.pl/art/agent-karski,427156.html
Trudności kobiety zajmującej się pisaniem - tyż coś! Żebyście wiedzieli, na jakie trudności napotyka pies zajmujący się pisaniem! Począwszy od budowy anatomicznej
a na spowodowanych niedostatkiem pasztetówki kłopotach z natchnieniem wcale nie skończywszy. 
Kłopot
, chyba z nadmiarem 
Zbieraja nienajlepsza karme, Haneczko, jesli to jakas pociecha… What goes around, comes around.
Heleno, czytalam! Swietna powiesc. “Copenhagen” - ulubiona nie tylko przeze mnie, ale przez mojego meza-fizyka. Szla nawet w PBS (ktore ma misje nie tylko serialowa, na szczescie).
Bobiku, Psy rzeczywiscie napotykaja wiecej trudnosci - na przyklad jak ustawic wygodnie laptopa na psim poslanku.
haneczko,
my się stanowczo musimy spotkać na okoliczność okoliczności, o których piszesz, tak dalej być nie może
Artykuł o Dickinson świetny. Kto ma blisko do antykwariatu, zachęcam też do zerknięcia na pierwszą połowę książki Simona Worralla The Poet and the Murderer - choć pretekstem jest sfałszowany wierszyk poetki, mamy tam całkiem cenny esej o niej.
No to gnębiciele Haneczki są załatwieni - nie ma gorszej kary, niż niedobra karma. Coś wiem na ten temat, a i Mordka na pewno potwierdzi.
@haneczka: dzięki za linkę do Stommy. Bardzo go lubię, tu widać od razu za co. Przy okazji pochwalę się: jakimś cudem Karskiego mam oryginalne wydanie z 1944 i to w przyzwoitym stanie. Gdy przed wielu laty wymyszkowałem je w jakimś antykwariacie w São Paulo nie za bardzo znałem nawet (tak, niełatwo to wyznać) całą tę historię.
Ktoś mi przysłał przed chwilą kopię emalii do Pana Boga, o następującej treści:
Drogi Panie Boże!
W ostatnim roku zabrałeś mi mojego ulubionego piosenkarza Michaela Jacksona, ulubionego aktora Patricka Swayze i ulubionego członka zespołu Boyzone Stephena Gately.
Widzę, że mnie jakoś nie lubisz. Trudno. Będę musiał się do tego przyzwyczaić.
Z poważaniem
Jan Kowalski
P.S. Czy wspominałem już, że moimi ulubionymi politykami są bracia Kaczyńscy?
Nie chcę, żeby wyglądało na to, że wszystko mi się kojarzy, ale to, co opisuje Stomma, to objaw tej samej choroby, o której mówiliśmy przy okazji Kapuścińskiego. Ostry, postępujący białoczarnizm. Nie ma tak, żeby ktoś miał i dobre, i złe strony - każdy ma być albo całkiem potępiony, albo bezwzględnie zbawiony. Żeby była jasność i żadnego burdelu w szkolnych czytankach.
Oczywiscie, nalezy zalozyc, ze Pan Bog jest co prawda wszechmogacy, ale nie wszechwiedzacy, i bierze wszystkie deklaracje za dobra monete.
Bialoczarnizm i zero-jedynkowosc, Bobiku - niestety zdaje sie, ze galopujaco postepujace… Tak by sie chcialo, zeby dorosli, ale tu dochodza jeszcze korzysci polityczne, i dlatego chyba szybko sie to nie skonczy.
Bardzo zachęcam wszystkich do zajrzenia na komentarz Tadka Kurandy, dodany dziś do mego wpisu blogowego http://andsol.blox.pl/2010/02/Wycinki-do-szkolnej-czytanki.html
Ale to nie tylko wśród polityków występuje. Wystarczy spojrzeć, jak burzy się zarówno niepolityczna elyta, jak i prosty lud onetowy, kiedy tylko jakiś kalacz gniazda ośmieli się powiedzieć coś w kolorze.
W życiu publicznym biało-czarnizm i zero-jedynkowość, w życiu prywatnym, czy raczej towarzysko-pracowym obowiązuje etykietyzm. Trzeba się obrandować, bo inaczej bliźni się gubią. Ubierać się w określony sposób, wyznawać określony światopogląd religijny i co za tym idzie określoną etykę seksualną, słuchać określonej muzyki i czytać określone książki. Nie należy mieszać, bo to wprowadza bałagan. Mile widziane są całe pakiety światopoglądowo-wizerunkowe. Czerpanie z kilku źródeł i przepuszczanie przez sito własnej optyki zmusza innych do dłuższego zatanowienia, kim taki osobnik bez etykiety właściwie jest i jak się do niego odnosić. Z reguły odpuszczają, bo szkoda czasu.
Swietny ten e-mail. Ja wczoraj gleboka noca zamyslilam sie melancholijnie nad Bracmi K. - bo ogladalam ekranizacje kryzyzsu kubanskiego (13 Days) i patrzac na Braci Kennedych, myslalam: kurdemol, trzebaz bylo miec szczescie….
andsolu, spojrzałem i cóż powiedzieć - łapy opadają.
Autor cytowanego listu cierpi na jeszcze jedną chorobę - miszmaszyzm prawostronny i leczenie wymagałoby odesłania go do szkoły, zaordynowania zapoznania się ze znaczeniami pewnych pojęć, zaszczepienia podstaw logiki, może nawet przymusowego przełknięcia tabletek antykatońskich… Kto by miał za to wszystko płacić? 
Vesper, jeżeli rzeczywiście na terenie towarzysko-pracowym obowiązuje bezwzględny etykietyzm, to czy nie jest to oznaką postępującej sekciarskości tego terenu? Mnie się takie obowiązkowe pakiety jakoś nieuchronnie z sektami kojarzą.
Ja tez widze te sekciarskosc bardzo wyraznie, na szczescie nie u wszystkich (a przy okazji - polityke tu rozumiem wlasnie szeroko, tak jak Vesper to opisala, w z gory przygotowanych pakietach). Zreszta wlasnie takie rozne zbitki tworzace obowiazkowe pakiety ladnie opisuje Lakoff (i jeszcze Drew Westen), wiec juz z tego widac, ze nie jest to zjawisko wylacznie polskie - tyle, ze w kulturze dziedziczacej wplywy jednopartyjnosci, i jednoreligijnosci (przynajmniej tak sie to teraz przedstawia) wystepuje ono w ostrzejszej formie (jakby powiedzial Lakoff, wzmacniaja one pewne rodzaje framing, wypychajac przy tym inne).
Z kraju już dziś było, to teraz ze świata.
oglądałem dziś reportaż o kulturze plemienia Ndebele (konkretnie o Ndebele z RPA, bo oni mieszkają też w Zimbabwe). Ci ludzie żyją w biedzie dla Europejczyka niewyobrażalnej, ale chce im się ze swoich wiosek robić Muzeum Sztuki Abstrakcyjnej. Takie afrykańskie Zalipia.
Znalazłem stronę o jednej z tych wiosek, funkcjonującej jako skansen i atrakcja turystyczna:
http://www.ndebelevillage.co.za/index.html
A tu strona po niemiecku, ale jest więcej zdjęć. Nie wiem jak Wam, ale mnie się od patrzenia na te ndebelowskie malunki i stroje jakoś humor poprawia. Coś one mają w sobie terapeutycznego.
http://www.kapstadt.org/suedafrika/land_leute/einwohner/ndebele/
Bardzo piekne. Rzeczywiscie, mozna ich uzywac zamiast mandali…
Faktycznie, mandale, tylko prostokątne. To tak jak kwadratowe jaja.
Tu nasz duzo wiecej tej architektury i wzornictwa Ndebele
http://www.youtube.com/watch?v=DqtHiZHpudA
Nic z tego, tuba mi nie działa.
Już od kilku dni. Żeby działała trzeba by zainstalować coś bezpłatnego, ale żeby to zainstalować, trzeba by najpierw zainstalować coś płatnego, a na razie są pilniejsze wydatki.
I niech mnie nikt nie pyta co to jest to, co trzeba zainstalować, bo nie chciało mi się wkładać wysiłku w zrozumienie całej sprawy.
Adobe flash player -chyba? Tez to mialam kilka dni temu, ale nie musialam niczego instalowac platnego. Pierwszy raz nie wyszlo, drugi raz nie wyszlo, ale za trzecim wyszlo, choc robilam dokladnie to samo co przedtem. Beats me!
U nas to jakieś bardziej skomplikowane, bo podobno trzeba przeinstalować cały system, który jest już siwobrodym staruszkiem i nie bardzo się może z programową młodzieżą dogadać. Ale z domowego podziału pracy wynika, że to nie moja działka, więc leżę w tej sprawie brzuchem do góry i czekam, aż to właściwy człowiek na właściwym miejscu załatwi. Ja mu mogę za to wierszyk napisać.
You lucky devil, you, Dog!
Noo, właściwy człowiek na właściwym miejscu też raczej pokrzywdzony nie jest. Ja oprócz pisania wierszyków jeszcze bardzo dobrze gotuję. A wiadomo, co góralowi do szczęścia potrzebne: ej, owca, owca, gdybyś ty jeszcze gotować umiała.

Już nawet nie wspomnę o tym, że jestem tak przecudnej, kudłatej urody, że niech się każda owca schowa.
Słyszałem, że owca owszem gotować się nauczyła, wyspecjalizowała się w nouvelle cuisine, ale góral orzekł, że to kura domowa i zainteresował się długowłosym bernardynem.
Dzień dobry. Ależ się dzisiaj wcześnie zerwałam z łóżka
Akademicka uczciwość nakazuje przyznać, że nie sama, tylko raczej mnie zerwano, ale wstałam dobrowolnie.
Odnośnie etykietyzmu na gruncie towarzyskim, to w części przypadków bywa to rzeczywiście rodzaj sekciarstwa. Zetknęłam sie z tym w przypadku polskiej prawicy narodowo-katolickiej i tej najmłodszej, i tej po trzydziestce. Pomiędzy poszczególnymi składowymi światoglądu tych ludzi występuje koniunkcja, więc na podstawie występowania jednej składowej, można wnioskować o występowaniu pozostałych oraz o całym pakiecie. Jeśli mamy więc do czynienia z anysemitą, to z reguły tenże antysemita będzie miał również negatywny stosunek do anytykoncepcji. Czy to nie upraszcza życia?
A tutaj kolejny głos w dyskusji, która tutaj wiele osób interesowała:
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,7604214,Bartoszewski_o_wydawcy__Kapuscinski_non_fiction__.html